Nie możesz nas wesprzeć finansowo?

Możesz to zrobić na 5 innych sposobów:

  1. Módl się za nasz zespół i powodzenie naszej misji
  2. Opowiedz o Aletei w swojej parafii
  3. Udostępniaj nasze treści rodzinie i przyjaciołom
  4. Wyłącz AdBlocka, kiedy do nas zaglądasz
  5. Zapisz się do naszego newslettera i czytaj go codziennie

Dziękujemy!
Zespół Aletei

 

Aleteia

Najpiękniejsze w macierzyństwie dla mnie jest…

MACIERZYŃSTWO
Kyle Nieber/Unsplash | CC0
Udostępnij

Szczerze powiedziawszy, nie wiedziałam wtedy w co mam włożyć ręce, więc po prostu zaczęłam przytulać Go do siebie. Nie umiałam prawie nic, ale nikt z nas nie poczuł się tym faktem urażony. Panowała między nami godna podziwu sztama – czasami wbrew zewnętrznym obiekcjom – czuliśmy, że możemy pozwolić sobie na kompletny START.

Od jakiegoś czasu bardzo chciałam popełnić tego rodzaju tekst. Piszę go z myślą o tych z nas, które zostaną mamami po raz pierwszy lub bardzo tego pragną, o singielkach i kobietach otwartych na macierzyństwo. Dla tych, które chciałyby na chwilę zajrzeć w miejsca, do których tęsknią lub chciałyby zatęsknić. I poczuć, że idą w najpiękniejsze strony.

 

Pierwsze spotkanie

To był totalny wyż demograficzny, kilkanaście godzin spędzonych w oczekiwaniu na salę porodową, BOOM w samym środku upalnego czerwca. Leżeliśmy upchnięci w kąciku wielkiej sali poporodowej, stworzonej na potrzeby zastałej sytuacji. Ja i mój mały synek. Nie czułam jeszcze wyczerpania porodem, bólu i tych wszystkich rzeczy, których niektóre z nas doświadczają po urodzeniu dziecka. Jedyne, co o mnie stanowiło, to poczucie nieopisanej pełni i wystarczalności miejsca, w którym się znalazłam.

Ja, dziewczyna sceniczna, człowiek-samolot, oklaskiwana, przyzwyczajona do komplementów, przeżywam najszczersze życiowe uniesienie w lnianym szlafroku, nieumalowana, z niemytymi od doby włosami. Czuję się największą szczęściarą.

Szczerze powiedziawszy, nigdy wcześniej ani nigdy później nie bałam się tak mało myśleć o sobie, jak wtedy.

 

Dom i zaufanie

Pamiętam powrót ze szpitala do domu. Zapach pościeli. Świeże kwiaty w wazonie. Wchodzące przez firanki słońce. Wylądowaliśmy u siebie, ale jak gdyby na totalnie nowej planecie. Te wszystkie rzeczy, które skrzętnie przygotowywaliśmy przez kilka miesięcy, nagle zaczęły należeć do Niego. Poczułam trwogę. Panikę. Przytłoczenie. Jak będzie wyglądać nasze życie? Co z nami będzie? Czy będę umiała się Nim zająć? Czy dam radę?

Nie wiedziałam wtedy, w co mam włożyć ręce, więc po prostu zaczęłam przytulać Go do siebie. Nie umiałam prawie nic, ale nikt z nas nie poczuł się tym faktem urażony. Panowała między nami godna podziwu sztama – czasami wbrew zewnętrznym obiekcjom – czuliśmy, że możemy pozwolić sobie na kompletny START. Że z wolna się do siebie dopasujemy. Że możemy na sobie polegać. Że miłość nie pozwoli nam zatonąć.

Szczerze powiedziawszy, jeszcze nikt wcześniej nie zaufał mi tak bardzo, jak On.

 

Macierzyństwo: największa transformacja

Te wieczne początki. To wstawanie o każdej porze dnia i nocy. To ciągłe doświadczanie. To przemienione ciało, które nagle staje się centrum i punktem odniesienia dla Nowej Istoty Ludzkiej. Jakkolwiek patetycznie by to nie zabrzmiało – otworzyłam siebie. Jak puszkę sardynek albo jak właz do tajnej stacji kosmicznej. Otworzyłam i weszłam do środka. I nadziwić się nie mogę.

Wiem, że ta transformacja nigdy by się nie odbyła, gdyby nie macierzyństwo. Jedną z najpiękniejszych rzeczy, które przynosi to… zatrzymanie. Zwolnienie. Czasem do dwóch kilometrów na godzinę. Uważność. Odnalezienie sensu w rzeczach najbardziej podstawowych. W niebieskich chabrach, które dostałam od męża w dniu urodzenia naszego syna. W ściszeniu siebie do tego stopnia, aby usłyszeć cichutki oddech niemowlęcia i przekonać się, że wszystko jest OK.

W przyjęciu pomocy od ukochanego, kiedy nie miałam sił posmarować kromki chleba. W poczuciu harmonii, gdy widziałam, jak On uspokaja się w moich ramionach. W wolno płynących godzinach. W świcie z podkrążonymi oczami. W bawełnianej piżamie, którą nosiłam dla wygody. W spotkaniu oczu ludzi, którzy dopiero co się poznali, ale wiedzą o sobie wszystko. W miłości, która jest karmieniem, usługiwaniem, obmywaniem, przyjmowaniem.

 

Macierzyństwo wyzbyło mnie z lęków…

Odkąd na świat przyszedł mój syn, stałam się bardziej otwarta na siebie. Zaczęłam szczerze chcieć siebie przyjmować i kochać. Pokonałam lęk przed nieznanym, w wielomilionowej postaci – nauczyłam się nowych rzeczy, od montowania fotelików samochodowych w każdej marce samochodu po piorunującą wiedzę na temat pielęgnacji dziecka i zaspokajania jego potrzeb.

Zmierzyłam się z załatwianiem przeróżnych quasiurzędowych formalności z małym człowiekiem u boku i odpowiedzialnością, jaką niesie za sobą samotna opieka nad noworodkiem, kiedy mój mąż był w pracy. Pokonałam lęk przed sięganiem po to, czego pragnę – jeśli chodzi o to, jak chciałabym opiekować się dzieckiem czy o moje osobiste pragnienia. Zadbałam o swoje zdrowie. Zaczęłam otaczać się ludźmi, którzy mnie wspierają. Pozwoliłam sobie potrzebować pomocy. Wzięłam się za realizację moich marzeń. W kilku momentach dotknęłam esencji życia, którą poczytuję w szacunku i miłości do człowieka i jego życia, szczególnie tego, które nie może samo się obronić.

Po kilku miesiącach trochę śmielej oswoiłam się z macierzyństwem, jego różnorodnością, w tym z tym, że dało i daje mi najpiękniejsze. Któregoś dnia powstał w mojej głowie krótki wierszyk. Spadł pierwszy śnieg, a ja nie czułam już dawnych urazów. Szłam spokojnym krokiem po lesie, trzymając w nosidle nasze kilkumiesięczne dziecię. Czułam, że jeszcze wiele przede mną i jednocześnie cieszyłam się, że miłość do mojego dziecka już przemieniła mnie, i to w tym dobrym sensie. I że to jeszcze nie koniec.

Miłość przychodzi tak jak chce

wpada w ramiona przez lęk zamknięte

bez huku armat otwiera je

nie boi się, że mało miejsca.

I rośnie, rośnie prosto w głąb,

rozpręża klatkę od wspomnień ciężką

przywraca żyłom pieśń i krew

i spośród trzech jest tą największą.

Newsletter
Aleteia codziennie w Twojej skrzynce e-mail