Nie możesz nas wesprzeć finansowo?

Możesz to zrobić na 5 innych sposobów:

  1. Módl się za nasz zespół i powodzenie naszej misji
  2. Opowiedz o Aletei w swojej parafii
  3. Udostępniaj nasze treści rodzinie i przyjaciołom
  4. Wyłącz AdBlocka, kiedy do nas zaglądasz
  5. Zapisz się do naszego newslettera i czytaj go codziennie

Dziękujemy!
Zespół Aletei

 

Aleteia

Bł. Anastazy Pankiewicz: męczennik, który stracił dłonie, gdy pomagał więźniowi

BŁOGOSŁAWIONY ATANAZY PANKIEWICZ
Udostępnij

Po spowiedzi stwierdził: „Jestem spokojny i gotowy na śmierć”. Oto polski franciszkanin, którego męczeńska śmierć nie została zapomniana.

Zanim zginął męczeńską śmiercią, o. Anastazy Pankiewicz stracił dłonie. Jak do tego doszło? Zacznijmy od początku.

 

Ojciec Anastazy Pankiewicz

9 lipca 1882 r. we wsi Nagórzany urodził się mały Jakub. Gdy dorósł, uczęszczał do prowadzonej przez Kościół szkoły ludowej w pobliskim Nowotańcu. Musiał być zdolny, gdyż naukę kontynuował w szkołach średnich Sanoka i Lwowa.

I właśnie we Lwowie, w wieku 18 lat, postanowił zostać franciszkaninem – bernardynem. Do zakonu przyjęto go chętnie, a on przyjął nowe imię zakonne – Anastazy, którym posługiwał się już do końca życia.

Młody bernardyn przez ponad 6 lat uzupełniał braki w edukacji. Święcenia uzyskał w 1906 r., a 2 lata później nastąpił kolejny ważny moment w jego życiu: został magistrem nowicjatu. Przez 4 lata nasz bohater zajmował się więc młodymi ludźmi i ich powołaniami. Zapewne wtedy postanowił zająć się na poważnie edukacją młodzieży.

 

Talent do kontaktu z młodzieżą

Okazja nadarzyła się dopiero w Łodzi. Gdy przełożeni skierowali go do niej, aby założył tam bernardyńską placówkę, postanowił, że znajdzie się w niej miejsce nie tylko na klasztor i kościół, ale też na szkołę.

Wkrótce ujawniły się zdolności organizacyjne o. Anastazego, który np. sprzedawał piasek wydobyty podczas kopania fundamentów pod wspomniane gmachy. Bernardyn w dużej mierze sam też zdobywał na nie środki. Przede wszystkim wysyłał dewocjonalia i „Leczniczy Balsam” (nalewkę własnej roboty) do Kanady, w zamian za co tamtejsza Polonia zasilała jego dzieła finansowo.

Anastazy Pankiewicz jeździł również po Łodzi, organizując np. dostawy cegieł dla swoich budów. A ponieważ nie znał miasta, jego przewodnikiem był nastoletni wtedy Zygmunt Ciesielski, który po latach tak wspominał:

O. Pankiewicz był bardzo przyjazny i komunikatywny, w rozmowie nie stwarzał dystansu. Można z nim było rozprawiać o wszystkim… Miał niewątpliwy talent w nawiązywaniu kontaktu z młodymi ludźmi.

Zależało mu na nich bez wątpienia. Wskazuje na to choćby fakt, że większość 3-piętrowego gmachu oddanego do użytku w 1937 r. zajmowała szkoła (klasztor miał tylko jedno piętro). I to szkoła nowoczesna: założyciel postarał się o przywóz wyposażenia pracowni przedmiotowych aż… z Francji!

Dodajmy jeszcze, że szkoła o. Pankiewicza miała za uczniów nie tylko katolików, ale też (co nie było częste w katolickich instytucjach) również protestantów. Innym ewenementem był fakt, że wszyscy nauczyciele (poza katechetą) byli ludźmi świeckimi.

 

Śmierć męczeńska w obozie zagłady

Podczas okupacji bernardyńską placówkę zajęli Niemcy. O. Pankiewicz był jednak blisko. Radzono mu zresztą, aby zdjął habit i ukrywał się. On jednak tego nie posłuchał, w efekcie trafił (30 października1941 r.) do obozu koncentracyjnego w Dachau.

Mimo ciężkich, obozowych warunków życia o. Pankiewicz – jak wspominał ks. Ludwik Bujacz – wszystkich pocieszał i zawsze był uśmiechnięty. Inny zaś więzień, mówił tak:

W promieniach zachodzącego słońca widziałem jego wyprostowaną sylwetkę, siwiutką głowę, twarz jasną, wychudzoną, ale rozpromienioną i pełną godności.

Jak widać, o. Anastazy jak zawsze pełen był życzliwości i pogody ducha. Prawdopodobnie to ten optymizm sprawił, że nasz bohater uwierzył na chwilę w niemieckie kłamstwa o tym, że inwalidzi będą lepiej traktowani niż pozostali więźniowie. Nie bronił się więc przed wpisaniem na listę właśnie inwalidów. Szybko jednak uświadomił sobie, że czeka go szybka śmierć. Powiedział wtedy „niech się dzieje wola Boża” i poprosił o sakrament pokuty. Po wyspowiadaniu się stwierdził jeszcze: „Jestem spokojny i gotowy na śmierć”.

Wkrótce przeniesiono go do Izby Inwalidów. A 20 maja 1942 r. zapakowano do pociągu. Właśnie pomagał wsiąść do niego jednemu z 59 kolegów z transportu, gdy zniecierpliwiony Niemiec zatrzasnął żelazne drzwi wagonu. Odcięły one o. Pankiewiczowi dłonie. Być może umarł z upływu krwi już w drodze do miejsca swego ostatecznego przeznaczenia. A jeśli nie, to uduszono go spalinami samochodu – komory gazowej – znajdującego się w austriackim zamku Hartheim (niedaleko Linzu).

Zwłoki spalono, ubranie wróciło do Dachau, a o. Pankiewicz 13 czerwca 1999 r. został ogłoszony błogosławionym Kościoła katolickiego.

Newsletter
Aleteia codziennie w Twojej skrzynce e-mail