Nie możesz nas wesprzeć finansowo?

Możesz to zrobić na 5 innych sposobów:

  1. Módl się za nasz zespół i powodzenie naszej misji
  2. Opowiedz o Aletei w swojej parafii
  3. Udostępniaj nasze treści rodzinie i przyjaciołom
  4. Wyłącz AdBlocka, kiedy do nas zaglądasz
  5. Zapisz się do naszego newslettera i czytaj go codziennie

Dziękujemy!
Zespół Aletei

 

Prosimy, pomóż nam ocalić w naszych braciach nadzieję. Złóż deklarację
Aleteia

Śmierć i życie. Od taty na rękach do Ojca w niebie

POGRZEB
Shutterstock
Udostępnij

„Synku, już możesz, już możesz umrzeć” - powiedział pewien mężczyzna do dziecka, które trzymał na rękach.

Podobną scenę opisał kiedyś ks. Jan Kaczkowski. W książce „Szału nie ma, jest rak” pokazał wiele niezwykłych, totalnie mistycznych scen umierania dzieci. Często w myślach wracam do tego obrazu, pewnie dlatego, że chłopiec nazywał się tak jak ja: „Błażej”. Umarł w ramionach załamanego ojca, który jednocześnie musiał być niezwykle mocny. Musiał „pozwolić” umrzeć swojemu dziecku. Jak jest to trudne, opisał już kilka wieków temu Jan Kochanowski. W „Trenie VII” dedykowanym jego córeczce Orszulce pisze: „Wielkieś mi uczyniła pustki w domu moim, / Moja droga Orszulo, tym zniknieniem swoim! / Pełno nas, a jakoby nikogo nie było”. W innym miejscu dodaje: „Teraz wszytko umilkło, szczere pustki w domu, / Nie masz zabawki, nie masz rozśmiać się nikomu. Z każdego kąta żałość człowieka ujmuje, / A serce swej pociechy darmo upatruje”.

Czasem „pozwolenie” na śmierć bywa procesem, nie dzieje się ono z dnia na dzień. Doskonale pokazują, jak jest to trudne bohaterowie książki „Chata” oraz filmu „Odważni”. To ojcowie, którzy cały czas gdzieś w sobie trzymają swoje dzieci. Nie akceptują ich odejścia. Dopiero całkowite oddanie się w ręce Boga, jako także ich Taty, pozwala im znaleźć uzdrowienie, leczy ich myśli.

 

Ojcowie, którzy stracili dzieci

Postacie książkowe lub filmowe to oczywiście tylko kreacja. Bywa ona jednak ważną inspiracją. Faktem jest, że żadna fikcja nie jest tak atrakcyjna, jak prawdziwe życie. Kilka tygodni temu świat obiegła informacja o śmierci małego Alfiego Evansa. Parę dni po tym ważnym dla milionów osób wydarzeniu mogliśmy oglądać krótki film oraz zdjęcie jego taty, Thomasa Evansa, który siedział w karawanie, towarzysząc swojemu synowi w jego ostatniej drodze. O tym młodym Angliku wiele osób wypowiadało się z uznaniem. Jak lew ryczący walczył o syna. Mama chłopca wspierała Alfiego w szpitalu. Tata podjął mocną walkę na zewnątrz. Działał w mediach społecznościowych. Regularnie informował świat o postępach w terapii i negocjacjach ze szpitalem. Dotarł nawet do samego papieża.

Według sędziego Anthoy’ego Haydena, który jako ostatni orzekał w sprawie małego chłopca, jego tata jest kimś niezwykłym. W oficjalnym uzasadnieniu orzeczenia kilkakrotnie podkreślał, jak Thomas walczył o syna: merytorycznie spierał się z biegłymi w sądzie, zaczął mocno zagłębiać się w wiedzę medyczną, przynosił także nagrania wideo pokazujące, jak żyje jego synek, nie kryjąc emocji pokazywał, jak Alfie ziewa. W pewnym jednak momencie napisał. „Mój gladiator odłożył tarczę i założył skrzydła dziś o 2:30. Mam złamane serce. Kocham Cię Maleńki!”.

 

Dwóch ojców mamy

Jako ojcowie na ziemi jesteśmy dla naszych dzieci pierwszym obrazem Ojca niebieskiego. Pewnie dlatego, gdy umiera dziecko jakiemuś mężczyźnie, pojawia się walka, walka z Bogiem lub też z samym sobą. Kilkanaście lat temu widziałem mojego sąsiada, który wrócił do domu ze szpitala od żony. Urodziła ona synka, który po miesiącu zmarł. Mój sąsiad dotarł do domu całkowicie pijany, krzyczał, oskarżał, był jak w amoku.

W dość podobnym stanie był zapewne pastor Todd Burpo, jeden z bohaterów biograficznej powieści i filmu „Niebo istnieje naprawdę”. Nagle jego syn Colton ciężko zachorował, umierał. Wcześniej Todd także ciężko zapadł na zdrowiu. Był pastorem, który powoli tracił kolejne prace i wspólnotę, którą kierował. W trakcie operacji syna Todd wszedł do szpitalnej kaplicy, zaczął krzyczeć na Boga, zaczął się z nim spierać, przewrócił krzesła w złości, czuł się każdego dnia jak biblijny Hiob, który wszystko traci. Oddał się jednak jak szaleniec Bogu i wszystko odzyskał.

 

Szepleni ojcowie

Śmierć dziecka jest tego typu tematem, którego chyba każdy z nas woli unikać. Zapewne wielu rodziców obawia się nawet wyobrażać podobne sytuacje. Każdy, kto ma dziecko wie, że bycie rodzicem daje nam szczególną umiejętność, potrafimy (jeśli chcemy) współodczuwać z naszymi dziećmi. Gdy cierpią, my także cierpimy, wręcz czując, co one czują. Gdy umiera dziecko, załamuje się dosłownie cały świat. Doskonale ukazał to swoją rolą Robin Williams, który w filmie „Miedzy piekłem a niebem” nagle traci dwójkę swoich dzieci. Nie ma recept, nie ma lekarstw, które mogą człowieka wyciągnąć z czeluści tego stanu. Jest szaleństwo. Jak mawiał jednak jeden z bohaterów filmu „Miasto aniołów”, to szczególnie szaleni ludzie są blisko Boga. Przypomina mi to pewną historię.

Jechaliśmy kiedyś całą rodziną w góry. Słuchaliśmy, jak to często mamy w zwyczaju, słuchowisk „Anioł stróż”. Genialnych opowiadań wydawanych przez Siostry Loretanki. Jedno z nich opowiadało o pewnym smutnym zdarzeniu. W rodzinie dziewczynka zachorowała na raka. Leżała w szpitalu, umierała i żegnała się z bliskimi. Nagle jej zapłakany tata jak w amoku wstał z krzesła i wybiegł z sali chorych. Pobiegł do kaplicy. Rozejrzał się, podstawił krzesło i zdjął ze ściany obraz Jezusa Miłosiernego. Następnie pobiegł z nim do sali swojej córki. Uklęknął z nim przed jej łóżkiem w momencie, gdy stwierdzano zgon. On jednak jak szalony zaczął wołać: „Jezu ufam Tobie!”. Po kilku minutach jego córka spytała, „Tatku, czemu płaczesz?”. Niby to bajka o cudzie. Ale spróbuj udowodnić, że cuda nie istnieją.

Newsletter
Aleteia codziennie w Twojej skrzynce e-mail

Miliony czytelników z całego świata – a wiele tysięcy z nich to chrześcijanie z Bliskiego Wschodu – szukają na Aletei inspiracji, informacji i nadziei. Prosimy, wesprzyj nawet niewielką kwotą arabską edycję naszego portalu.