Nie możesz nas wesprzeć finansowo?

Możesz to zrobić na 5 innych sposobów:

  1. Módl się za nasz zespół i powodzenie naszej misji
  2. Opowiedz o Aletei w swojej parafii
  3. Udostępniaj nasze treści rodzinie i przyjaciołom
  4. Wyłącz AdBlocka, kiedy do nas zaglądasz
  5. Zapisz się do naszego newslettera i czytaj go codziennie

Dziękujemy!
Zespół Aletei

 

Aleteia.pl - pozytywna strona Internetu w Twojej skrzynce e-mail
Aleteia

Co się dzieje, gdy pięciolatek wzywa szatana na pojedynek?

MAŁY CHŁOPIEC
Bruno Nascimento/Unsplash | CC0
Udostępnij

Miałbyś odwagę rzucić wyzwanie złemu duchowi? Po prostu. Po męsku. Bez kalkulowania, czym to się może skończyć. Ze sztyletem w dłoni. Pewien pięciolatek nie miał wątpliwości.

5-latek jak prawdziwy mężczyzna

Podobno tylko jeden jedyny raz José objawił się w swoim życiu jako człowiek agresywny. Jeden jedyny. A działo się to, gdy miał… ledwie pięć lat. Właśnie wówczas jego rodzicom i siostrom zdarzało się zobaczyć malca, gdy ten biegał z wściekłą miną po domu, wymachując pięściami. Wołał wtedy na cały głos, że chce złapać diabła. Że chce go zabić.

„To nieprzyjaciel Pana Boga” – wrzeszczał, gdy rodzice upominali go, aby był troszkę ciszej. Jakby chcąc się usprawiedliwić. Jakby ratując beznadziejną sytuację, gdy wiesz, że walczysz w imię dobra, a inni zupełnie cię nie rozumieją, mając cię za bez mała szalonego. „Nakłania ludzi, żeby obrażali Boga grzechami! Żeby się od Niego oddalali! Za wszelką cenę muszę go dorwać, złapać i wyzwać na pojedynek! Będę chciał go zabić!”.

Biografowie późniejszego świętego wspominają o pewnym wydarzeniu z jego dzieciństwa, gdy rzeczywiście przesadził… Wszedł któregoś dnia do pracowni ojca, który to pracował jako kowal. Udając, że tak jak zwykle czyni to o tej porze, szwenda się, rozglądając między wszelakimi narzędziami typowymi dla kuźni, szukał tak naprawdę czegoś, co idealnie wpisywało się w zamierzony przez niego plan. Gdy ojciec był akurat pochłonięty obrabianiem kolejnego rozżarzonego kawałka żelaza, młody José chwycił za leżący na stole sztylet, schował pod pazuchę i w te pędy ruszył w kierunku wyjścia. Miał już broń. Teraz pozostawało już tylko dokończyć dzieła.

Na głównym placu jego rodzinnej miejscowości Peralta de Calasanz na młodego José czekali już koledzy z jego „bandy”.

„Mam. Zdobyłem! Zobaczcie tylko! – pochwalił się José, wyjmując wyniesiony z ojcowskiej kuźni sztylet. – Jesteśmy gotowi. Chodźcie! Idziemy bić się z szatanem!”.

 

Zabawa czy coś więcej?

Chłopcy stali jak wryci. Tego się po José nie spodziewali. Zwykle grzeczny i cichutki, teraz wychodził z niego prawdziwy dowódca. Mężczyzna, który widział cel. I wiedział, o co rozchodziła się stawka.

Niepomny reakcji kolegów José biegiem ruszył w kierunku okolicznych pól. Chłopcy ruszyli za nim. Chcieli wiedzieć, jak to się wszystko skończy. Czy to tylko kolejna z zabaw wymyślonych przez ich kumpla, czy może jednak coś więcej.

José zatrzymał się za niewielkim murkiem. Pod rozłożystym drzewem oliwkowym. Rozłożył ręce, dając znać kompanom, żeby i ci się zatrzymali. Wyciągnął trzymany za pazuchą sztylet.

„Jest tam, spójrzcie! – zawołał donośnie piskliwie dziecięcym rykiem. – Na tym drzewie! Widzicie jego cień? Nie ukryjesz się! Nie będziesz już więcej zabierać Bogu dusz ludzkich. Nikt więcej nie pójdzie przez ciebie do piekła!”.

José czym prędzej wdrapał się na gałąź, z której – jak sądził – patrzy na niego śmiejący się szyderczo z jego wyciągniętego sztyletu zły duch. Gdy był już na konarze i wydawało mu się, że lada moment pochwyci szatana, koledzy usłyszeli głośny trzask. Gałąź, na której okrakiem siedział kilkuletni chłopiec, raptownie pękła. Za kilka chwil José leżał poobijany na ziemi. Kolegom nie pozostawało już nic innego jak tylko odprowadzić przyjaciela do domu. Gdzie już czekała na niego bura od troskliwych rodziców. Pewnie nikt ze świadków tego wydarzenia nie spodziewał się, że ta dziecięca być może iluzja spotkania i walki z szatanem była tylko początkiem tego, co w przyszłości czekało młodocianego José.

 

Męska spontaniczność

Dlaczego dziś akurat o tym epizodzie malutkiego José? Dla kogoś może się to wydać infantylną zabawą. Nieistotną z dorosłego punktu widzenia. A dla mnie jest w tym pewna esencja męskiej spontaniczności w działaniu. Malec widzi zagrożenia wynikające z działania złego ducha. I chce się im przeciwstawić. A jak może przeciwstawić się pięcioletni chłopiec? Wiadomo. Z mieczem i rzucając wyzwanie wrogowi. Dla mnie jest w tym coś zgoła inspirującego.

Wszystko to nabiera dodatkowego smaczku, gdy uświadomimy sobie, iż mówimy o postawie pięcioletniego przyszłego świętego. Będzie się nazywał Józef Kalasancjusz. I zostanie w dorosłości największym pedagogiem wśród świętych. Zanim jednak się to stanie, okaże się mężnym wyznawcą Chrystusa, gdy jako malec zapragnie stawić czoła walce z szatanem. Będzie na to gotowy. Ze sztyletem w dłoni. Jakkolwiek niepoważnie może to wyglądać, jest w tym – przynajmniej dla mnie – niesamowita głębia i przesłanie. Zwłaszcza dla facetów. Tych bardziej zgnuśniałych i wygodnickich.

Newsletter
Aleteia codziennie w Twojej skrzynce e-mail