Nie możesz nas wesprzeć finansowo?

Możesz to zrobić na 5 innych sposobów:

  1. Módl się za nasz zespół i powodzenie naszej misji
  2. Opowiedz o Aletei w swojej parafii
  3. Udostępniaj nasze treści rodzinie i przyjaciołom
  4. Wyłącz AdBlocka, kiedy do nas zaglądasz
  5. Zapisz się do naszego newslettera i czytaj go codziennie

Dziękujemy!
Zespół Aletei

 

Aleteia.pl - pozytywna strona Internetu w Twojej skrzynce e-mail
Aleteia

Utracone chęci milenialsów. Jak być młodym dorosłym przed 2020 rokiem

JOLA SZYMAŃSKA
fot. Anna Nycz
Udostępnij

Ukończenie medycyny na WUM w rodzinie warszawskich profesorów medycyny jest czymś innym, niż ukończenie medycyny na WUM w rodzinie alkoholików spod Białej Podlaskiej.

Zastanawialiśmy się ostatnio ze znajomym, dlaczego czujemy się źle. Mamy dobrą pracę, zainteresowania, jesteśmy jakoś tam spełnieni. Mamy kogoś, kto nas kocha i kogo my kochamy. Przyjaciół. Pracę zdalną. Dlaczego nie mamy ochoty ani sił na nic więcej? Czy to jakiś kryzys 25+? Śmieszne, milenialsowe rozczarowanie?

Może uwierzyliśmy, że będziemy wielkimi i ważnymi ludźmi. Że przyjdzie to szybko. I że wtedy będzie super. Może daliśmy sobie wmówić, że szczęście zależy od pracowitości i odwagi podejmowania ryzyka. Że „sky is the limit”. Że jeżeli nie ciśniemy na maksa, to frajerzy z nas. Więc ciśniemy.

Niewykluczone.

Postanowiliśmy to zmienić. Podsyłaliśmy sobie filmiki mistrzów biznesu internetowego. Staraliśmy się nie spędzić całego dnia na Netflixie. Robiliśmy listy zadań. Choć kilku, prostych. Marzyliśmy o wzbudzeniu w sobie jakiejkolwiek chęci.

Byliśmy sfrustrowani, realizując pasje, które przestawały nas interesować. Zarabiając pieniądze, których wcale nie potrzebowaliśmy. Wzbudzając podziw, który zaczął nas przerażać.

 

Wierzymy w ambitne cele

Nie wiem, czy to doświadczenie naszego pokolenia. Może. Z jednej strony wierzymy we własnej siły, bo w każdej sytuacji mamy – przynajmniej teoretyczną – możliwość osiągnięcia zamierzonych celów. Jednym jest trudniej, drugim łatwiej. Ale szansa istnieje zawsze. W pracy nie liczy się pochodzenie, a doświadczenie. Do rozwoju może wystarczyć stary komputer i łącze internetowe. Mamy dofinansowania dla młodych przedsiębiorców i psychoterapie, które umożliwiają uporządkowanie wyniesionych z domu traum.

Ale to nieprawda, że świat jest sprawiedliwy. Że mamy równe szanse. Że to od nas wszystko zależy. Zbyt wiele zależy od naszego zdrowia, konstrukcji psychicznej, od rodziny, zaplecza finansowego i intelektualnego. Od tego, o czym i jak rozmawiało się w naszym domu. Jakimi relacjami nasiąkaliśmy.

Przecież ukończenie medycyny na Warszawskim Uniwersytecie Medycznym w rodzinie warszawskich profesorów medycyny jest czymś innym, niż ukończenie medycyny na WUM w rodzinie alkoholików spod Białej Podlaskiej.

Jednak wierzymy w ambitne cele. Wspinanie się po drabince zadań i wiara w ich sukces daje nam poczucie bezpieczeństwa. Napędza. Wierzymy, że zmierzamy w dobrym kierunku. Ale to nie znaczy, że zmierzamy do szczęścia. Wolność może być dużo trudniejsza niż wychodzenie z niewoli.

 

Wierzymy w wolne tempo

Z drugiej strony jesteśmy ofiarami mitu „szczęśliwych freelancerów”. Kiedy studiowaliśmy, podziwialiśmy ludzi, którzy porzucali korporacje, żeby zająć się sadzeniem marchewek w Bieszczadach. Wydawali nam się tacy mądrzy i niezależni. Mówili o wolnej głowie, spełnieniu, o naturze.

Praca w korporacjach wysysała z nich siły i chcieli zwolnić, a wolne tempo pomogło im szczęśliwie żyć. Uwierzyliśmy więc, że wolne tempo pomoże i nam.

Dlatego czasem zaczynamy zwalniać. Odpuszczać niewygody i nowości. Wynagradzać sobie. Odpoczywać. Napełniać wszelkie dziury i głody, przytrzymane, kiedy biegliśmy. Krok po kroku rezygnujemy, powtarzamy sobie: „wystarczy”. Aż zauważymy, że jest nam bardzo źle i nie wynagrodzi tego najbardziej wegański burger z falafelami na świecie.

Pozornie wszystko jest świetnie. Osiągnęliśmy cele. Mimo młodego wieku nikt niczego już od nas nie wymaga. Możemy żyć i pracować tak, jak chcemy. Czytać książki, pić kawy w modnych kawiarniach, wyłączyć z diety cukier, polecać to innym na InstaStory. I czuć się coraz bardziej idiotycznie.

A przecież celebrując małe rzeczy, mieliśmy być szczęśliwi.

 

Nie wierzymy w normalsów

Ani ja, ani mój znajomy nie znaleźliśmy jednego pewnego przepisu na dorosłość, która rozwija się u progu lat 20. XXI wieku. Wiem tylko, że ani ambicje, ani slow life, ani zaangażowanie żadnej internetowej społeczności nie wyręcza nas z odpowiedzialności za nasze własne życie. A ono opiera się na naszych decyzjach, także biernych.

Dlatego zamiast analizować, szukać przyczyn i inspiracji, które przypniemy na pitereście naszych wizji, w obliczu rozczarowań dobrze jest nie szukać wymówek. I zacząć pracę, niekoniecznie tylko zawodową. Prawdopodobnie nie będzie ona ani wzniosła, ani relaksacyjna, nie poszerzy nam nawet zasięgów, ale warto ją sobie zafundować.

Nie dla sukcesu. Dla poczucia sensu.

Newsletter
Aleteia codziennie w Twojej skrzynce e-mail