Aleteia.pl - pozytywna strona Internetu w Twojej skrzynce e-mail

Nie możesz nas wesprzeć finansowo?

Możesz to zrobić na 5 innych sposobów:

  1. Módl się za nasz zespół i powodzenie naszej misji
  2. Opowiedz o Aletei w swojej parafii
  3. Udostępniaj nasze treści rodzinie i przyjaciołom
  4. Wyłącz AdBlocka, kiedy do nas zaglądasz
  5. Zapisz się do naszego newslettera i czytaj go codziennie

Dziękujemy!
Zespół Aletei

 

Katolicki portal bez polityki. Wesprzyj nas!

Aleteia

Mundial, czyli trudny miesiąc „piłkarskiej wdowy”

MUNDIALOWA WDOWA
Shutterstock
Udostępnij

Chociaż przeciętnemu mężczyźnie bardzo ciężko to zrozumieć - nie tylko dlatego, że przez kilka najbliższych tygodni najważniejsze będą dla niego telewizor, terminarz rozgrywek i odpowiednia temperatura piwa - Bogu dzięki, nie wszyscy dostaną mundialowej gorączki.

Zaczęło się w 1994 roku

Gdy ma się niespełna 9 lat wszystko, co wykracza poza doskonale znany teren osiedla, jest niesamowite, budzi fascynację, pociąga. Na początku lat dziewięćdziesiątych „polska szarość” niejednokrotnie przegrywała z zachodnim „lepszym światem”. Muzyka, moda, filmy, samochody… amerykański sen pokazywany raz po raz w już wtedy kolorowej telewizji rozbudzał nasze marzenia o „innym życiu”. W takich okolicznościach zetknąłem się po raz pierwszy z Mistrzostwami Świata w piłce nożnej. Nie było odwrotu.

Amerykańskie transmisje w środku nocy, połączone z brakiem dostępnych dzisiaj na kliknięcie palcem powtórek, sprawiły że wspomnienia związane z moim pierwszym mundialem są w szufladce: „między jawą a snem”.

Mecze rozgrywane na wypełnionych po brzegi stadionach (3,5 mln widzów to do dziś niepobity rekord frekwencji) w kraju, który futbol nazywa soccerem (sic!), wyniki meczów skrupulatnie spisywane w zeszyciku, czy mecze, których rodzice – ze względu na późną porę – nie pozwalali oglądać, silnie oddziaływały na wyobraźnię chłopca. I choć nie mogę, tak jak mój tata wspominający „Orły Górskiego”, opowiedzieć młodszemu pokoleniu o potędze polskiej piłki reprezentacyjnej lat 90., to „mój pierwszy mundial” już na zawsze pozostanie jednym z najważniejszych wydarzeń w życiu.

 

Polska, dawaj!

Jest rok 2018. Doczekaliśmy czasów, że nawet bez większego zainteresowania piłką nożną każdy, chcąc nie chcąc, wie, kim jest Lewandowski i dlaczego Glik jedzie do Rosji, choć miał nie jechać. Jednak mundialowy spektakl rozpoczął się na długo przed pierwszym gwizdkiem w Moskwie. Za sprawą mediów społecznościowych kadry od kilku lat wiemy, czym najlepsi polscy piłkarze się interesują, jak odpoczywają, co ich śmieszy.

Dzięki bezpośredniej formie relacji mamy wrażenie, że znamy ich jak naszych… dobrych znajomych. To oczywiście iluzja social media, ale skoro to mimo wszystko „nasi kumple”, trudno im nie kibicować, nie wspierać, nie angażować się emocjonalnie w turniej, w którym uczestniczą.

Tym samym dla dużej części kibiców ekscytacja mundialem skończy się w momencie odpadnięcia Polski z mistrzostw. Ta grupa sympatyków „Biało-czerwonych” prawdopodobnie nigdy nie zbliży się nawet do zrozumienia nieśmiertelnej maksymy legendarnego trenera Liverpoolu, Billa Shankly: „Niektórzy ludzie uważają, że piłka nożna jest sprawą życia i śmierci. Jestem rozczarowany takim podejściem. Mogę zapewnić, że to coś o wiele ważniejszego”. I bardzo dobrze.

 

Piłkarskie wdowy

Bardzo dobrze, że są ludzie, dla których piłka nożna to tylko jedna z gier zespołowych, w której dwudziestu dwóch mężczyzn biega przez 90 minut za skórzanym balonikiem. Choć przeciętnemu mężczyźnie bardzo ciężko to zrozumieć – nie tylko dlatego, że przez kilka najbliższych tygodni najważniejsze będą dla niego telewizor, terminarz rozgrywek i odpowiednia temperatura piwa – Bogu dzięki, nie wszyscy dostaną mundialowej gorączki.

Moja żona ma bardzo duże szanse na to, by do 15 lipca (dzień rozegrania finału) zostać „piłkarską wdową”, dlatego modlę się, by mojej głowy – bądź co bądź głowy rodziny – nie zajęły bez reszty mundialowe treści, a czas pomiędzy „najważniejszymi” spotkaniami został wykorzystany na dobre rozegranie najważniejszego meczu mojego życia.

Meczu, który jako mąż i ojciec rozgrywam każdego dnia. Meczu o wszystko, którego zwycięzca zwykle odbiera najcenniejsze trofeum – szczęście całej druży… tzn. rodziny.

Newsletter
Aleteia codziennie w Twojej skrzynce e-mail