Nie możesz nas wesprzeć finansowo?

Możesz to zrobić na 5 innych sposobów:

  1. Módl się za nasz zespół i powodzenie naszej misji
  2. Opowiedz o Aletei w swojej parafii
  3. Udostępniaj nasze treści rodzinie i przyjaciołom
  4. Wyłącz AdBlocka, kiedy do nas zaglądasz
  5. Zapisz się do naszego newslettera i czytaj go codziennie

Dziękujemy!
Zespół Aletei

 

Aleteia

Codzienne szczęście plecione na drutach – rozmowa z Joanną Matusiak, autorką „Manufaktury codzienności”

MANUFAKTURA SPLOTÓW, JOANNA MATUSIAK
Udostępnij

Jestem święcie przekonana, że kiedy człowiek, kobieta docenia samą siebie, potrafi się sama nagrodzić, coś sobie odpuścić, ludzie też inaczej na nią patrzą. Jakoś tak promienieje…

Spotykamy się w domu pani Joanny. Wszystko jest dokładnie takie, jak na instagramowych kadrach – bez retuszu i nienaturalnych aranżacji. Rozpoznaję kwiaty i doniczki, nawet światło wpadające do środka przez duże okna salonu. Siadamy przy kawie, kot wskakuje mi na kolana, a pani Joanna sięga po druty i sznurek. Plotąc koszyk dla jednej z klientek, opowiada o wyplataniu pięknej i prostej codzienności.

Joanna Matusiak – autorka instagramowego profilu manufaktura_splotow oraz książki „Manufaktura codzienności”. Ze sznurka i włóczki wyplata unikatowe dywany, kosze, poduszki i inne domowe akcesoria. Współtworzy projekt warsztatów wspierających kobiety #zwykledobrezycie.

 

Zamiana pasji, jaką jest dla Pani wyplatanie, w działalność zarobkową, a potem wydanie książki to był dla Pani pewien sposób dostosowania się i wykorzystania aktualnych możliwości?

Wyplatanie – tak. Chodziło o zagospodarowanie wolnego czasu i wprowadzenie jakiejś kreatywności w życiu, więc rzeczywiście, to była jakaś forma dostosowania się. Zimą [między szkoleniami, które prowadzę – przyp. red.] mam sporo wolnego czasu, więc musiałam znaleźć coś fajnego, dostosować się, żeby w tej zimowej sytuacji się nie nudzić, żeby nie mieć poczucia, że bezproduktywnie spędzam czas. Lubię coś robić, coś fajnego dla siebie, dla świata, dla domu, dla najbliższych. I moja manufaktura to na pewno jest coś takiego. Natomiast z książką „Manufakturą codzienności” – nie, to był absolutny przypadek.

 

Piękno w małych rzeczach

Jak nauczyć się dostrzegać piękno w codzienności? Można się tego nauczyć?

Myślę, że tak. Znam bardzo wiele osób, które się tego nauczyły poprzez przykre życiowe doświadczenia. Chociaż jestem daleka od tego, żeby mówić, że trzeba przeżyć jakieś ogromne cierpienia, żeby się tego nauczyć. Moim zdaniem, nie trzeba. Myślę, że u mnie ten proces się zaczął jeszcze na etapie, kiedy w moim życiu nie było żadnych wielkich strat, tragedii. Jest pewnie jakaś wrażliwość, którą ma się od dziecka. Miałam to szczęście, że mój dziadek pokazywał mi takie drobiazgi w życiu i tę wrażliwość we mnie zbudował. Ale potem przychodzi życie, praca… Wydaje nam się, że nie mamy czasu. A ja jestem przekonana, że każdy, niezależnie od tego, jak bardzo jest zajęty, może znaleźć pół godziny, żeby pójść na spacer, do parku, na łąkę. Wiele razy, pracując intensywnie zawodowo, po prostu chodziłam wieczorem na spacer między blokami na swoim osiedlu, bo potrzebowałam wytchnienia – moje ciało, umysł potrzebował jakiegoś momentu relaksu. Nie znam sposobu, jak się tego nauczyć. Trzeba po prostu chcieć i wsłuchiwać się w swoją intuicję.

Uważność na piękno świata to jedno, ale równie ważna jest właśnie ta uważność na siebie i swoje potrzeby. Nie każdy to potrafi. Wydaje mi się, że kobiety tym bardziej. Jeszcze zanim zdążą poznać same siebie, zostają żonami, matkami…

Zostałam mamą, jak miałam 20 lat. Najpierw żoną, potem mamą i właściwie od razu weszłam w taki schemat odpowiedzialności za cały świat – za dom, za rodzinę, dziecko, potem drugie dziecko. Chciałam zadbać o wszystko, choćbym padała na pysk. Nigdy nie może zabraknąć cukru, herbaty, chleba – sama się wprowadziłam w taki schemat. I właściwie zrozumiałam to wszystko dopiero po rozwodzie. Uznawałam to i nadal uznaję za moją największą życiową tragedię i największą porażkę. Zawsze uważałam, że jak ludzie się rozstają, to wina leży po obu stronach. Wtedy zaczęłam bardzo mocno pracować nad sobą, nad swoją uważnością, priorytetami. Zaczęłam myśleć o tym, jak wyglądało moje życie, czego nie lubiłam, co bym chciała zmienić, ale też, co lubiłam i chciałabym, żeby dalej było.

Zaczęłam myśleć, że to nie powinno być tak, że ja jestem na każde zawołanie moich najbliższych, że rezygnuję z siebie, ze swoich przyjemności, ze swojego prawa do odpoczynku, bo ktoś czegoś potrzebuje. A nawet nie to, że ktoś czegoś ode mnie oczekuje, tylko ja sama ufam, że powinien to dostać właśnie ode mnie. Przebudowałam całkowicie myślenie o sobie samej. Kiedy przez kilka lat byłam sama z dziećmi, w tym trudnym logistycznie czasie, funkcjonowałam lepiej niż wcześniej. Potrafiłam zrobić sobie przyjemność, potrafiłam nie posprzątać, potrafiłam nie ugotować obiadu albo powiedzieć raz na jakiś czas „Weźcie sobie chleb ze śmietaną i cukrem. Lubicie przecież, to sobie zjedzcie dzisiaj na obiad, bo obiadu nie będzie”. Wcześniej to było dla mnie nie do pomyślenia. Wcześniej, nawet gdybym sobie na coś takiego pozwoliła, miałabym ogromne wyrzuty sumienia. „Jak mogłam! Teraz muszę im to jakoś zrekompensować. To ja dzisiaj zrobię ciasto, placki ziemniaczane, jeszcze kompot i budyń!”.

Która też tego nie doceni…

Dokładnie. To mi przebudowało moje patrzenie na siebie. Miało bardzo dobry wpływ na moje relacje samej ze sobą i też na relacje ze światem. Bo jestem święcie przekonana, że kiedy człowiek, kobieta docenia samą siebie, potrafi się sama nagrodzić, coś sobie odpuścić, ludzie też inaczej na nią patrzą. Jakoś tak promienieje… Nie potrafię tego wytłumaczyć, ale był taki moment, kiedy moja przyjaciółka, po tych wszystkich moich przejściach, chyba jakieś 1,5 roku po rozwodzie, powiedziała: „Słuchaj, Ty jesteś piękniejsza i spokojniejsza niż byłaś kiedykolwiek. Ja Cię znam już tyle lat”. Rzeczywiście, znała mnie jeszcze zanim urodziło się moje pierwsze dziecko, czyli gdzieś tak od 16-17 roku życia. I właśnie wtedy mi powiedziała: „Ty nigdy nie byłaś taka spokojna, ty nigdy nie wydawałaś się być taka szczęśliwa, jak teraz”. Ale to nie dlatego, że się rozwiodłam i byłam sama. Te 1,5 roku – 2 lata to była niesamowita praca, jaką zrobiłam sama ze sobą, każdego dnia.

 

Codzienność jak praca w manufakturze

Sama potrafiła Pani sobie to wszystko poukładać, wytłumaczyć?

Sama nie. Na etapie najbardziej intensywnych emocjonalnych przeżyć bardzo często korzystałam z pomocy psychologa i nie wstydzę się tego. Dzwoniłam do telefonów zaufania, bo tak mi było najłatwiej. Nikt mi tak nie pomógł, jak te rozmowy, nigdy. Jednak rozmowa z kimś, kto Cię zna, z przyjaciółką, to nie jest to samo. To mi przyniosło bardzo dużo wsparcia i takiego bezinteresownego zrozumienia i akceptacji. Wydawało mi się, że taka osoba z zewnętrznego świata potrafi obiektywnie ocenić, czy myślę dobrze, czy mam prawo do takich uczuć, czy mam prawo do takiego działania. Na tamtym etapie te rozmowy bardzo mi pomogły.

„Manufaktura codzienności” – podejrzewam, że to jest nie tylko kwestia przełożenia nazwy profilu na tytuł książki. Czy ta codzienność, taka piękna, to jest właśnie praca w manufakturze? Ile tu jest ciężkiej pracy i jaka jest proporcja ciężkiej pracy do radości z jej efektów i ze świata?

Nigdy się nad tym nie zastanawiałam, jaka jest ta proporcja. Pewnie w życiu każdego człowieka więcej jest ciężkiej pracy niż radości. Nie zawsze się chce. Ale w codzienności jest mnóstwo motywujących rzeczy. Ja mam taki swój schemat – jak to zrobisz, potem będzie nagroda. Nie chodzi oczywiście o nagrodę w postaci nowych butów. „Jak to zrobisz, to potem sobie siądziesz z książką na balkonie i będziesz czytać przez pół godziny. Tylko zrób to szybko, bo jak nie, to nie znajdziesz już tego czasu”. Ale bardzo rzadko mam takie poczucie, że coś muszę. Myślę sobie, że jakbym miała się zmuszać do robienia tego sznurka, to wolałabym chyba znaleźć jakąś inną pracę, nie? Wkładam mnóstwo emocji w te rzeczy, pokazując je, fotografując, utrzymując kontakt z klientkami, którzy przysyłają mi potem zdjęcia moich prac u siebie w domu. Więc mam też dużo informacji ze świata, że moja praca jest fajna, że ktoś ma z tego radość.

Teraz chyba częściej ludzie lawirują raczej między profilami na Instagramie, porównują sobie, jak to ktoś ma dobrze i zatracają się w tym trochę. Siłą rzeczy jest Pani obecna w tym świecie i aktywnie w nim uczestniczy. Jak znajduje Pani równowagę między instagramową rzeczywistością a życiem w realu?

Jestem aktywna, ale nie jestem w internecie non stop. Wrzucam zdjęcie, jestem tam może jeszcze jakieś 10 minut, ogarniam pierwsze komentarze, a potem przez 3-4 godziny mnie nie ma i za te 3-4 godziny, jak sobie robię przerwę z kawą to np. znowu wejdę, odpowiem na parę komentarzy albo wstawię jakieś nowe zdjęcie. Albo dzieje się coś fajnego, jadę przez las, jest pięknie, robię zdjęcie, wrzucam, chowam telefon i jadę dalej. W zasadzie jedyny taki czas, kiedy siedzę w Instagramie, scrolluję i zaglądam do profili innych, to jest rano, kiedy jeżdżę rowerkiem i jak biorę wieczorną kąpiel w wannie.

Czy teraz, z perspektywy czasu, jest coś, co powiedziałaby Pani sobie sprzed 20-30 lat?

„Nic nie musisz”. Wcześniej dużo złych rzeczy w moim życiu działo się właśnie dlatego, że uważałam, że muszę. W momencie, kiedy przestałam tak uważać, otworzyłam się dla świata. I dla siebie. Jest też taka myśl, którą bardzo lubię: „Nie spinaj się tak, naprawdę, świat tego nie doceni”. Bardzo lubię tę myśl, ale nie w takim kontekście, że ona mnie usprawiedliwia, jak coś sknocę albo czegoś nie zrobię, tylko w takim kontekście, żeby nie starać się za wszelką cenę być najlepszą na świecie. Bo najczęściej to robisz tylko dla siebie, dla swojego jakiegoś przekonania, że jesteś dobra, ale nic Ci to nie przynosi, niczego Ci to nie daje. To chyba takie dwa najważniejsze przesłania dla mnie.

Newsletter
Aleteia codziennie w Twojej skrzynce e-mail