Nie możesz nas wesprzeć finansowo?

Możesz to zrobić na 5 innych sposobów:

  1. Módl się za nasz zespół i powodzenie naszej misji
  2. Opowiedz o Aletei w swojej parafii
  3. Udostępniaj nasze treści rodzinie i przyjaciołom
  4. Wyłącz AdBlocka, kiedy do nas zaglądasz
  5. Zapisz się do naszego newslettera i czytaj go codziennie

Dziękujemy!
Zespół Aletei

 

Aleteia

Pokochaj nie swoje dziecko. Każdy maluch potrzebuje rodzica!

OJCIEC Z DZIECKIEM
Ferenc Horvath/Unsplash | CC0
Udostępnij

Kiedy nadszedł czas na pożegnanie, czteroletnia dziewczynka mocno trzymając mnie za rękę powiedziała: „proszę, zabierz mnie ze sobą”. Zamurowało mnie. Nie wiedziałam ani jaki powinnam mieć w tym momencie wyraz twarzy, ani czy cokolwiek powiedzieć, ani w którą stronę patrzeć.

Miesiąc temu, na uroczystość Zesłania Ducha Świętego, arcybiskup szczecińsko-kamieński wystosował do wiernych list. Byłam mile zaskoczona jego treścią, słuchałam z przejęciem. Myślami wracałam do kilku wspomnień.

 

Samotne maluchy

Najpierw był Dom Małego Dziecka. Byłam jeszcze uczennicą, nastolatką, to było w czasie wycieczki szkolnej. Daliśmy dzieciakom prezenty i bawiliśmy się z nimi. Kiedy nadszedł czas na pożegnanie, czteroletnia dziewczynka mocno trzymając mnie za rękę powiedziała: „proszę, zabierz mnie ze sobą”. Zamurowało mnie. Nie wiedziałam ani jaki powinnam mieć w tym momencie wyraz twarzy, ani czy cokolwiek powiedzieć, ani w którą stronę patrzeć. Stałam jak wryta. Wychowawczyni, która przy tym była, powiedziała, że one do wszystkich tak mówią. Nie pamiętam, czy się jakoś pożegnałam z tą dziewczynką i jak w końcu wyszłam.

Kilka lat później w szpitalu dziecięcym na oddziale onkologii poznałam rezolutnego dwulatka. Rodzice go nie odwiedzali, byli pozbawieni praw rodzicielskich. Krzyś był już w dwóch rodzinach zastępczych, niestety w każdej tylko przez jakiś czas. Mimo chemioterapii tryskał energią i uśmiechał się od ucha do ucha, gdy ktoś przychodził. Miał przepiękne oczy i rozbrajał tym uśmiechem tak, że rozpowiadałam wszystkim, że się zakochałam.

Nigdy nie zapomnę jednej sytuacji. Kiedy się z Krzysiem bawiłam, przyszła pielęgniarka i powiedziała, że musi mu zrobić wkucie w głowie. Mały zrozumiał z tego więcej niż ja. Widać było, że się boi i wie, że będzie bolało. Ale nie uciekał ani nie krzyczał. Zanim zdążyłam się zastanowić, co mogę dla niego w takiej chwili zrobić, sam do mnie podbiegł i złapał mnie za ręce. Nie ruszał głową, pozwalał pielęgniarce robić swoje, ściskał mi mocno dłonie i słuchał nieporadnych zapewnień, że zaraz będzie dobrze i znowu będziemy się bawić.

Kiedy było po wszystkim, ku mojemu zdziwieniu natychmiast otarł łzy, zaczął się śmiać, skakać po łóżeczku i zachęcać do wygłupów. Cieszyłam się bardzo, że z nim wtedy byłam, ale nie mogłam przestać się zastanawiać, ile razy to dziecko będzie w trudnych chwilach samo. Czy trafi na stałe do jakiejś rodziny zastępczej i ktoś będzie zawsze miał czas, żeby być przy nim w szpitalu?

 

Samotni nastolatkowie

Remek – wychowanek domu dziecka, złośliwy nastolatek, przygarbiony, lubił grubiańskie żarty, zwłaszcza o alkoholikach. Widać było, że dokucza mu otyłość, a ciągle widywałam go zajadającego jakieś chipsy i batony. Pyskował i krytykował wszystko na każdym kroku. Nie potrafiłam się z nim dogadać. Czasem spędzał weekendy u dziadka. Raz widziałam ich w sobotę razem na mieście. Młody opowiadał coś dziadkowi z przejęciem. Bez grymasów, niechęci i różnych innych masek, które widywałam na co dzień w szkole. Chyba pierwszy raz zobaczyłam w nim wtedy dziecko.

Kamil – kolega z klasy Remka, uroczy chudzielec, trochę łamaga, miał jakąś wadę postawy. Wzbudzał sympatię wszystkich, typ dzieciaka, o którym ciotki mówią, że w przyszłości będzie przystojniaczkiem. Starał się uczyć, ale zawsze miał najwyżej trójki. Złościł się na to, czasami rzucał zeszyt na podłogę, siadał obrażony i kładł nogi na ławkę, „bo to nie fair, że znowu dostał dwóję”. „Słodki, ale kto weźmie do rodziny nastolatka” – pomyślałam kiedyś.

 

Wystarczy pokochać. Idź za tym wezwaniem

Ostatnio kolega opowiada mi, że dwa razy dziennie jeździ do domu dziecka jako wolontariusz. Pytam, co tam robi, może zajęcia z tańca? Odpowiada, że się po prostu z nimi bawi, bo dzieci potrzebują tylko i wyłącznie czasu.

Mocno się zastanawia, jak je przekonać do tego, żeby się uczyły, co zrobić, żeby chciały się uczyć. Mówię, że wydaje mi się, że ktoś by je musiał najpierw pokochać.

 

Ci, którzy kochają i są kochani

Darię i Maćka poznałam krótko po tym, jak adoptowali dwuletniego Antka. Byli bardzo przejęci, niepewni, czy sobie poradzą. Pamiętam, jak opowiadali, że mały miał tak zaniedbane zęby, że musiał mieć leczenie pod narkozą. Wszystko się udało, po zabiegu czuł się dobrze. To taka niby drobnostka, ale kurczę, jak to dobrze, że od teraz rodzice będą czuwać nad tym, żeby dzieciak miał zdrowe zęby.

Na spacerze Daria powiedziała mi, że bardzo szybko zapomniała o tym, że młody jest adoptowany. „Tak naprawdę to o tym się w ogóle nie myślę, to jest po prostu moje dziecko”. Antoś już dorósł. Ma prawie cztery lata, chodzi do przedszkola, świetnie się rozwija, gada jak najęty.

Odezwałam się do znajomej, która została rodziną zastępczą dla dziewczynki z domu dziecka, w którym pracuje. Znała ją od urodzenia, ale mówi, że nie planowała tego. Na początku zaprowadzała ją na zajęcia dodatkowe, bo chciała ją usprawnić, żeby miała szansę na adopcję… Mijały miesiące i dziewczyny przywiązywały się do siebie. Od pomysłu, żeby zostać mamą do decyzji i dopełnienia wszystkich formalności minęły trzy lata.

– Malwa, mogę napisać coś o Tobie i Twojej córci? Jak Wam się żyje razem?

– Dobra. Ale muszę się chwilę zastanowić, co byś tam mogła napisać, bo już zapomniałam, że Alka kiedyś nie była ze mną.

Na drugi dzień dostałam wiadomość:

„Ala w październiku kończy 6 lat. U mnie jest od września 2017. W domu dziecka była bardzo spokojnym, wycofanym, zamkniętym w sobie dzieckiem. Ma upośledzenie umysłowe w stopniu umiarkowanym. Nie mówiła wcale. Zawsze trzymała się blisko osoby dorosłej. Bała się obcych, świata za murami. Dziś jest niesamowicie pogodna, otwarta na ludzi, sama inicjuje kontakt. Jest aktywna, zżyła się też z resztą rodziny. W przedszkolu opiekuńcza wobec dzieci. Mama to jej ulubione słowo i powtarza je na okrągło. Nawet obcym osobom na ulicy czy w sklepie pokazuje, że jestem jej mamą”.

 

Rodzicielstwo zastępcze – szansa na miłość

List biskupa, o którym pisałam na początku, przypominał, że 30 maja obchodzimy w Polsce Dzień Rodzicielstwa Zastępczego:

Siostry i bracia! Duch Święty uzdalnia człowieka do wyboru tego co trudne (…) Wielki szacunek i uznanie należy się wszystkim rodzicom, którzy pomimo przeciwności i trudu życia dbają i wychowują swoje dzieci(…) W sposób szczególny nasza wdzięczność należy się jednak tym, którzy tworzą dom dla dzieci, które przez różne koleje losu ich rodziców, szukają ciepła i akceptacji. To wam, rodzice zastępczy, winni jesteśmy głęboki pokłon, gdyż przyjmujecie pod dach waszego domu, a niejednokrotnie przecież pomiędzy wasze biologiczne dzieci, inne dzieci (…)

Jeśli była lub jest w was, drodzy rodzice, jakaś myśl, jakieś pragnienie udzielenia maluczkim swego domu i ciepła, jeśli w sercach waszych odczuwacie jakieś wezwanie do podjęcia rodzicielstwa zastępczego, to idźcie za tym wezwaniem (…)

Newsletter
Aleteia codziennie w Twojej skrzynce e-mail