Nie możesz nas wesprzeć finansowo?

Możesz to zrobić na 5 innych sposobów:

  1. Módl się za nasz zespół i powodzenie naszej misji
  2. Opowiedz o Aletei w swojej parafii
  3. Udostępniaj nasze treści rodzinie i przyjaciołom
  4. Wyłącz AdBlocka, kiedy do nas zaglądasz
  5. Zapisz się do naszego newslettera i czytaj go codziennie

Dziękujemy!
Zespół Aletei

 

Aleteia

Tomasz Merton i Margie Smith, czyli o tym, jak mnich zakochał się w pielęgniarce

MŁODY THOMAS MERTON
ASSOCIATED PRESS/FOTOLINK
Udostępnij

Z jednej strony przyznał się przed nią i samym sobą, że jest w niej zakochany. Z drugiej strony prymat wiodły śluby zakonne czystości i posłuszeństwa. Nie zostały one nigdy złamane.

Ostatnio w moje ręce trafiła książka J.H. Griffina „Za głosem ekstazy. Pustelnicze lata Thomasa Mertona”. Nie było to pierwsze spotkanie z tym amerykańskim trapistą, jednak na pewno wyjątkowe.

Miałam jakieś wyobrażenie na temat jego osoby. Mnicha, który odrzucił świat materialny, sławę w świecie, dobrą pracę, kobiety. Wyidealizowałam postać Mertona, człowieka, który po licznych poszukiwaniach trafił do zakonu trapistów w amerykańskim Ghetsemani, z najbardziej surową regułą wśród zakonników. Imponował mi jako zakonnik, który nie zrezygnował ze swojej pasji, ale nauczył się robić to, co kocha, z Bogiem i dla Boga.  

W końcu trafiła do mnie książka, która całkowicie zmieniła ten idealny obraz. Poznałam zwykłego, słabego człowieka, który po ponad 20 latach przebywania w zamkniętym zakonie trapistów zakochuje się w pielęgniarce…

 

Zakochany mnich

Spotkali się w marcu 1966 roku, gdy Merton trafił do szpitala w związku z operacją kręgów szyjnych. Margie była dwudziestoletnią pielęgniarką, która opiekowała się nim po operacji.

Tomasz był pięćdziesięcioletnim mnichem, który od ponad dwudziestu lat przebywał w zakonie klauzurowym. Nie był przystosowany do pogaduszek i rozmów, dlatego początkowa obecność Margie irytowała go. Młodziutka pielęgniarka nie dość, że okazała się bardzo rozmowna, to jeszcze rzekła do niego, że to zaszczyt opiekować się Tomaszem Mertonem.

Dla niego oznaczało to pożegnanie się z ciszą i anonimowością. Pomimo swojego oczywistego niezadowolenia, jakaś część Tomasza nie mogła się doczekać, kiedy kolejny raz przyjdzie do niego ta piękna, młoda dziewczyna. Przychodziła codziennie. Merton zaczął wymyślać przeróżne powody, aby Margie przyszła do niego, ona również wynajdywała preteksty do odwiedzin.

Cały pobyt w szpitalu wypełniony był myślami o Margie, spotkaniami z Margie i pragnieniem widzenia się z Margie. Mnich spisywał te wydarzenia w swoim dzienniku. Nie wypierał niczego, co go wtedy spotkało. Merton pisał o niej, że jej obecność nadawała mu poczucia: lekkości, beztroski, wyzwolenia, poczucia, że wszystko jest tak, jak trzeba. A gdy przychodziła do pokoju, pomieszczenie wypełniało światło, wolność i radość.

Co więcej, gdy tylko mógł z powrotem chodzić, spacerował pod jej akademik z nadzieją, że do niego wyjdzie, bądź chociaż pomacha mu przez okno.

Znajomość kontynuowali po opuszczeniu szpitala. Gdy wrócił do Ghetsemani, swojego klasztoru, pisał:

Spoglądam na okładkę mojego notatnika, na której napisałaś przed odejściem swoje imię i adres. Teraz leży on tu, obok mnie, czyniąc Ciebie obecną. Stałaś się osobą, o której teraz będę myślał w czasie długich, bezsennych nocy (poczynając od dzisiejszej, niezwykle deszczowej). Osobą, której imienia będę się starał użyć niczym magicznego zaklęcia, żeby przełamać straszliwy ucisk samotność więżący mi serce.

Ich spotkania w opactwie były bardzo trudne do zrealizowania. W sercu Mertona pozostał ogromny, przejmujący smutek związany z jej nieobecnością, a także ogromne pragnienie, aby kontynuować tę znajomość.

Merton przeżywał ogromny bunt związany z tym, że więcej miałby jej nie zobaczyć. Z jednej strony przyznał się przed nią i samym sobą, że jest w niej zakochany. Z drugiej strony prymat wiodły śluby zakonne czystości i posłuszeństwa. Nie zostały one nigdy złamane.

 

Próby samokontroli

Na początku próbowali utrzymywać relację na płaszczyźnie głęboko duchowej, takiej czystej i prawdziwej. Obydwoje uważali, że poradzą sobie z taką sytuacją. Zaskakująco często jednak Merton wymykał się ze swojej pustelni, aby zadzwonić do Margie. Było to wbrew regule posłuszeństwa, gdyż telefony mogli wykonywać jedynie za pozwoleniem opata.

Rozpoczęły się wymiany listów, a także odwiedziny przez Mertona w szpitalu, do którego jeździł na zmianę opatrunków, szczepienia, badania kontrolne. Prosił przyjaciół, aby wozili go do Margie, aby mógł spędzić z nią jeszcze kilka chwil.

Ich rozmowy dotyczyły miłości, o której obydwoje podkreślali, że musi być czysta i w zgodzie z jego ślubami. Wyznawali sobie miłość. Spotkania wypełnione radością i miłością pełne były również lęku: czy to nie teraz widzimy się ostatni raz?

W Mertonie walczyły dwa głosy. Jeden z nich walczył o przyjaźń z Margie. Uważał, że jest to możliwe, aby zostać w takiej czystej miłości i przyjaźni. Drugi z nich uważał, że brak mu wystarczającej samokontroli, aby nie ulegać pokusom. Głosy te na zmianę przemawiały do Mertona. Czasami ulegał temu pierwszemu, czasami drugiemu. Rozstawali się kilka razy, za każdym razem wracali z powrotem do kontaktu ze sobą.

Ich relacja trwała kilka miesięcy. Później, gdy jeden z mnichów przez przypadek podsłuchał rozmowę Mertona, zgłosił sprawę Opatowi. Wszystko wyszło na jaw. Merton miał odgórny zakaz komunikowania się z Margie. Mimo iż początkowo uważał, że Opat po prostu nie rozumie, na czym ta relacja polega i że jest w ogromnym błędzie, zastosował się do jego poleceń. Okupione było to ogromnym cierpieniem i bolesną samotnością, która zdecydowanie za często budziła go w nocy.

 

Prawdziwy mnich i prawdziwy człowiek

Mnich pisał listy, które później darł i wyrzucał. Podejmował drogi, z których zawracał. Ta jego walka wewnętrzna jest ważnym przykładem prawdziwości jego życia. 20 lat modlitwy i wyciszenia nie oznaczało wolności od pożądania. Sam Merton w swoich dziennikach pisał, aby po jego śmierci to wszystko zostało wydane. Nie wstydził się swojej miłości. Uważał, że oddawała jego prawdziwe „ja”, a nie „ja” idealne, którym żył cały świat.

W końcu poznałam Tomasza Mertona nie jako idealnego pisarza mnicha, a jako człowieka, który miota się pomiędzy tym, kim chce być, a tym, kim jest. Poznałam Mertona, który nawet poświęcając się Bogu ponad 20 lat w klasztorze, nie zyskał całkowitej wolności od takich rzeczy, jak namiętność i uległość wobec piękna kobiety.

Nauczyłam się od Mertona, że „idealność” nie istnieje i do końca życia pozostaje to wewnętrzne zmaganie między tym, czego pragnę, a tym, czego wydaje mi się, że pragnę.

Newsletter
Aleteia codziennie w Twojej skrzynce e-mail