Nie możesz nas wesprzeć finansowo?

Możesz to zrobić na 5 innych sposobów:

  1. Módl się za nasz zespół i powodzenie naszej misji
  2. Opowiedz o Aletei w swojej parafii
  3. Udostępniaj nasze treści rodzinie i przyjaciołom
  4. Wyłącz AdBlocka, kiedy do nas zaglądasz
  5. Zapisz się do naszego newslettera i czytaj go codziennie

Dziękujemy!
Zespół Aletei

 

Prosimy, pomóż nam ocalić w naszych braciach nadzieję. Złóż deklarację
Aleteia

Czego nauczyły mnie 2 lata pisania felietonów?

JOLA SZYMAŃSKA
fot. Anna Nycz
Udostępnij

Rok w rok, korzystając z moich imienin, pozwalam tu sobie na sentymenty. Nie inaczej będzie dziś.

23 czerwca to nie tylko Dzień Ojca, ale też dzień, w którym napisałam pierwszy felieton dla Aletei (wtedy dla internetowego magazynu For Her Polska). Za moment miną dwa lata i zastanawiam się, czego to całe pisanie mnie nauczyło?

 

Pokory?

Felietonom (a właściwie aleteiowej Redakcji!) bardzo wiele zawdzięczam. Gdyby nie one, nie pisałabym tak często. Jestem wręcz pewna, że pisałabym bardzo mało i dużo słabiej niż teraz. Bez bata w postaci zbliżającego się czwartku, nie powstałaby też zdecydowana większość tekstów, z których jestem dziś dumna.

Ale pierwszą rzeczą, o której myślę, jest pokora. Choć często mam swoje zdanie, nie jestem już przekonana, że jest ono jakoś wybitnie ważne. Chociaż nie rozumiem wielu ludzi (jak na złość także wielu w Kościele), przestaje mi to przeszkadzać. Choć wiele rzeczy mnie irytuje, wolę budować własne życie i własne treści niż odnosić się do czegoś, co mi nie pomaga.

Ponadto wszystko coraz bardziej wolę obserwować niż komentować. Dowiadywać się, niż mieć swoje zdanie. Paradoksalnie, możliwość niewyrażania opinii to dziś dla mnie prawdziwy komfort. Ale może właśnie dlatego tak bardzo ją doceniam?

 

Odpowiedzialności?

Nie jestem specem od zobowiązań. Zwykle coś pogmatwam, pomylę, zagapię się, spóźnię. Odpowiedzialność to dla mnie duże wyzwanie. Czasem myślę, że może dlatego, że zbyt mocno i zbyt szybko zawiązałam ją sobie na szyi. Dziś na samo jej brzęczenie uciekam, gdzie pieprz rośnie. To znaczy, uciekałam. Od jakiegoś czasu staram się poznawać ją na nowo. Traktować jak dobrą znajomą, a nie wroga.

Między innymi dzięki temu, że widzę, jak bardzo „zobowiązanie się” do regularnych felietonów pomogło mi się rozwinąć.

Decyzja o takiej odpowiedzialności była trochę szalona. Nigdy wcześniej nie pisałam regularnie, tym bardziej dla kogoś. Ale przymus pokazał mi, jak wiele potrafię. I w jak różnych warunkach jestem w stanie pisać 🙂

Pisałam już nad morzem, we Włoszech i w Belgii, kiedy byłam chora i potwornie zmęczona. Bardzo często kończyłam o 2:00, 3:00, a czasem nawet o 4:00 nad ranem. Pisałam po imprezie, po kinie, po basenie, po całym dniu w biegu. Czasem po nagraniu filmu, czasem po kilku godzinach montażu, a czasem – jak dziś – po całym dniu montowania i kończenia innego tekstu.

Przekonałam się, że moje ciało i głowa nie mają tak wielu granic, jak mi się wydawało. I że często więcej zależy ode mnie niż od okoliczności zewnętrznych.

 

Zrobione jest lepsze od perfekcyjnego

Felietony, z których od razu się cieszyłam, potrafię zliczyć na palcach jednej ręki. Ten o nawracaniu chłopaka, o spaniu na rekolekcjach, o mitach na temat singielek, a ostatnio o tym, dlaczego ludzie gardzą sztuką współczesną.

To jednak niewiele, skoro w ciągu ostatnich dwóch lat napisałam ich łącznie 103 (razem z artykułami – 181!).

Wychodzi na to, że satysfakcjonuje mnie w pełni jakieś 5 procent mojej pracy. 95 procent wiąże się z poczuciem porażki i przekonaniem o niewystarczającym efekcie. Może to konsekwencja twórczego zawodu, może pracy publicznie pod własnym nazwiskiem, może zbyt wysokich wymagań wobec siebie, a może wszystkiego po trochu. W każdym razie mój obraz „zawodu idealnego”, czyli wykonywanego w domu i polegającego na tworzeniu fajnych treści, prysł.

Spotkanie z szarą rzeczywistością było i jest trudne, ale powoli zaczynam się z nią godzić. Pomaga mi w tym zdanie, które usłyszałam kiedyś w internecie: „zrobione jest lepsze od idealnego”.

Nie potrafię dziś jeszcze pisać tak dobrze, jak bym chciała. Nie potrafię tak dobrze opowiadać. Nie potrafię tak dobrze nagrywać ani montować filmów. Ale potrafię to robić dużo lepiej niż rok czy dwa lata temu – właśnie dlatego, że robiłam to tak, jak potrafiłam, zamiast czekać, aż zacznie mi wychodzić idealnie.

Nie raz musiałam iść na kompromis. Zarówno jeśli chodzi o budowę tekstu, treść, jak i o sam temat. Naprawdę często po opublikowaniu tekstu bałam się na niego spojrzeć i okropnie się wstydziłam. Dopiero kiedy widziałam kolejne łapki w górę i pozytywne komentarze, przestawałam czuć się tak bardzo beznadziejna i trywialna.

Teraz też dobrze wiem, że znajdzie się ktoś, kto wyśmieje ten tekst. I co z tego? Co z tego, skoro dzięki niemu za rok poradzę sobie jeszcze lepiej?

 

Największe osiągnięcie

Co do łapek w górę i komentarzy, całe to tworzenie nauczyło mnie jeszcze czegoś. A dokładnie – świadomości Waszej obecności. Dziś robię to nie tylko dla siebie, ale też dla tego małego, internetowego miejsca, w którym możemy się spotkać i normalnie porozmawiać.

Długo czułam, że nigdzie nie pasuję. Ani do kościółkowych debat, na myśl o których dostaję jakiejś neurotycznej wysypki, ani do sarkastycznych „wiedzących najlepiej”, którzy są plagą po każdej ze stron, ani do antyideologicznych rozważań, w których zawsze będę dziwakiem, szukającym niepotrzebnej głębi.

Ale ostatnio, obserwując Wasze komentarze pod tekstami, wsparcie w wiadomościach, rozmowy na grupie na Facebooku, a w końcu spotykając Was (coraz częściej!) w realu – czy to przypadkiem, czy podczas większych zgrupowań, widzę, że tworzymy razem miejsce, do którego pasuję bardzo.

Nie wiem, jak długo jeszcze będę pisać, nagrywać i bawić się w internety. Ale cieszę się niezmiernie, że nikt już nie wmówi mi, że nie ma fajnych, pozytywnych, inteligentnych i patrzących szeroko ludzi na tym świecie.

Bardzo Wam za to dziękuję.

Czytaj także:
Gdybym się nie bała
Newsletter
Aleteia codziennie w Twojej skrzynce e-mail

Miliony czytelników z całego świata – a wiele tysięcy z nich to chrześcijanie z Bliskiego Wschodu – szukają na Aletei inspiracji, informacji i nadziei. Prosimy, wesprzyj nawet niewielką kwotą arabską edycję naszego portalu.