Aleteia.pl - pozytywna strona Internetu w Twojej skrzynce e-mail

Nie możesz nas wesprzeć finansowo?

Możesz to zrobić na 5 innych sposobów:

  1. Módl się za nasz zespół i powodzenie naszej misji
  2. Opowiedz o Aletei w swojej parafii
  3. Udostępniaj nasze treści rodzinie i przyjaciołom
  4. Wyłącz AdBlocka, kiedy do nas zaglądasz
  5. Zapisz się do naszego newslettera i czytaj go codziennie

Dziękujemy!
Zespół Aletei

 

Aleteia

W garderobie miała obrazek Matki Boskiej, w domu kaplicę… Opowieść o Villas

VIOLETTA VILLAS
EAST NEWS
Udostępnij

Violetta Villas (a właściwie Czesława Cieślak) nie wstydziła się wejść na scenę i przywitać publiczność słowami: „Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus”.

Violetta Villas witała się też z publicznością słowami: „Niech Was Bóg błogosławi. Wasze domy, Wasze drogi, Wasze wszystkie sprawy”. W garderobie miała obrazek Matki Boskiej i św. Krzysztofa. Kierowca artystki zapamiętał, że kwiaty otrzymane po przedstawieniu najczęściej zostawiała w kościele, a przed występem, choć rzadko nadarzała się okazja, lubiła być na mszy.

Dla Villas scena była drugim domem. Spędziła na niej ponad pół wieku. Gdy śpiewała „Mamo, nie myśl, że się skarżę, żal mi tylko marzeń…”, ludzie płakali ze wzruszenia, a ona razem z nimi:

Kiedy śpiewam, zapominam o całym świecie, jestem tylko z moimi uczuciami.

 

Violetta Villas – od dziecka była kolorowym ptakiem

Urodziła się w czerwcu, osiemdziesiąt lat temu. Od dziecka była kolorowym ptakiem.

Lubiana, zgrabna i bardzo ładnie chodziła. Uwielbiała kokardki, miała je na włosach, sukience… Poza tym, że śpiewała, to jeszcze pięknie tańczyła – opowiada Krystyna Poloczkowa, jej znajoma.

Gry na wielu instrumentach nauczył jej ojciec, który sam koncertował na lokalnych imprezach. Świadoma swego talentu była od zawsze.

Brała ze sobą dzieci do lasu, kazała im zbierać poziomki i jagody, i mówiła, że w zamian im potańczy i pośpiewa – wspomina Ryszard Cieślak, brat artystki.

Bliscy odradzali jej wyjazd do stolicy. Uważali, że nieznana dziewczyna z Lewina nie ma szans na karierę. Idąc jednak za głosem serca, przeprowadziła się do stolicy, gdzie kontynuowała naukę w szkole muzycznej. Wkrótce pojawiły się sukcesy.

Kiedy wchodziła na scenę, skupiała uwagę wszystkich. Miała styl – bycia, ubioru. Gdy fryzjerzy chcieli „ujarzmić” burzę jej loków lub gdy styliści próbowali ingerować w to, w co ma być ubrana podczas występu, odbierała jako „zamach na swoją osobę”.

 

Dom w Magdalence z… kaplicą i zablokowane przez Villas rondo

Jej talent budził zazdrość: „Był to fenomen i w sensie głosowym, i wizualnym. Głos: cztery oktawy, naturalnie ustawiony, uroda głosu nieprawdopodobna. Coś takiego zdarza się niezwykle rzadko albo wcale. Violetta to był ktoś unikatowy. Rzucała się w oczy bardziej niż wszystkie panienki, które wtedy wchodziły na scenę. To budziło zazdrość wielu kobiet” – tłumaczy Janusz Ekiert. Villas tego nie rozumiała.

Zwrotem w jej życiu był pobyt w Las Vegas. Tam jej kariera nabrała tempa:

Jak stałam na schodach, zapalał się i gasł wielopiętrowy neon: Violetta Villas. I zastanawiałam się, czy to prawda, że ja tu jestem, w tym Las Vegas?

Za granicą zarobiła ogromne pieniądze, ale „nie umiała być bogata, chociaż bardzo to lubiła”.

Po powrocie kupiła dom w podwarszawskiej Magdalence, gdzie wygospodarowała miejsce na… kaplicę. O swoim american dream odpowiadała, że to był czas, kiedy wypracowała swą dojrzałość artystyczną i wyleczyła się z wielu kompleksów.

Wszędzie wzbudzała zainteresowanie:

Kiedyś była wieziona do teatru małym fiatem. Miała na głowie jeden ze swoich słynnych kapeluszy. No i się zaczęło: jeden kierowca się zapatrzył, drugi zatrzymał, ktoś wysiadł z samochodu, żeby się przyjrzeć. Korek. Violetta zablokowała rondo w centrum Warszawy.

 

Villas: Kochają mnie, więc poczekają

Była zjawiskiem. Artystką, której głos kochano, na którą uwielbiano patrzeć. Gdy Witold Filler zaangażował ją do teatru Syrena, ludzie przychodzili dla niej: „Teatr od premiery był oblężony. Kiedy brakowało w kasie biletów, ludzie chcieli płacić kasjerce dolarami. Nieustannie wpływały skargi do dyrekcji, że wejściówki są sprzedawane na lewo, a przecież były na nie zapisy”.

W ostatnich latach otrzymywała coraz mniej propozycji zawodowych, mniej zaproszeń – m.in. dlatego, że nie dotrzymywała umów, spóźniała się. Umawiała się na koncert czy występ w TV i… nie przychodziła. „Do kaprysów w amerykańskim stylu jest może przyzwyczajona publiczność w Las Vegas. Mieszkańcy Krakowa, Zakopanego, Tarnowa czy Andrychowa mogą to nazwać tylko lekceważeniem” – napisała jedna z gazet. Artystka miała swój punkt widzenia: „Kochają mnie, więc poczekają”.

Pod koniec życia relacje ze światem zewnętrznym ograniczyła do minimum. Tłumaczyła, że potrzebuje ciszy i spokoju. Że jest zmęczona. Ostatnie lata spędziła w rodzinnym Lewinie. Zmarła w 2011 roku.

*Korzystałam z książki „Villas. Nic przecież nie mam do ukrycia” Izy Michalewicz i Jerzego Danilewicza, Świat Książki

Newsletter
Aleteia codziennie w Twojej skrzynce e-mail