Nie możesz nas wesprzeć finansowo?

Możesz to zrobić na 5 innych sposobów:

  1. Módl się za nasz zespół i powodzenie naszej misji
  2. Opowiedz o Aletei w swojej parafii
  3. Udostępniaj nasze treści rodzinie i przyjaciołom
  4. Wyłącz AdBlocka, kiedy do nas zaglądasz
  5. Zapisz się do naszego newslettera i czytaj go codziennie

Dziękujemy!
Zespół Aletei

 

Prosimy, pomóż nam ocalić w naszych braciach nadzieję. Złóż deklarację
Aleteia

Jak zwyciężyć z mundialem? Sposób młodej żony

JOLA SZYMAŃSKA
fot. Anna Nycz
Udostępnij

Zobaczyliście tytuł tego tekstu i naszły was kosmate myśli? Wstydźcie się! Albo skorzystajcie ze świeżo testowanego przepisu 🙂

Podsłuchałam wczoraj w tramwaju rozmowę. Jedna koleżanka żaliła się drugiej, że kupiła na mundial tyle czipsów, że nie może ich teraz przejeść. Ja moją czipsową granicę przekroczyłam już po pierwszym meczu. W tak skrajnych realiach nieprzystosowany do walki organizm nie ma szans na wygraną, ani nawet na uczciwy remis.

Tak, nigdy wcześniej nie oglądałam mundialu. W moim domu rodzinnym nie oglądało się meczy, a przez kolejne 8 lat, bo tyle mieszkałam sama, nie miałam telewizji.

Kiedy cały ten turniej się zaczął, nie byłam więc pewna, czy chodzi o piłkę nożną, żużel czy skoki na bungee. Wiedziałam, że ludzi to kręci. Że lubią o tym gadać. I że to kolejna po disco polo i grillu oczywistość, którą w tym kraju wypada ogarniać.

Można zatem powiedzieć, że mistrzostwa otworzyły mi oczy na reguły całkiem nowej, piłkarskiej rzeczywistości. Ale nie będzie to cała prawda. Otworzyły mi oczy na coś jeszcze.

 

Tu i teraz

Nie będę ukrywać, ochoczo reaguję na wszelkie formy biernego relaksu. Propozycja, która łączy w sobie brak myślenia, przekąski, dobre towarzystwo i odpowiednią dawkę sfermentowanego chmielu, spełnia dziesięć na dziesięć wymagań mojego wewnętrznego lenia.

Kiedy więc usłyszałam o niej w kontekście mundialu, wzruszyłam się jak pięciolatek na myśl o wycieczce do Disneylandu.

W takich okolicznościach zielony trawnik i kolorowe spodenki stały się uroczym dodatkiem. Dzięki nim pierwszy raz od dawna mogłam skomentować coś nieodpowiedzialnie. Niepublicznie. Swobodnie. Momentami niecenzuralnie. I z niekłamaną radością pobyć tylko tu i tylko teraz. Przez całe dziewięćdziesiąt minut zastanawiając się, jak spędziłam te wszystkie mecze, których nie spędziłam przed telewizorem? I dlaczego nie tam?!

 

Węzeł dzielnicowy

Co ma do tego małżeństwo? Otóż razem ze mną w mundialowym szale debiutował mój mąż. Małżeństwo otworzyło nam okno na patriotyczne okrzyki, nie mniej patriotyczne żale, a także poczucie osiedlowej wspólnoty.

W przerwie meczu Polska-Senegal wybraliśmy się do Żabki. Jak się okazało, razem ze sporą częścią okolicy. Dorośli okupowali dział z alkoholem, dzieci podpytywały o aktualny wynik. Serdecznym spojrzeniom i nadziei nie było końca. Serwowaliśmy więc aktualności, przyjmowaliśmy reakcje, machaliśmy Laysami z uśmiechem Błaszczykowskiego. I było nam dobrze.

Już drugi wspólny mecz stał się meczem małżeńsko-historycznym. Węzłem, który połączył nas z naszą pierwszą dzielnicą na wiek wieków. I Bóg jeden wie, do czego doprowadzi.

 

To dopiero półmetek mundialu

„Każdy, kto wie, co znaczy to – zerwać się z miejsc, krzyknąć GOL!” – refren Maryli Rodowicz obijał się o nasze ściany jak echo nad Morskim Okiem. W ciągu kilku wieczorów staliśmy się tymi, którzy wiedzą, co znaczy to. Poznaliśmy Polskę jeszcze bardziej. Zakorzeniliśmy się w jej uniesieniach. Płakaliśmy nad jej rozczarowaniami. Budowała nas jej wola walki i honorowa świadomość przegranej. A przy tym – bawiliśmy się wyśmienicie.

Nie wiem, skąd pomysł, że kobiety piłki nie rozumieją. Że zasłaniają ekran, wnosząc sałatkę. Że wiedza o spalonym ma w tym wszystkim jakiekolwiek znaczenie. Przecież to idiotyczne. W mundialu chodzi o dużo więcej niż samą piłkę.

Chodzi o czuły kontakt z moją wewnętrzną cebulą, cebulką, cebuleczką. Chodzi o ugłaskanie jej i przyjęcie. O pogodzenie się z brzydkim, solonym ja.

Z dala od poważnych debat, poezji śpiewanej, mądrali z Twittera czy programów o kaplicy Sykstyńskiej.

I choćby dlatego własną piersią bronię tezy, że z mundialem nie trzeba zwyciężać. To piękny czas. Pozwolił mi zupełnie na nowo docenić małżeństwo, życie, czipsy. Przewartościowałam wartości i zrewidowałam to, co wydawało się zrewidowane. A w końcu, zamiast krzywić się czy dystansować, potrafiłam najprościej w świecie się ucieszyć.

Bogu dzięki przed nami jeszcze druga połowa tego szaleństwa!

Newsletter
Aleteia codziennie w Twojej skrzynce e-mail

Miliony czytelników z całego świata – a wiele tysięcy z nich to chrześcijanie z Bliskiego Wschodu – szukają na Aletei inspiracji, informacji i nadziei. Prosimy, wesprzyj nawet niewielką kwotą arabską edycję naszego portalu.