Aleteia.pl - pozytywna strona Internetu w Twojej skrzynce e-mail

Nie możesz nas wesprzeć finansowo?

Możesz to zrobić na 5 innych sposobów:

  1. Módl się za nasz zespół i powodzenie naszej misji
  2. Opowiedz o Aletei w swojej parafii
  3. Udostępniaj nasze treści rodzinie i przyjaciołom
  4. Wyłącz AdBlocka, kiedy do nas zaglądasz
  5. Zapisz się do naszego newslettera i czytaj go codziennie

Dziękujemy!
Zespół Aletei

 

Aleteia

Oto jak uporałem się z wątpliwościami religijnymi

MĘŻCZYZNA Z BIBLIĄ
Ben White/Unsplash | CC0
Udostępnij

Bóg tak, ale religijność i Kościół nie? Co by się stało, gdybym podobnie jak religię traktował małżeństwo? Co by było, gdybym powiedział mojej żonie, że ją kocham, ale nie będę obchodził rocznic, Walentynek, albo jej urodzin, bo to zbyt formalne i sztywne?

Wierzący niepraktykujący

Jesteśmy coraz mniej związani z religią. Nie chodzi o to, że przestaliśmy wierzyć w Boga, ale wolimy nazywać siebie „niepraktykujący” albo „wierzący, ale niereligijny”.

Religia stała się niepopularnym słowem utrudniającym duchowość. Nawet wśród ludzi, którzy uważają się za wierzących, szeroko rozpowszechnione jest stwierdzenie „Kocham Chrystusa, ale nie Kościół”.

W pewnym sensie rozumiem to. Wszak Kościół ma swoje problemy, małe i duże; skandale molestowania, kazania wyrażające opinie, z którymi się nie zgadzamy, czy wreszcie… pomyłki imion na pogrzebach.

Ale nawet, jeśli ksiądz jest w porządku, to i tak znajdą się wierni, którzy zachowują się jak hipokryci. Wydaje się więc, że grupa ludzi poszukujących pewnego rodzaju duchowości wybiera z religii to, co dobre, a pomija to co złe. To godny pochwały cel.

 

Więc co nam pozostaje?

Oto moje pytanie: kiedy nie ma już religii, co nam tak naprawdę pozostaje? Nie wiem jak wy, ale ja nie uważam się za idealnego człowieka. Oczywiście, jestem zdolny do bycia życzliwym, uczynnym i empatycznym, ale równie często jestem arogancki, samolubny i bezmyślny.

W kwestii rozwoju duchowego nie mogę być sam dla siebie autorytetem, bo donikąd mnie to nie zaprowadzi. Mam rację, prawda?

Jeśli będę się starał być dobrym człowiekiem, możliwe że to wystarczy. Ale jeśli moja duchowość ma ograniczać się do samodoskonalenia i akceptowania siebie takim jakim jestem, muszę się zastanowić, czy w ogóle potrzebuję duchowości.

Znam wielu ateistów i wstyd powiedzieć – są o wiele bardziej wielkoduszni i czynią więcej dobra niż ja. Zatem duchowość powinna być czymś więcej. Nie wystarczy mi joga i dzielenie się wzniosłymi cytatami na Facebook’u. Potrzebuję religii.

Dorastając, wierzyłem w Boga, ale zmagałem się z organizacją Kościoła i kwestionowałem jej wartość. Dzisiaj jestem szczęśliwym praktykującym, ale przeszedłem niełatwą drogę. Rozumiem, że można odczuwać sprzeciw wobec zorganizowanej formy religii. Sam też miałem ten problem.

Oto jak sobie z nim poradziłem.

 

Wątpliwość 1: mogę kochać Boga, kiedy i jak chcę

Oczywiście, mogę przyrzec, że będę się modlić w drodze do pracy, czytać Biblię przed pójściem spać i udzielać się w organizacji charytatywnej, kiedy czas mi pozwoli. Ale szczerze? Nie ma na to szans.

Jeśli nie pójdę do kościoła w niedzielę, nie znaczy to, że zmieniam świat na lepsze, modlę się w jakimś innym miejscu albo medytuję w domu. Prawdopodobnie będę oglądać mecz, zajadając chipsy. Innymi słowy, moja duchowa relacja z Bogiem ogromnie ucierpi. A to właśnie religia chroni moją relację z Bogiem.

We wszystkich związkach są jakieś oczekiwania. Co by się stało, gdybym podobnie jak religię traktował małżeństwo? Co by było, gdybym powiedział mojej żonie, że ją kocham, ale nie będę obchodził rocznic, Walentynek, albo jej urodzin, bo to zbyt formalne i sztywne?

W każdym związku zobowiązujemy się do czegoś i wypełniamy pewne rytuały. Na przykład zawsze, kiedy kończę rozmowę telefoniczną z żoną, mówię „kocham cię”. To tylko formułka, ale po latach nabrała dla mnie innego, głębszego znaczenia.

Ponieważ miłość jest istotą rytuałów religijnych, kształtują one nasze życie. Kiedy o tym myślę, uświadamiam sobie, że Bóg był zawsze ze mną w najważniejszych momentach mojego życia: w czasie chrztu, zaraz po urodzeniu, w czasie bierzmowania, kiedy byłem gotów do dorosłości oraz w momencie ślubu, aby przypieczętować związek miłości z moją żoną.

Również moje dzieci zostały ochrzczone i przyjęły Pierwszą Komunię św. Wszystkie te rytuały dają poczucie bezpieczeństwa.

Amerykański komik Jim Gaffigan podobnie rozumie swój związek z Kościołem: „Zanim poznałem moją żonę Jeannie, mieszkałem naprzeciwko kościoła przez 15 lat. Nigdy go nie zauważyłem, nigdy nie wszedłem do środka. Dzięki Jeannie ten sam kościół stał się miejscem, gdzie wziąłem ślub, gdzie ochrzciłem pięcioro moich dzieci i gdzie wreszcie raz w tygodniu przypominają mi, co jest w życiu najważniejsze”.

 

Wątpliwość 2: nie mam na to ochoty

To normalne, że nie chce się iść do kościoła. Wstawanie to obowiązek, ubieranie dzieci i pakowanie ich do samochodu to mini działania wojenne. Kiedy wreszcie jesteśmy na miejscu, a ja próbuję się skupić, nasza najmłodsza córka uparcie wyrwa wszystkie kartki ze śpiewnika kościelnego. Serio – to nie grzech czuć, że nie chcemy brać w tym udziału. Wszyscy to znamy.

I znów, zastanówmy się, jak to jest w małżeństwie. Nie cierpię przyznawać się do tego, ale czasem nie mam ochoty na spędzanie czasu z rodziną. Mam złe dni, chcę być sam, nie mam ochoty grać z dziećmi w baseball. Boli mnie głowa i nie dam rady czytać bajeczek na dobranoc.

Mieliście kiedyś kłótnię z żoną albo mężem przed wyjściem rano do pracy? Nikomu nie chce się potem wracać do domu i kontynuować tematu. Ja wolałbym zostać dłużej w pracy i uniknąć dalszej kłótni. Nie mam na to ochoty, ale kocham moją żonę, więc… wracam do domu.

 

Wątpliwość 3: religia mi nie pasuje

To prawda. Religia porusza tak niewygodne tematy jak grzech, a wiem, że popełniam go ciągle. Co gorsza, pełno tu opowieści o świętych, którzy byli nieskazitelni i zupełnie do mnie niepodobni. Mam nieodparte poczucie, że nie do końca tu pasuję i powinienem coś zmienić w swoim życiu.

Ale taka właśnie ma być religia. Gdyby Kościół utwierdzał mnie w przekonaniu, że wszystko co robię i w co wierzę jest świetne, pocieszyłoby mnie to. Jednocześnie miałbym wymówkę, żeby się nie rozwijać.

Jestem religijny, ponieważ chcę nowych wyzwań. Chcę poznawać Boga i bardziej Go kochać. Chcę też, żeby mi wybaczono moje błędy i dano szansę na poprawę w przyszłości.

Religia mi nie pasuje, w zamian za to uczy, jak dopasować się do Boga. To może trudne i frustrujące, ale zasadnicze dla duchowego rozwoju.

Kiedy byłem nastolatkiem, myślałem, że wiem wszystko, ale dopiero teraz zmądrzałem. Nadszedł czas na rozwój. Dobra wiadomość w religii jest taka, że wszyscy jesteśmy zdolni do wielkich czynów. Powierzchowna duchowość jest zwyczajnie niewystarczająca, aby przygotować nas na to, co Bóg nam przeznaczył.

 

Wątpliwość 4: nie mam z tego żadnej korzyści

Pieśni są okropne. Kazanie niczego nie wnosi. Dzieci robią w kościele piekło. Kościół może się wydawać stratą czasu, ale spójrzmy na to inaczej.

W religii nie chodzi o mnie, chodzi o wdzięczność Bogu za moje życie. On zasługuje na dziękczynienie. Zasługuje na specjalny dzień, w którym zbieramy się, aby uświadomić sobie jak bardzo Go potrzebujemy. Nie wiem, co z tego będę miał, ale w końcu nie o to chodzi. Religia nie jest poradnikiem psychologicznym pomagającym żyć, jej celem nie jestem ja – w religii chodzi o Boga.

Posłużmy się jeszcze raz przykładem małżeństwa. Jeśli zawsze będę się zastanawiał, co mi przyjdzie z małżeństwa, skazuję nasz związek na niepowodzenie. Im więcej dostaję, tym więcej chcę. Idąc tą drogą, można dojść do wniosku, że jeśli nie dostałem tego, na co zasługuję, to być może moje małżeństwo nie jest udane, więc czas na zmianę?

Uchowaj Boże przed takim myśleniem. Szczęśliwy związek buduje się nie na braniu, ale na dawaniu. Co mogę zrobić dla tych, których kocham, aby byli szczęśliwi? Podobnie jest z religią. Jeśli pomyślę, co mógłbym dać Bogu, a nie co z tego będę miał, wtedy religia nabiera o wiele większego sensu.

Podoba mi się formalna strona religijności. Lubię powtarzalność rytuałów. Dają otuchę i wyzwalają. Doceniam duchowe wyzwania. Wraz z wyzwaniem pojawia się nadzieja, że z pomocą Boga mogę stać się lepszym, szczęśliwszym człowiekiem. W czasach, kiedy odrzucałem religię, starałem się iść własną drogą. Ale zawsze wybierałem tę łatwiejszą. Nie chcę już łatwej drogi.

Chcę iść drogą Boga. Niech mnie Bóg prowadzi.

Newsletter
Aleteia codziennie w Twojej skrzynce e-mail