Aleteia.pl - pozytywna strona Internetu w Twojej skrzynce e-mail

Nie możesz nas wesprzeć finansowo?

Możesz to zrobić na 5 innych sposobów:

  1. Módl się za nasz zespół i powodzenie naszej misji
  2. Opowiedz o Aletei w swojej parafii
  3. Udostępniaj nasze treści rodzinie i przyjaciołom
  4. Wyłącz AdBlocka, kiedy do nas zaglądasz
  5. Zapisz się do naszego newslettera i czytaj go codziennie

Dziękujemy!
Zespół Aletei

 

Aleteia

Tu jest piękne niebo, a ty gdzie się szwendasz z tyłu? Poruszające świadectwo lekarki o. Jana Góry OP

OJCIEC JAN GÓRA
Bulion/Wikipedia | Domena publiczna
Udostępnij

Ja też z nim rozmawiam. Tak jak z moim nieżyjącym tatą. Może jestem nienormalna (śmiech), ale czuję ich obecność i pomoc. Miałam wspaniałego rodzonego tatę i wspaniałego ojca w ojcu Janie. To jest zobowiązanie. Nie można żyć byle jak.

Z Aleksandrą Gługiewicz-Olmińską, internistą, lekarką o. Jana Góry OP, rozmawia Małgorzata Bilska.

 

Małgorzata Bilska: Kiedy poznałaś ojca Jana Górę OP? I jak?

Aleksandra Gługiewicz-Olmińska: Poznałam go w grudniu 1977 roku. Koleżanka od dawna namawiała mnie, żebym przyszła do duszpasterstwa młodzieży szkół średnich u dominikanów. Poszłam na drugie czy trzecie roraty młodzieżowe. Przed przyjazdem ojca Jana nikt nie odprawiał w Poznaniu rorat.

Na początku było nas około 10 osób, w porywach 20 – czuło się bliskość, można było porozmawiać. Wpadłam w to. Wcześniej duszpasterzem był ojciec Pius i tam była bardzo zwarta grupa, czułam mur. Może i mnie lubili, zauważali, ale nie byłam ich częścią.

Co tam robiłaś? U ojca Jana każdy był od jakiejś roboty.

Wtedy jeszcze tak nie było. Pomagaliśmy mu przygotowywać rekolekcje, czytaliśmy poezję przy świecach, były spotkania i dyskusje.

Co sprawiło, że zostałaś?

Przyjazność, otwartość, wyobraźnia, pomysły. W lutym pojechaliśmy na obóz do Suchej Wody. Kończyłam IV klasę liceum, a ojciec 30 lat. Jedliśmy pączki, tańczyliśmy poloneza, choć ledwo się mieściliśmy w jednej izbie. Trzeba było się bardzo uwijać, żeby się nie zadeptać. Spaliśmy na podłodze pokotem. Żeby jedna osoba mogła się przewrócić na drugą stronę, wszyscy musieli się przewrócić, tak było ciasno. Chodziliśmy na wycieczki.

Miałam jedną robotę. Ojciec wyznaczył mnie do pilnowania modlitw. Że ja ludzi nie zakatowałam wtedy różańcami… (śmiech).

W drodze powrotnej z Tatr ojciec zabrał nas do Krakowa, spaliśmy w Beczce u dominikanów. To było niedługo po śmierci Stanisława Pyjasa. Spotkaliśmy studentów, którzy go znali. Opowiadali nam o białym marszu, przeżywali jego śmierć. Przepisywaliśmy ręcznie wiersze Barańczaka. Dowiedzieliśmy się, że mieszka w Poznaniu (śmiech). Poszliśmy z ojcem do redakcji „Tygodnika Powszechnego”, na Kopiec Piłsudskiego i na obiad do węgierskiej restauracji. Wyobraź sobie w szarzyźnie PRL-u ten luksus.

Byliśmy smarkacze. Flanelowe koszule, trochę niedomyci, bo w górach nie było jak…

I trafiliście na salony! (śmiech)

Było super.

Wychowankowie ojca Góry mają mocne poczucie własnej wartości. W tym środowisku nie ma kompleksów. Umiał wyzwalać radość z przynależności.  

Na studiach przeszłam do grupy, która zajmowała się chorymi. Spotykaliśmy księży diecezjalnych. Dla nas, wychowanków dominikanów, jeżeli był w jadalni osobno stół dla księży i dla świeckich, to był szok. Nie przychodziło nam do głowy, że księża są lepsi, inni.

Ojciec Jan był zawsze z nami, siedział przy tym samym stole, dzielił się wszystkim, co miał. Na urodziny czy imieniny odprawiał msze u nas w domach, w blokach. To też było pociągające.

Jak zostałaś jego lekarzem?

W grupie organizowaliśmy niepełnosprawnym wakacje, pielgrzymki. Jakoś drogi z ojcem Janem zawsze nam się splatały. Kiedyś był u nas na obozie, ale zupełnie go to nie brało.

Nie miał cierpliwości.

Przywiózł ze Szwajcarii buty, chyba pumy, był z nich dumny. Spał w jednym namiocie z naszym księdzem i wystawił buty na zewnątrz. Powiesiliśmy je zamiast flagi na maszcie.

(śmiech). Nie obraził się?

Nie. Kiedy już pracowałam, ktoś mu powiedział: Ojciec ma nadciśnienie, po co chodzić nie wiadomo gdzie? Ola może ojca leczyć.

I role się odwróciły. Jakim był pacjentem?

Trudnym i nieposłusznym. Miał swoje zdanie. Bardziej mu towarzyszyłam, niż leczyłam. Uwielbiał się badać, ale gdy jechał na USG czy na kolonoskopię, koniecznie chciał, żeby ktoś z nim był. Bał się tych wszystkich urządzeń.

Nie stosował się do zaleceń, zwłaszcza jeśli chodzi o ograniczanie jedzenia. Pytał mnie, które tabletki musi brać koniecznie. W ogóle nie zażywał środków przeciwbólowych. Czasem do mnie dzwonił: Ola, tak mnie boli, że nie mogę wytrzymać. Ja: Dobrze ojcze, przyjadę. A kiedy przyjechałam, mówił: Jak ciebie widzę, to się od razu lepiej czuję. Chodź, idziemy coś zjeść. Ojcze, ale może pojedziemy do szpitala, zrobimy jakieś badania? Nie, już mi przeszło.

Zmarł nagle, symbolicznie. W stule, bo nie zdążył dokończyć mszy roratniej. Jakim był księdzem?

Był bardzo autentyczny, nie było w nim fałszu. Dla niego Bóg był bardziej rzeczywisty niż trawa i wszystko to, co naokoło. On tak żył Bogiem, że nigdy nie miałam wątpliwości, żadnych, że jest głęboko wierzący, czysty i autentyczny. Ksiądz ma być przede wszystkim wierzący.

To, jak zmarł, może być argumentem za świętością rozumianą jako bliska relacja z Bogiem. Od jednych słyszę słowa o jego świętości, innych to mocno złości. Mieli z nim swoje przejścia. Przyszło ci do głowy, gdy odchodził, że jest święty?

Od wielu lat myślałam, że jest wybrany. Na podwórku poznańskim było to mniej widać, ale jak się ludzie do niego odnosili na pielgrzymkach… Ilu ludzi znał, ilu pomógł, nawet obcym. Dla mnie świętość to nie jest bycie idealnym. Gdyby tym miała być, nie byłoby świętych. Ojciec miał wady. Ale w 100 procentach żył dla Pana Boga. To na pewno.

Zasłabł, szybko przyjechało pogotowie ratunkowe i ty. Zdążyłaś z nim porozmawiać przed reanimacją?

Wiem, że kiedy wyszedł z kaplicy, pytali go: Może krzesło przynieść? Machnął ręką. A może pogotowie wezwać? To samo. Po czym powiedział: Ola. Zawołajcie Olę. Podobno to były jego ostatnie słowa.

Jeden ze znajomych liderów Ruchu Lednickiego, dorosły, „dzieciaty” i poważny, codziennie rozmawia z ojcem Janem tak, jak on sam rozmawiał z Janem Pawłem II po jego śmierci. Brakuje mu go. Miewasz podobnie?

Ja też z nim rozmawiam. Tak, jak z moim nieżyjącym tatą. Może jestem nienormalna (śmiech), ale czuję ich obecność i pomoc. Miałam wspaniałego rodzonego tatę i wspaniałego ojca w ojcu Janie. To jest zobowiązanie. Nie można żyć byle jak.

Może do ojca Góry przyciągało głównie to, że przy nim wszystko, co nienormalne było normalne – i na odwrót? Niektórym wiara kojarzy się z ocenami, co jest normalne, co nie. Tu tego nie było.

Takie ZOO, jakie on zbierał wokół siebie… Zawsze miałam wrażenie, że normalna to ja nie jestem. A jednocześnie moje dzieci w wieku kilkunastu lat – a wtedy są bardzo krytyczne – mówiły, że ojciec nauczył ich pięknej wiary. Nie katolicyzmu zaściankowego tylko otwartego, uśmiechniętego, nie „przeciw komuś”. Nie straszącego grzechem, tylko pociągającego pięknem.

Szło się za nim nie z lęku przed piekłem, ale z obawy, że straci się coś niezwykłego. Tu jest piękne niebo, a ty gdzie się szwendasz z tyłu?

Czujesz na Lednicy jego obecność?

Czuję. Czerpię stąd siły. Wszyscy jesteśmy niedoskonali. Tyle jest zła i konfliktów w świecie. Jak jadę na Jamną i tutaj, zaczerpuję krystalicznej wody ze strumienia. Przyjeżdżały ze mną moje dzieci, dziś już dorosłe. W tym roku jestem z 29-letnią córką Marysią. To zawsze był czas, żeby im przekazywać to, co najważniejsze – wiarę.

Kiedyś, podczas Spotkań Lednickich pracowałam jako wolontariuszka w szpitalu polowym (teraz robią to młodzi). Potem byłam oddelegowana do opieki nad ojcem Janem. Na ostatniej Lednicy ojciec był bardzo słaby, choć tego po sobie nie pokazywał. Nie chciał nawet osłony parasola przed prażącym słońcem, a spędził na otwartej przestrzeni, stojąc, wiele godzin.

Gdy ostatnia osoba przeszła pod Bramą Rybą w akcie wyboru Chrystusa, około 2.00 w nocy, ojciec wreszcie usiadł. Wydawało się, że już nie będzie miał siły wstać. A on chwilę odpoczął i poszedł sam do ośrodka, nie pozwolił się odwieźć samochodem.

Zastanawiasz się czasem nad tym, czy gdybyśmy bardziej na niego naciskali… Gdyby zaczął o siebie dbać, oszczędzać siły, nie odszedłby tak nagle?

Myślę, że każdy ma prawo wyboru. Trzeba te wybory szanować. Ojciec żył pełnią życia, zawsze na 100 procent. Może Pan Bóg zaoszczędził mu upokorzeń, zależności od innych i cierpienia? Jego dzieło jest kontynuowane i czuwa nad nim Duch Święty.

Newsletter
Aleteia codziennie w Twojej skrzynce e-mail