Nie możesz nas wesprzeć finansowo?

Możesz to zrobić na 5 innych sposobów:

  1. Módl się za nasz zespół i powodzenie naszej misji
  2. Opowiedz o Aletei w swojej parafii
  3. Udostępniaj nasze treści rodzinie i przyjaciołom
  4. Wyłącz AdBlocka, kiedy do nas zaglądasz
  5. Zapisz się do naszego newslettera i czytaj go codziennie

Dziękujemy!
Zespół Aletei

 

Aleteia

Jak zostałem adopcyjnym tatą nastolatka z Madagaskaru – opowieść świeckiego misjonarza

Daniel Kasprowicz
Udostępnij

Daniel Kasprowicz od lat działa na Czerwonej Wyspie. Pracuje z chorymi na malarię, tyfus, trąd. Pomaga dzieciakom z domów dziecka. Ale przede wszystkim... uczy się kochać.

Iwona Flisikowska: Absolwent Gdańskiego Uniwersytetu Medycznego „rzuca wszystko” i wyjeżdża na misje na Madagaskar, aby ratować życie chorych na malarię, tyfus, trąd…

Daniel Kasprowicz: Czasami warto wszystko „rzucić”, aby znaleźć tą „przysłowiową perłę”. A moja przygoda z Madagaskarem rozpoczęła się już 2011 roku. Wraz z przyjaciółmi wyjechałem na miesięczny wolontariat, opłacony z własnej kieszeni studenta II roku dietetyki. Pamiętam, że przeznaczyłem na to całe stypendium naukowe. I tak zaczęła się moja droga na Czerwonej Wyspie.

 

Swoją pierwszą książkę zatytułowałeś: „Kilasymandry. Jak Madagaskar nauczył mnie kochać”. Dlaczego?

Kilasymandry z malgaskiego oznacza „dom dziecka”. Po rocznym pobycie na wyspie zdecydowałem się zostać dłużej, ale musiałem wrócić do Polski, by pozamykać różne sprawy. Podczas mojego wolontariatu spisywałem swoje przemyślenia i przeszła mi przez głowę myśl, by wydać je w formie książki. Lektura stała się cegiełką na rzecz tytułowych dzieci z domu dziecka. Książka jest historią o moim życiu misyjnym, opowiadam też historię dzieci, którymi miałem przyjemność zajmować się podczas mojej pracy misyjnej. Odpowiada też na pytanie: Jak Madagaskar nauczył mnie kochać?

 

Jak zostałem ojcem…

Kiedyś przeczytałam w internecie Twój wzruszający list: Jak zostałem ojcem…

Od razu wyjaśniam, że chodziło o „Adopcję serca na odległość”. Pracując z dziećmi w Mampikony na Czerwonej Wyspie, m.in. przy akcji „adopcyjnej” rozmyślałem nad tym, czy mogę zostać ojcem Farazandry, niezwykle „trudnego”, ale bardzo wrażliwego dziecka. Zastanawiałem się, czy jestem w stanie utrzymywać jego edukację, wyżywienie. Kiedy się zdecydowałem, pamiętam, że chłopak nie mógł uwierzyć, że i na niego ktoś czeka i chce być jego rodzicem adopcyjnym. Był bardzo wzruszony. A ja cieszyłem się, widząc chłopca tak szczęśliwym.

„Wczuwałem” się w rolę ojca i chciałem nauczyć Farazandry’ego wszystkiego, czego nauczyli mnie moi rodzice. Rozmawialiśmy sporo o życiu, o byciu odpowiedzialnym, o marzeniach i planach na przyszłość. Ja też nauczyłem się wielkiej odpowiedzialności i choć zostałem od razu ojcem 16-latka, to byłem też jego przyjacielem. Wspierałem w trudnych momentach: kiedy zbliżały się egzaminy, kiedy występował z zespołem na festiwalach, kiedy umierali członkowie jego rodziny…

Koszt akcji „Adopcja serca” jest niewielki, bo wynosi 480 zł na rok: na możliwość kształcenia się, na jeden pełnowartościowy posiłek dziennie (ryż z mięsem i warzywami), na leczenie, kiedy jest się chorym i darmowe lekarstwa, pełen plecak z wyprawką szkolną, a także na Wielkanoc i Boże Narodzenie. Słowem wszystkim polecam „Adopcję serca”.

Jak zareagowali Twoi rodzice na Twój wyjazd na Madagaskar i na wiadomość o Farazandrym?

Rodziców i rodzinę mam naprawdę wspaniałą. Mój dom rodzinny to Rybno. Tutaj, kiedy powracam, mogę na nowo „doładować” potrzebne siły serca i ducha. I to nie jest frazes. Wspierają mnie dosłownie we wszystkim, od początku mojej „misyjnej drogi”. A zdjęcie mojego syna w drewnianej ramce mieści się dosłownie tuż przy łóżku rodziców: „Często powtarzam mojej mamie i tacie: to wasz wnuk, Farazandry. Nie zapominajcie o nim przy robieniu prezentów na Boże Narodzenie”.

 

Misje – spełnienie marzeń?

Czy Twoja praca na Czerwonej Wyspie to dla Ciebie realizowanie marzeń?

Nie wiem, czy chęć pomagania innym w tak trudnych warunkach to marzenie, ale zdecydowanie jest to droga, którą chcę podążać. Swoje marzenia odstawiam na bok na rzecz pragnień moich podopiecznych i pacjentów. Niemniej jednak, to wszystko się razem łączy, bo przez pracę misyjną odkrywam siebie… Doświadczam zdecydowanie mniej „zdobyczy współczesności”, ale zanurzam się w prostocie życia i miłości, która nawet w trudnych warunkach „góry przenosi”.

Poświęciłeś również sporo czasu dla dzieci z domu dziecka. Dzieci często żyją w bardzo ciężkich warunkach, głodując. Aby być naprawdę blisko, nauczyłeś się dosyć szybko języka Malagaszów… 

Z językiem malgaskiem (w dialekcie plemienia Tsimihety) poszło mi całkiem nieźle, bo zostałem od razu rzucony na głęboką wodę. Nie miałem nauczyciela, który zadawałby mi pracę domową i dyktował szereg malgaskich słówek. Nie znam też języka francuskiego, więc nawet podjęcie się nauki poprzez profesjonalnego nauczyciela byłoby niemożliwe. To dzieci i młodzież uczyła mnie języka każdego dnia. Nie ukrywam, że pierwsze trzy miesiące bardzo mnie frustrowały. Nie mogłem się z nikim dogadać, rozumiałem niewiele bądź w ogóle. Z czasem jednak płynnie przestawiłem się na ten język – pomogli mi chłopcy z Kilasy mandry. Byłem jak dziecko, które uczy się najpierw języka mówionego poprzez powtarzanie słów, zwrotów i pełnych zdań. Znajomość języka lokalnego daje wiele możliwości, jeśli chcemy pomagać, zwłaszcza podczas pracy z drugim człowiekiem.

O czym opowiada Twoja druga książka „Hazo mena. O marzeniach z Czerwonej Wyspy„?

Druga książka to mój reportaż o głodzie i problemach na Madagaskarze. Osnową książki jest budowa kliniki „Flamboyant”, a między tym wszystkim poprzeplatane są historie małych i dużych pacjentów ośrodka, domowników Kilasy mandry, czy przyjaciół z misyjnego podwórka. Książka zawiera wiele metafor i odnośni. Niekiedy sarkazmu, ale wydaję mi się, że jest lekturą dla każdego: każdy znajdzie coś dla siebie.

Newsletter
Aleteia codziennie w Twojej skrzynce e-mail