Nie możesz nas wesprzeć finansowo?

Możesz to zrobić na 5 innych sposobów:

  1. Módl się za nasz zespół i powodzenie naszej misji
  2. Opowiedz o Aletei w swojej parafii
  3. Udostępniaj nasze treści rodzinie i przyjaciołom
  4. Wyłącz AdBlocka, kiedy do nas zaglądasz
  5. Zapisz się do naszego newslettera i czytaj go codziennie

Dziękujemy!
Zespół Aletei

 

Aleteia

To była wymarzona okazja do miłosierdzia. Choć „po ludzku” tak trudna!

Autobus
Shutterstock
Udostępnij

Ten dzień miał być jednym z najpiękniejszych na pielgrzymce. A finalnie okazał się prawdziwą katastrofą. Oczywiście, jedynie z ludzkiego punktu widzenia. Bo z tego innego, okazał się prawdziwa perłą…

To miał być jeden z łatwiejszych dni do poprowadzenia podczas tej pielgrzymki. Byliśmy wszak w Rzymie już jakiś czas. Większość obowiązkowych punktów zawartych w naszym programie zdążyliśmy już zobaczyć. Modliliśmy się przy grobie św. Jana Pawła II. Nawiedziliśmy wszystkie cztery bazyliki większe. Poczuliśmy atmosferę stolicy Italii. Pielgrzymka powoli zataczała koło. Został nam przewidziany w programie wyjazd do klasztoru na Mentorelli. Położonego w Górach Prenestyńskich. Z Wiecznego Miasta to zaledwie ok. 60 kilometrów. Powinno pójść gładko. Tym bardziej, że firma przewozowa, u której zamówiliśmy autobus, miała się wszystkim zająć.

Pielgrzymi od rana byli dość podekscytowani. Nie będę ukrywał, że sam nastawiałem ich na ten wyjazd. W końcu mieliśmy jechać do jednego z ulubionych sanktuariów Jana Pawła II. Bywał tam jako kardynał, bywał jako papież. To tam modlił się tuż przed pamiętnym konklawe w 1978 roku. I tam też pojechał w swoją pierwszą papieską pielgrzymkę. To miejsce z daleka pachniało wyjątkowością. Choćby dlatego tak bardzo chciałem zabrać tam grupę.

Bus podstawiono pod nasz dom punktualnie. Pani kierowca posiliła się tylko kawą i stwierdzała, że jest gotowa, by odpalać silnik. Przed nami było około półtorej godziny jazdy. Trzeba tylko wyjechać z ruchliwego Rzymu. Zostawić za sobą odgłosy klaksonów. Otrzepać się ze smogowego kurzu. Zapomnieć o wszechobecnych o tej porze korkach. I cieszyć się spokojną jazdą po włoskiej prowincji.

I tak też to wyglądało. Przynajmniej z początku. Część pielgrzymów odrabiała braki w śnie – na pielgrzymce podlegającym ciągłemu deficytowi. Część beznamiętnie obserwowała mijane otoczenie. Ktoś założył słuchawki i oglądał na telefonie jakiś film. Podróż jak co dzień.

– Stefan… – zaczepił mnie w pewnej chwili siedzący za mną ksiądz Jarek. – Czy nie masz wrażenia, że nasza pani kierowca jakby się zgubiła?

– Serio? – przyznam, że i sam uciąłem sobie krótką drzemkę, sądząc, że każdy zawodowy szofer w Wiecznym Mieście trafi do Mentorelli z zawiązaną na oczach opaską.

– Tak patrzę na swoją mapę w telefonie i wygląda mi na to, że ona jeździ w kółko.

 

Zgubiliśmy trasę

Rzeczywiście. Ksiądz miał rację. Nie trzeba było Sherlocka Holmesa, aby zorientować się po twarzy naszej pani, że coś jest nie tak. Nerwowo wyglądała znaków. Stękała z niedowierzania. Jęczała z przejęcia. Widać było, że coś jest nie tak.

– Wiesz, jak jechać? – zapytałem bezpośrednio.

– GPS pokazywał mi trasę, ale teraz jakby zgubił sygnał. Nie wiem, gdzie jestem… – powiedziała szczerze.

Atmosfera robiła się coraz bardziej napięta. Dzień chylił się ku końcówce. W klasztorze czekali na nas z umówioną wcześniej mszą świętą. Było już jasne, że nie zdążymy. Pytanie tylko, ile się spóźnimy. Co gorsza, naszej pani kierowcy coraz większe problemy sprawiały ostre zakręty i wąskie przejazdy w górskich wioskach.

– Tędy busem nie przejedziesz. Tylko osobówką. Trasa na Mentorelli jest z drugiej strony góry – poinstruował ją w końcu jeden z mijanych pasterzy. – Stąd to jakieś półtorej godziny jazdy jeszcze.

To był dla nas wyrok. Sensu dalszej jazdy do sanktuarium już nie było. Spóźnilibyśmy się 3 godziny. A w Rzymie i tak powoli stygła nam zamówiona kolacja. Trzeba było zawracać. Tym razem bez wizyty w Górach Prenestyńskich.

 

Cisza i szloch

– Zamierzasz jej zapłacić za tę usługę? – zapytał mnie Adam, jeden z pielgrzymów.

– Sam jeszcze nie wiem. Z jednej strony żal mi kobiety. Widać, jak bardzo się denerwuje. A z drugiej, nie wywiązała się z umowy…

– A mogę z nią porozmawiać? – wtrącił się w nasze dywagacje Marek.

– Tak – odparłem z ulgą w głosie. Nie będę ukrywał, że cała ta sytuacja zdążyła mnie już dość mocno zmęczyć. Jako odpowiedzialny za pielgrzymkę czułem się współodpowiedzialny za całą tę sytuację. Ogień pytań pielgrzymów, sugestii niezorientowanych w temacie ludzi. Miałem już dość. Propozycja Marka podziałała na mnie jak kojący balsam. Mogłem na chwilę odpocząć.

– Jak masz na imię? – rozpoczął łagodnie Marek.

– Laura – odpowiedziała dziewczyna, dalej szukająca wzrokiem wytęsknionego drogowskazu dającego jej nadzieję, że może nie wszystko jeszcze stracone.

– Laura… Nie przejmuj się. Jesteśmy z ciebie naprawdę zadowoleni. Przyjedziemy tu jeszcze kiedyś.

Marek nie znał włoskiego. Łączył słówka polskie i angielskie. Mówił jednak na tyle wolno i łagodnie, że byłem przekonany, że Laura dokładnie wie, o czym mówi. Nie wszystkim w busie spodobała się jego postawa.

– Marek, ale ona położyła nam ten dzień. Nie przejrzała nawet mapy przed podstawieniem się pod nasz dom – słychać było z tyłu pojazdu. – To małe nieporozumienie, sam przyznasz.

– Kochani bracia – Marek nie dał się wytracić z opanowania. – Jestem na pielgrzymce, czy tak?

– No tak…

Macie więc teraz kapitalną, wymarzoną wręcz okazję, aby okazać wzorcowe miłosierdzie. Dziewczyna nie podołała zadaniu, owszem. Ale naprawdę się starała. Chyba wszyscy to widzieliśmy. Zależało jej. Chciała nas tam zawieźć. Pomyliła się. I ok. Czy mamy ją teraz potępiać w czambuł? To jest to nasze chrześcijaństwo?

Po tych słowach w busie zaległa cisza. Przerywało ją tylko delikatnie pociąganie nosem naszej pani szofer. Naprawdę było jej głupio.

 

Nie „ludzka” nauka

Ja zaś znów zobaczyłem przykład męstwa. Takiego, za którym sam wypatruję każdego dnia. Przykład prawdziwy i esencjonalny. Po katolicku patrząc: szlachetnie wybitny. Okazany w sytuacji „jeden na wszystkich”. Gdy nawet te racjonalne argumenty są po stronie większości. Przykład stawiany pomimo wszystko. Marek wpierw wziął na siebie cały trud sytuacji. By po chwili bronić bezbronnego. Na koniec głosząc nam męską katechezę. Po ludzku i bez ceregieli przypominając każdemu z nas, na czym powinna polegać nasza wiara. Dla mnie to był jednej z ważniejszych dni tej pielgrzymki. Mimo że po ludzku zupełnie nieudany.

Ale patrząc z tej perspektywy nieco mniej „ludzkiej”… Znów się czegoś nauczyłem.

Newsletter
Aleteia codziennie w Twojej skrzynce e-mail