Aleteia.pl - pozytywna strona Internetu w Twojej skrzynce e-mail

Nie możesz nas wesprzeć finansowo?

Możesz to zrobić na 5 innych sposobów:

  1. Módl się za nasz zespół i powodzenie naszej misji
  2. Opowiedz o Aletei w swojej parafii
  3. Udostępniaj nasze treści rodzinie i przyjaciołom
  4. Wyłącz AdBlocka, kiedy do nas zaglądasz
  5. Zapisz się do naszego newslettera i czytaj go codziennie

Dziękujemy!
Zespół Aletei

 

Aleteia

Równouprawnienie bez miłości zawsze będzie przeciąganiem liny…

Udostępnij

Nierówny - przeciążający kobiety - podział obowiązków w małżeństwie przestał być tematem tabu. Niestety, jego miejsce wśród kwestii, których nie wolno poruszać, zajął temat bliźniaczy. Wiem, że wystawiam się na atak, pisząc o podziale domowych obowiązków przeciążającym mężczyzn. Równocześnie uważam, że nie można milczeć.

Ten temat mnie nie dotyczy. Staram się angażować w codzienne życie rodziny, ale nie czuję się niesprawiedliwie przeciążony. Jeśli miałbym wskazać osobę bardziej obciążoną w naszym domu, to z pewnością miałbym na myśli moją żonę. Zresztą na temat niesprawiedliwości względem kobiet pisałem w tekście „Do czego służy żona”. Rozmawiam jednak z różnymi mężczyznami i czytam wypowiedzi mężów oraz ojców na zamkniętych grupach dyskusyjnych. A to, co czytam, przeraża mnie.

 

(Nie)równouprawnienie

Żyjemy w czasach równouprawnienia. Oczywiście absolutne równouprawnienie nie jest możliwe – bo żaden skalpel równo nie podzieli obowiązków, które nie są identyczne. Generalnie jest to jednak kierunek właściwy, bo nikt nie powinien być gorzej traktowany ze względu na płeć. Przy czym mówienie o równouprawnieniu to jedno, realia to co innego.

Nadal wiele kobiet gorzej zarabia albo ciężej pracuje lub ma więcej (ale mniej znaczących) odpowiedzialności tylko dlatego, że jest kobietami. Jednak w domowym zaciszu wielu rodzin dochodzi do sytuacji odwrotnej. Są kobiety, które ostrym mieczem równouprawnienia mobilizują mężczyzn, żeby dopakowali na taczkę obowiązków wszystko oprócz rodzenia dzieci i karmienia piersią.

 

Punkt widzenia i punkt siedzenia

Jak wiadomo, punkt widzenia zależy od punktu siedzenia. Więc istnieje pokusa, by na powyższe słowa powiedzieć, że to tylko patologiczne i sporadyczne przypadki. Można też powiedzieć, że żalący się mężczyźni jednak nieco przesadzają. W okoliczności braku twardych danych warto jednak posłuchać, jak przeciążeni widzą swoją sytuację.

Wstawanie przed 5 rano, żeby zrobić śniadanie i wyszykować dzieci do przedszkola, w którym trzeba być o 7. Potem podróż do wymagającej pracy. Odbiór dzieci i zakupy. Gotowanie obiadu, sprzątanie. Mycie, kładzenie dzieci spać. Jeszcze przy komputerze „praca do pracy”. Krótka nieplanowana drzemka na kanapie i znów jest 5 rano.

To jeden z przykładowych scenariuszy. Jednak w każdym z tej kategorii powtarza się bierność żony. W domu przewalają się pieluchy, chusteczki, niedomyte naczynia, niesprzątnięte zabawki. Dzieci zostające z mamą w domu nie wychodzą na spacery, nikt im nie czyta, nie bawi się z nimi…

 

Choroba czy tendencja?

Mężczyznom trzeba wiedzieć, że po porodzie kobiety mogą wpadać w różne stany – od euforycznych po depresyjne. W takich chwilach mężczyzna jako jedyny „zdrowy” żeglarz na okręcie stoi przed wyzwaniem, by sprostać wszystkim obowiązkom. Tak może być, ale nie zawsze jest.

Niestety, wygląda na to, że roszczeniowość coraz częściej udziela się kobietom. Bycie w domu z dziećmi i karmienia piersią coraz więcej kobiet traktuje jako maksimum swoich odpowiedzialności. Resztę cedują na mężczyzn.

 

Skutki przeciążenia

Nadmierne przeciążenie (czy to żony, czy męża) na dłuższą metę prowadzi do katastrofy. Zniechęcenie, wypalenie, złość – nie da się na nich budować satysfakcjonujących rodzinnych więzi. Do rozwodu już tylko krok. Może mężczyznom łatwiej odejść, ale przecież i kobiety porzucają mężów i dzieci.

To dlatego warto pewne rzeczy omawiać przed ślubem. Warto o niektórych kwestiach rozmawiać nie tylko przy okazji. Warto też w niektórych sytuacjach pójść po poradę do specjalisty. Czasem jednak na to wszystko nie ma już czasu ani chęci, i co wtedy? Niestety (a może na szczęście) nie ma uniwersalnej odpowiedzi na to pytanie.

Okazuje się jednak, że na niewiele zda się miłość w związku, jeśli zakochanie nie przerodzi się w głęboką przyjaźń. Przyjaźń gotową do wyrzeczeń, ale umiejącą wybaczać i akceptować niedoskonałości drugiej strony. Na nic się też nie przyda miłość drugiej osoby, która nie pomoże, a nawet zabroni nam zadbać o siebie.

Właściwie bez stale dojrzewającej miłości równouprawnienie zawsze będzie przeciąganiem liny i nadmiernym obciążaniem drugiej strony.

Newsletter
Aleteia codziennie w Twojej skrzynce e-mail