Aleteia.pl - pozytywna strona Internetu w Twojej skrzynce e-mail

Nie możesz nas wesprzeć finansowo?

Możesz to zrobić na 5 innych sposobów:

  1. Módl się za nasz zespół i powodzenie naszej misji
  2. Opowiedz o Aletei w swojej parafii
  3. Udostępniaj nasze treści rodzinie i przyjaciołom
  4. Wyłącz AdBlocka, kiedy do nas zaglądasz
  5. Zapisz się do naszego newslettera i czytaj go codziennie

Dziękujemy!
Zespół Aletei

 

Aleteia

Żadna kobieta nie chce całkowicie poświęcić się dziecku

Udostępnij

Co tak naprawdę dzieje się w związku, gdy kobieta rodzi dziecko? Otóż... związek dojrzewa. Lub nie. Dojrzewa, czyli podprowadza (bardzo transparentnym ruchem) do przemian w wyobrażeniu o tym, kim dla siebie jesteśmy.

Istnieje teoria, wedle której kobiety, które zostają mamami, porzucają swoich mężów. Na długo. Przestają się interesować światem zewnętrznym. Nie odbierają większości telefonów. Nie mają ochoty na seks. Na randki. Na kino. Na bikini. W młodych matkach bowiem zachodzi pewien tajemny transfer – ich cała życiowa energia zostaje ukierunkowana na małego człowieka. Taka kobieta nie widzi swojego partnera. Intencjonalnie omija go, ponieważ on nie dysponuje już aż tyloma funkcjami uruchamiającymi w niej wyrzut oksytocyny, co niemowlak przebrany w niebieskie śpioszki. Od tej pory to dziecko jest górą, a mężczyzna… No cóż. Zostaje odrzucony.

Wiecie, co myślę o tej teorii? Powiem wam. Myślę, że jest całkowicie odjechana. W złą stronę mocy.

 

Kobieta po urodzeniu dziecka przede wszystkim potrzebuje… partnera

No bo kiedy nie dobić kobiety, nie skomplikować jej świata, nie utrudnić życia, jak zaraz po porodzie? Myślę, że połowa babybluesa bierze się właśnie z pejoratywnego odczytu tego, co dzieje się w kobiecie po tym, jak zostaje matką. I z braku wsparcia jej. Ze słabej współpracy. Z obarczenia jej milionem spraw.

W większości polskich domów kobieta, która urodzi dziecko, nie może spokojnie i nieinwazyjnie przeżyć połogu. Powinna przecież otworzyć się na świat, wrócić do formy, dać sobie pomóc (szczególnie osobom, którym najmniej na niej zależy). Mało kto rozumie, że kobieta po urodzeniu dziecka potrzebuje przede wszystkim partnera. Ale nie byle jakiego. Potrzebuje partnera, który zsynchronizuje się z jej tempem. Towarzysza nocnych czuwań. Specjalisty od szybkiego zdobycia pożywienia. Obrońcy przed natrętnymi gośćmi. Skromnego rycerza w drewnianej zbroi, z otwartą głową i wyciągniętymi ramionami. Niekoniecznie okraszonymi bicepsem.

 

Rodzicielstwo to wspólna przygoda

„Ona po porodzie interesuje się tylko dzieckiem”. „Stałem się niewidzialny”. „Kiedyś było nam dobrze, teraz nie umiem z nią wytrzymać”. Gdy słyszę takie słowa w ustach mężczyzn lub kobiet, płonę ze wstydu. Trochę za nich, a trochę za kulturę, w której wciąż jeszcze to mężczyzna powinien stać w centrum niewieścich zainteresowań. W której ciało kobiety eksploatuje się do granic możliwości i wszyscy dają na to nieme przyzwolenie.

Dziś, z całą mocą moich osobistych przeżyć, chcę powiedzieć o tym, że żadna kobieta nie chce całkowicie poświęcić się pieleszom w wymiarze utraty kontaktu z rzeczywistością. Że jeśli to robi, oznacza, że nie znalazła nikogo, z kim mogłaby dzielić swój słodki ciężar. Kogoś, kto przepłynie z nią rzekę pełną wrzącej lawy na chałupniczo skonstruowanej tratwie. I wytrwa do końca.

Kobieta potrzebuje wiedzieć, że macierzyństwo nie oznacza dla niej samotności bądź podporządkowywania się zdaniu/potrzebom męża. Że to przede wszystkim przygoda, wspólna. Przygoda, podczas której można popełniać błędy, można się bać, można się wściekać, można czuć, że ma się przesrane. Przygoda podczas której nie dzieli się domu na ten, który zarabia pieniądze i na ten, który gotuje obiad, ale na rodziców, którzy chcą dzielić wszystkie bitwy na pół lub delegować się do osobistych potyczek i dziecko, które potrzebuje ich równego zaangażowania, miłości i wsparcia.

 

Odkłamać półprawdy, dojrzewać w związku

Mam wrażenie, że w dużej mierze ów pejoratywny przekaz pochodzi z kręgu „mądrości” katolickich (gdy urodzisz dziecko, nie zapomnij o swoim mężu, najpierw bowiem jesteś żoną, potem matką). Tu czuję szczególny ból. Chciałabym spojrzeć w twarz twórcy podobnego sloganu i zapytać, czy kiedykolwiek widział kobietę w połogu lub skontaktował się z tym, jak wygląda życie z małym dzieckiem na pełnej petardzie? Przyznam w najskrytszej szczerości, że niezmiennie marzę o dniu, w którym ów obyczajowy mędrzec zabierze swój but z kobiet i zada sobie trud wejścia w rzeczywiste intencje naszych wyborów, przekonań i przeżyć.

Bo prawda jest uniwersalna i niezbita – my, kobiety, chcemy mieć świetne związki, chcemy coraz bardziej zakochiwać się i kochać naszych mężów, na każdym etapie naszego wspólnego życia. Chcemy przeżywać z nimi wspaniały seks, rozmowy, czas. Why not? Chcemy spełniać się nie tyle w rolach, co w przestrzeniach, do których pcha nas nasze serce. Jesteśmy już jednak zmęczone ciągłym dostosowywaniem się do męskich perspektyw. Mówieniem nam, kiedy jest właściwy czas na powrót do formy, odstawienie dziecka od piersi, pójście do pracy zawodowej. Z własnego doświadczenia wiem, że im więcej równoważnego rozkładania codziennych rodzicielskich trudów między jego i nią, tym szczęśliwiej. Tym więcej satysfakcji. Tym widoki piękniejsze, a perspektywy bardziej zachęcające.

Co tak naprawdę dzieje się w związku, gdy kobieta rodzi dziecko? Otóż… Związek dojrzewa. Lub nie. Dojrzewa, czyli podprowadza (bardzo transparentnym ruchem) do przemian w wyobrażeniu o tym, kim dla siebie jesteśmy.

Newsletter
Aleteia codziennie w Twojej skrzynce e-mail