Aleteia.pl - pozytywna strona Internetu w Twojej skrzynce e-mail

Nie możesz nas wesprzeć finansowo?

Możesz to zrobić na 5 innych sposobów:

  1. Módl się za nasz zespół i powodzenie naszej misji
  2. Opowiedz o Aletei w swojej parafii
  3. Udostępniaj nasze treści rodzinie i przyjaciołom
  4. Wyłącz AdBlocka, kiedy do nas zaglądasz
  5. Zapisz się do naszego newslettera i czytaj go codziennie

Dziękujemy!
Zespół Aletei

 

Aleteia

Kręcą „Orzecha”. Powstaje film o charyzmatycznym duszpasterzu z Wrocławia

Archiwum DA Wawrzyny
Udostępnij

Życie i osobowość „Orzecha” to temat na kilka filmów. Na razie powstanie jeden. Opowiada o nim jego współtwórca - Damian Żurawski*.

Przemysław Radzyński: Kim jest bohater filmu „Orzech”?

Damian Żurawski: Ks. Stanisław Orzechowski to charyzmatyczny kapłan, duszpasterz akademicki z Wrocławia. Głosi rekolekcje w całej Polsce i poza jej granicami. Jest takim współczesnym apostołem.

 

Pan, razem z Magdaleną Piejko, robi film o człowieku, który „dbał o to, żeby ludziom nie zabrakło nadziei”.

W latach 70., kiedy komuniści nie zgadzali się na budowę kościołów, a msze przy Bujwida były odprawiane w kaplicy cmentarnej, ks. Orzechowski spotykał się z ludźmi w kotłowni i pomieszczeniach, gdzie był przechowywany węgiel.

Podobnie było z robotnikami, którym towarzyszył w czasie strajków w latach 80. Dość szybko okazało się, że ma większą charyzmę niż inni księża. Widać było, że Ktoś go prowadzi, była w nim taka moc, jak w księdzu Popiełuszce. Został nieformalnym duszpasterzem środowiska robotniczego i kolejarskiego we Wrocławiu.

Stworzył ośrodek agrorekolekcyjny w Morzęcinie, gdzie trafiają różni wykolejeńcy życiowi. Poprzez pracę na roli, opiekę nad zwierzętami, codzienną modlitwę przywracał im godność. Wszędzie, gdzie był posłany, to zawsze dawał nadzieję.

 

Przede wszystkim przez sakramenty.

Znane są jego nocne spowiedzi. Przez długi czas, we środy, spowiadał od zakończenia wieczornej mszy świętej do godzin późnonocnych – do ostatniego penitenta, chociaż on nigdy tak nie mówił – używał sformułowania „do ostatniego potrzebującego”. W duszpasterstwie tworzyła się w te środy lista. Zapisywali się też ludzie spoza Wrocławia. Kiedyś widząc jak daleko jestem na liście, przyszedłem po północy i musiałem czekać jeszcze godzinę na swoją kolej. Ludzie ciągnęli do niego spowiadać się z całego życia…

 

Dlaczego ludzie kochają „Orzecha”?

Czym jest to „coś”, co przyciąga ludzi do „Orzecha”?

Widać to w historiach tych osób, z którymi przeprowadzamy wywiady, a które spotkały się z ks. Orzechowskim. To nietuzinkowy ksiądz, to prezent z Nieba dla ludzi, którzy chcą poznać Pana Boga. Orzechowski jest jednym z takich księży – bo nie wszyscy to potrafią – który potrafi przybliżać Pana Boga.

 

 

O jakim Bogu mówi, jakiego Boga przybliża ks. Orzechowski?

Nigdy to nie był obraz Boga, który przyjęło się u niego w Kobylinie – Boga Ojca surowego, sprawiedliwego sędziego. Myślę, że za sprawą jego matki ten obraz ewoluował w stronę Boga miłosiernego. To jest Bóg ojcowski, sprawiedliwy, trzymający wszystko w ręku, ale mimo wszystko czuły, czyli taki, jak „Orzech”. Często się śmiejemy, że ksiądz „Orzech” jest jak orzech włoski – twardy na zewnątrz, miękki w środku. Wcześniej był bardzo janopawłowy – zresztą, kiedy był studentem na KUL-u, chodził na wykłady kard. Wojtyły – ale teraz mówi, że jego ulubieńcem jest Franciszek.

Franciszek jest prostszy, bardziej przystępny, a Jan Paweł II – mimo swego stylu duszpasterskiego – to często wysoka teologia. Rozmawiając z „Orzechem”, wiem już, że jego Bóg to jest Bóg papieża Franciszka – mamy czas miłosierdzia i Bóg, w ujęciu tych kapłanów, nie skupia się na tym, żeby rozliczać przewiny i wymierzać kary, ale żeby przyprowadzać do siebie tych, którzy Go szukają. Ks. Orzechowski jest bardzo ojcowski, czasami jest surowy w prowadzeniu młodych ludzi, ale z drugiej strony ma rękę matczyną, tak jak na obrazie Rembrandta „Powrót syna marnotrawnego”. Zresztą często tak traktują go studenci i studentki – jako swojego duchowego ojca.

 

 

Wychował kilka pokoleń studentów, więc jest chyba skuteczny…

Ci młodzi – zwłaszcza chłopacy z tych współczesnych pokoleń – przychodzą do tego duszpasterstwa jeszcze życiowo nieogarnięci, tacy wychuchani, często nieodpowiedzialni. „Orzech” przez swoją ojcowską surowość, wymagania, stawia ich do pionu, żeby z tego dudusiostwa – on mówi na takich młodych ludzi „dudusie” – wyrośli na prawdziwych mężczyzn.

Z kolei w stosunku do kobiet bardzo akcentuje ich podstawową rolę, czyli żony i matki. To jest dobrze przyjmowane przez dziewczyny, które nie są zainteresowane robieniem kariery za wszelką cenę. Ale z drugiej strony dba o to, żeby kobieta była kobietą – zwraca np. uwagę na ubiór, ładny wygląd, żeby nie były chłopaczarami i pokazywały także zewnętrznym wyrazem piękno, które noszą w sobie.

 

„Orzech” i jego „dudusie” 

Pan też był „dudusiem”? W jakich okolicznościach trafił Pan do duszpasterstwa ks. Orzechowskiego?

W pewnym etapie życia w ogóle nie chodziłem do kościoła. Byłem w środowisku artystycznym, któremu Kościół do szczęścia nie był potrzebny. Nie miałem też autentycznych wzorców, jak być katolikiem we współczesnym świecie. Trafiłem do duszpasterstwa po liceum, dosyć przypadkowo – poszukiwałem sensu życia, byłem na rozdrożu. Mogłem pójść w stronę, gdzie się eksperymentowało z narkotykami, gdzie się robiło filmy zupełnie awangardowe albo wybrać Boga prawdziwego. Pewnej burzliwej nocy, zagubiony, trafiłem do tego miejsca. Otworzono mi drzwi, przyjęto, dano herbatę i wysłuchano. Następnie w duszpasterstwie przeżyłem swoje nawrócenie. Byłem na pierwszym roku. Zacząłem poznawać to środowisko. Zobaczyłem, że są otwarci, przyjaźni, że przychodzą tam różne osoby, też takie, które przeżywają wiarę na sposób nieco bardziej awangardowy. Trafiłem na swoich. Środowisko wokół ks. Orzechowskiego jest bardzo zróżnicowane, ale jest jeden wspólny mianownik – to są ludzie bardzo szczerzy, prostego ducha, stawiający serce przed pieniądzem i karierą.

 

Duszpasterstwo przyciągnęło Pana formą.

I tym, że są tam ludzie, którzy autentycznie szukają Pana Boga. Okres mojego nawracania trwał chyba ze dwa lata. Inicjatywa była po stronie Pana Boga. To On pokazywał mi, że jest żywy i realny Kościół, a nie nudny. Będąc młodym człowiekiem, szukałem atrakcyjnych bodźców. Kazania mówione przez ks. Orzechowskiego i przez innych duszpasterzy nie były odczytywane z kartki, ale mówione z serca. Orzechowski rozmyślając nad czytaniami dnia, pisał sobie punkty, więc zawsze był przygotowany, ale jego impresje własne, humorystyczne wstawki i dygresje nierzadko trwały połowę mszy, ale ludzie siedzieli i słuchali. Taka jedna msza z ks. Orzechowskim to była jak całe rekolekcje. Ludzie czekali cały tydzień na jego msze, a studenci zjeżdżali się z całego Dolnego Śląska i nierzadko prosto z pociągu jechali na Bujwida na jego „20-stki”, czyli studenckie msze w podziemiach w niedzielę o godz. 20.

 

Z biernego obserwatora stał się Pan bardzo czynnym ewangelizatorem.

Gdy trafiłem do duszpasterstwa, to równocześnie robiłem dyplom z aktorstwa i reżyserii spektaklu teatralnego. W duszpasterstwie zorganizowałem grupę teatralną. Od razu zyskała ona bardzo dużą popularność i szokowała nowatorskim podejściem do spektaklu religijnego. Ponieważ wcześniej obracałem się w środowisku osób niewierzących, to od razu zaczęliśmy grać spektakle dla niewierzących. To się bardzo spodobało „Orzechowi”. On ma wizję ciągłego wychodzenia do ludzi, a nie robienia samych pobożnych i kościółkowych akcji. Ewangelizowaliśmy m.in. w klubie nocnym, który był blisko akademików, gdzie uderzała cała brać studencka, a w czasie wakacji jeździliśmy na polskie plaże, gdzie graliśmy na pół improwizowane spektakle przy ogniu i bębnach dla zaskoczonych wczasowiczów. Po spektaklach mieliśmy wspólne posiłki z widzami i rozmawialiśmy o Panu Bogu. To było bardzo „Orzechowe”, on także przyciąga ludzi do Boga chlebem i autentycznym świadectwem.

 

Jeździliście też do domu poprawczego.

Jedna z osób z duszpasterstwa miała kontakty z tym domem i tą drogą zaproszono tam ks. Orzechowskiego. Prowadzący poprawczak zobaczyli szybko, że to jest człowiek, który musi być tam regularnie, bo po jego wyjeździe ci chłopacy zachowują się inaczej. Ja w czasie tych wyjazdów byłem odpowiedzialny za ewangelizację przez teatr i happening. Wymyślaliśmy z ks. Orzechowskim scenariusze w samochodzie. On uwielbiał takie improwizowane sytuacje. Pamiętam, gdy we dwóch odgrywaliśmy scenę powrotu syna marnotrawnego – „Orzech” był oczywiście miłosiernym ojcem. Po takich scenkach, gdzie osadzeni widzieli w oczach wielgachnego „Orzecha” jego miłość do grzesznika, z większą odwagą szli do niego do spowiedzi. A trzeba przecież dodać, że „Orzech” znany jest ze swojej olbrzymiej tuszy, a tajemnicą poliszynela jest fakt, że potrafi się bić na pięści.

 

„Orzech” jest dobrym aktorem?

Z zawodowego punktu widzenia, jako reżyser, mogę powiedzieć, że on jest urodzonym aktorem, tak jak Jan Paweł II, tzn. intuicyjnie potrafi mówić do ludzi – umie znaleźć się w każdej sytuacji, pokazać Pana Boga, umie sprzedać Ewangelię. Do tego trzeba trzech rzeczy – talentu, iskry Bożej i dużo pracy. One te wszystkie trzy rzeczy doskonale potrafił połączyć. Nie leci schematem. Nie nudzi. Jak czegoś nie wie, to nie mówi. Gdziekolwiek pojedzie z rekolekcjami przygląda się najpierw ludziom, chce wiedzieć, do kogo mówi. Jest ciekawy człowieka. To jest umiejętność, którą ma niewielu. Przyciąga ludzi, bo jest autentyczny. To nie jest ktoś, kto robi sobie powierzchowny PR – to jest ksiądz, który ma misję od Boga i w pocie czoła wykonuje tę misję. Dlatego ludzie mu ufają.

 

Co zobaczymy w filmie?

To jest film dokumentalny, więc nie ma ostatecznie zamkniętego scenariusza. Nasi rozmówcy tworzą ten film z nami. Pokażemy księdza w różnych sytuacjach – i w duszpasterstwie, i na pielgrzymce, i prywatnie. Będą rozmowy z ludźmi, na których wywarł wielki wpływ, ale też tacy, którzy są na niego obrażeni, ale go szczerze podziwiają. Masa świadectw ludzi, dla których spotkanie z ks. Orzechowskim było najbardziej znaczącym w życiu.

Jeśli zbierzemy założone 315 tysięcy, to film będzie ciekawszy, bo zrobimy animacyjne dogrywki i scenki fabularyzowane. Ja na co dzień pracuję przy teledyskach i reklamach, dlatego zależy mi na tym, żeby film był atrakcyjny, żeby trafił do osób niewierzących. Skoro chcemy iść do ludzi spoza Kościoła, to sama treść w czasach Netfixa i HBO już nie wystarczy – produkt z przesłaniem musi być jeszcze bardzo dobrze opakowany i chwała Panu, bo kultura katolicka nie może kojarzyć się z kiczem.

Powstanie filmu można wesprzeć za pośrednictwem strony: orzechfilm.pl

* Damian Żurawski – reżyser i autor zdjęć filmu telewizyjnego „Dwóch przyjaciół, jedno marzenie” o rowerowej pielgrzymce z Rzymu do Pekinu. Pracował jako aktor w teatrach w Polsce i Anglii, prowadził we Wrocławiu teatr studencki, o którym napisał książkę o współczesnej ewangelizacji poprzez sztukę, wspomagał „Orzecha” w czasie rekolekcji w Polsce i w Austrii. Członek jury festiwalu filmowego Najnowsze Kino Polskie (obecnie MFF – T-mobile Nowe Horyzonty), autor filmów dokumentalnych, reklam TV i teledysków muzycznych, nagrodzony w 2018 roku na międzynarodowym konkursie filmów katolickich „Niepokalana” za teledysk „Jesus is Life”.

** Ks. Stanisław Orzechowski (ur. 1939) od 1967 roku (z przerwą na studia) jest duszpasterzem akademickim DA Wawrzyny we Wrocławiu. W sierpniu 1980 roku jako pierwszy odprawił mszę św. w czasie strajku w zajezdni tramwajowej, a później uczestniczył w strajku głodowym kolejarzy wrocławskich. Z jego inicjatywy, od początku stanu wojennego we wszystkie czwartki, w kościele przy ul. Bujwida odbywały się Msze święte za Ojczyznę. Od 1981 roku jest głównym przewodnikiem Pieszej Pielgrzymki Wrocławskiej na Jasną Górę oraz corocznej październikowej pieszej Pielgrzymki z Wrocławia do Grobu św. Jadwigi w Trzebnicy.

Newsletter
Aleteia codziennie w Twojej skrzynce e-mail