Nie możesz nas wesprzeć finansowo?

Możesz to zrobić na 5 innych sposobów:

  1. Módl się za nasz zespół i powodzenie naszej misji
  2. Opowiedz o Aletei w swojej parafii
  3. Udostępniaj nasze treści rodzinie i przyjaciołom
  4. Wyłącz AdBlocka, kiedy do nas zaglądasz
  5. Zapisz się do naszego newslettera i czytaj go codziennie

Dziękujemy!
Zespół Aletei

 

Aleteia

Dzięki Szarbelowi nasza miłość przetrwała. Imię świętego nosi nasz syn. Świadectwo

Wikipedia
Udostępnij

„Każde z nas chodziło sobie samo po wieczornym Damaszku. No i wtedy weszłam do jednego z kościołów, bezwiednie klęknęłam pod obrazem św. Szarbela... I zaczęłam się modlić. Tak bardzo konkretnie do niego - o pomoc, o uzdrowienie. Następnego dnia okazało się, że Kuba też się modlił pod tym samym obrazem”.

Z Marysią, żoną Kuby oraz mamą Józka, Janka Charbela i Frani, rozmawia Małgorzata Bilska.

Małgorzata Bilska: Św. Szarbel jest bliski całej waszej rodzinie. Gdzie się z nim zetknęliście? W Polsce jest popularny dość krótko, od 5 lat.

Marysia: Za młodu (śmiech), czyli tuż po tym, jak się poznaliśmy z Kubą, moim przyszłym mężem, dużo podróżowaliśmy. Połączyła nas ta pasja. Jako para byliśmy w Albanii – gdzie pierwszy raz spotkaliśmy się z kulturą islamu i powiewem Wschodu, potem w Macedonii, Serbii, Turcji, Iranie.

W 2009 roku pojechaliśmy do Syrii i Libanu. Pewnego razu, będąc niedaleko Bejrutu, dostaliśmy od 102-letniej siostry różaniec. Na koralikach „Chwała Ojcu i Synowi” był wizerunek św. Szarbela. Zupełnie nie wiedzieliśmy, kto to jest. Powiedziano nam tylko, że to ważny libański święty, zaczęliśmy więc zwracać na niego uwagę w podróży. Najmocniej doświadczyliśmy jego działania, kiedy byliśmy w Syrii po raz drugi.

Modliliście się na tym różańcu?

Razem nie. To był różaniec Kuby. Ale Szarbel nas zaintrygował. Rok później znów byliśmy w Syrii, 2-3 dni spędziliśmy w Damaszku. I tam doszło między nami do bardzo ostrej rozmowy.

Nasz związek od początku nie był sielankowy, dużo rzeczy przepracowywaliśmy, w łatwiejszych lub trudniejszych słowach. Zawsze mieliśmy poczucie, że rozmowy przynoszą owoce. W Damaszku doszło jednak do jakiejś kumulacji. Powiedzieliśmy sobie rzeczy trudne. Nawet się nie spodziewałam, że to w taką stronę zabrnie. Kuba chyba też nie…

Wygarnęliście sobie.

Tak. Ale po takim wygarnięciu… mieliśmy poczucie, że już raczej nic z tego nie będzie. Nie ma na to szans.

Jak długo byliście razem?

Poznaliśmy się w 2005 roku, parą oficjalnie zostaliśmy w 2006. Mieliśmy przerwy, raz półroczną, raz kilkutygodniową. Na samym początku. Nasze rozmowy różnie się zatem kończyły. Mieliśmy doświadczenie rozmów, po których trzeba było sobie powiedzieć: dobrze, no to sobie już podziękujemy.

Ale w Damaszku we mnie i w Kubie był strach. Dlaczego to miałoby zostać zniszczone? Już się kochaliśmy, darzyliśmy się uczuciem i było mi ogromnie żal. Nie wiedzieliśmy, co z tym zrobić. Potrzebowaliśmy czasu, w odosobnieniu.

Każde z nas chodziło sobie samo po wieczornym Damaszku. No i wtedy weszłam do jednego z kościołów, bezwiednie klęknęłam pod obrazem św. Szarbela… I zaczęłam się modlić. Tak bardzo konkretnie do niego – o pomoc, o uzdrowienie. Następnego dnia okazało się, że Kuba też się modlił pod tym samym obrazem. W innym czasie, bo się nie spotkaliśmy, lecz w tym samym kościele. I też było to dla niego ważne.

Gdzie dwóch lub trzech modli się w imię moje?

Och, niesamowite, nie pomyślałam o tym. Ale to było dla nas bardzo mocne. Jedno z najmocniejszych wspólnych przeżyć. Takich, gdy rzeczywiście ważą się życiowe losy.

Modlitwa w Syrii była dla związku przełomowa?

Oboje czujemy, że dzięki Szarbelowi jesteśmy razem. Z woli Bożej. To było w styczniu, w maju się zaręczyliśmy. Choć to nie tak, że do tego czasu były same tragedie, a potem sielanka. Wydaje mi się, że są spokojniejsze pary i bardziej dynamiczne. U nas jest dynamicznie, ale na różnych polach drobne cuda i cudeńka nam się dzieją.

Kiedy rozmawiamy, w domu śpią teraz 3 cudeńka, a jedno ma na imię Jan Charbel.

Tak, Janek ma już prawie 4 lata. Niezależnie od wielu naszych różnic, co do imion dzieci zawsze mieliśmy jasność. Pierwszy jest Józef, na cześć męża Maryi. To również świeckie imię mnicha Szarbela, lecz tym się nie sugerowaliśmy. Drugi jest Jan Charbel (oryginalna pisownia imienia świętego). Nie szukaliśmy specjalnie udziwnień, ale wiedzieliśmy, że on ma być Charbelem i koniec. To było naturalne i oczywiste, nawet nie dyskutowaliśmy na ten temat.

Jak to przyjął ksiądz podczas chrztu? A Urząd Stanu Cywilnego?

Chrztu udzielał znajomy ksiądz, więc był uprzedzony. Wśród przyjaciół też nie było konsternacji, zaprosiliśmy „samych swoich”. Rodzina zaś już zdążyła się przyzwyczaić do naszych niespodzianek i bliskowschodnich ciągot. Natomiast pani w USC szeroko otwierała oczy i sprawdzała, upewniała się, dzwoniła gdzieś, czy takie imię na pewno istnieje. Nie było go w bazie. Kuba przekonywał, że jest taki święty.

W końcu zajrzeli razem do Wikipedii i się udało. Urzędniczka dostała pozwolenie od przełożonego. W bazie jest dużo dziwnych imion, a Charbela nie było. Charbela przez ch, nie spolszczyliśmy go. Wersja francuska chyba też się przyjęła, mimo zaleceń co do używania polskiej: Szarbel.

W listopadzie 2017 roku Komisja Konferencji Episkopatu Polski ds. Kultu Bożego i Dyscypliny Sakramentów przyjęła zapis Szarbel, imię w tej wersji funkcjonuje w kalendarzu liturgicznym i w księgach liturgicznych. Jan Charbel urodził się wcześniej… Znam dużo opowieści o uzdrowieniach z chorób za wstawiennictwem Charbela/Szarbela. Wasza historia jest inna. Święty uzdrowił psychologiczne zranienia, umocnił relację. Można polecić modlitwę do niego w przypadkach zranionej miłości?

Zdecydowanie tak. Jeżeli później czułam, że jest potrzebna szczególna modlitwa za mnie czy za Kubę, za trudności między nami, to on jako pierwszy przychodził mi do głowy. Tak mi zostało. Jest taki nasz (śmiech). Oczywiście, każdy może prosić po swojemu. Do wielkich cudotwórców ludzie przychodzą z tym, co im najbardziej leży na sercu. Jedni – z chorobą ciała, drudzy z niedomaganiem duchowym. Wszystkich wysłuchuje.

Za życia mówili o nim „pijany Bogiem”. Patrzymy na pustelników jak na osoby nieco dziwne, gdyż prowadzą niezrozumiały dla nas tryb życia. Może gdyby nie wielka, dojrzała miłość, w której są zanurzeni, nigdy by nie wytrwali w samotności?

Tego jestem pewna. Zarówno na drodze kontemplacyjnej, jak i w małżeństwie, chodzi o to samo – o miłość. A tam, gdzie jest miłość, jest też dużo bólu i miejsce na uzdrawianie. Mimo że to był zakonnik, asceta i to jeszcze XIX-wieczny, czując głód Boga, głód miłości, musi rozumieć małżeństwa.

Niedawno rozmawialiśmy ze znajomą dominikanką klauzurową. Mówiła, że tam, gdzie trzeba walczyć o miłość, gdzie jest pytanie o siebie samego, walka zawsze wygląda podobnie. Tylko warunki życia są inne. Skoro ona wie, to i Szarbel musi wiedzieć, o co chodzi ludziom szukającym miłości. Doświadczamy jego codziennej opieki i małych cudów.

Św. Szarbel pomaga wam w drobnych sprawach, na co dzień?

O tak, najwięcej na polu relacji. Małe cudeńka dzieją się życiowo, czasem nawet materialnie, na przykład nagle pojawia się praca. Ale mnie najbardziej cieszą cuda dotyczące relacji ja – Kuba. I dzieci też. Coś mogłoby potoczyć się zupełnie niefajnie, a wbrew logice jednak idzie dobrze. Nie kalkulujemy wszystkich rzeczy. Analogicznie jak w naszych podróżach, dajemy się trochę Bogu zaskoczyć.

Newsletter
Aleteia codziennie w Twojej skrzynce e-mail