Aleteia.pl - pozytywna strona Internetu w Twojej skrzynce e-mail

Nie możesz nas wesprzeć finansowo?

Możesz to zrobić na 5 innych sposobów:

  1. Módl się za nasz zespół i powodzenie naszej misji
  2. Opowiedz o Aletei w swojej parafii
  3. Udostępniaj nasze treści rodzinie i przyjaciołom
  4. Wyłącz AdBlocka, kiedy do nas zaglądasz
  5. Zapisz się do naszego newslettera i czytaj go codziennie

Dziękujemy!
Zespół Aletei

 

Aleteia

Stał się mężem kandydatki na ołtarze. I dał radę! Boski facet!

ZAKOCHANA PARA
Everton Vila/Unsplash | CC0
Udostępnij

Jak to jest, kiedy stajesz się mężem kandydatki na ołtarze? Kiedy twoją kandydaturę wskazuje sam św. Jan Bosko. Gdy w twoim życiu tak pięknie objawia się zasada głoszona przez św. Ignacego Loyolę: „Tak Bogu ufaj, jakby całe powodzenie spraw zależało tylko od Boga, a nie od ciebie; tak jednak dokładaj wszelkich starań, jakbyś ty sam miał to wszystko zdziałać, a Bóg nic zgoła”. Rzeczywiście, młody Geo stał się istnym narzędziem w Bożym planie zbawienia.

Gdy piszę ten tekst, oboje wpatrują się we mnie ze zdjęcia, które otrzymałem od ich córki. Wyglądają na nim troszkę jak para z serialu „Dynastia”. Oboje na galowo, oboje eleganccy, oboje uśmiechnięci. Wyglądają wręcz idealnie, wzorcowo. Żeby nie napisać „sielankowo”. Trzymający się za ręce, delikatnie uśmiechnięci w kierunku robiącego im zdjęcie. Ona w białym żakiecie, on w czarnym garniturze. To małżeństwo de Bianchini. Związek Marii Esperanzy, wizjonerki rozmawiającej z Matką Bożą oraz jej męża, Geo.

Oboje już nie żyją. Na ich grobie w wenezuelskim Caracas nadal widać stosy kwiatów. Jakby pogrzeb był dwa dni temu, a nie przed kilkunasty laty (Maria Esperanza odeszła do Pana w 2004 r., Geo w 2016 r.).

Dziś jednak nie będzie ani o Maryjnych objawieniach, ani o samej wizjonerce. Dziś będzie temat dla panów. O mężu kandydatki na ołtarze. Jak ją zdobyć, jak z nią żyć, jak ją kochać. Geo wiedział o tym, jak mało kto.

 

Rycerz z mieczem

Pierwszy raz zobaczył Marię, gdy ta była na wakacjach w Rzymie. Widział ją na mszy świętej. To było to! Trzask i łomot w sercu. Jak na typowego Włocha przystało, nie analizował. Uderzył od razu.

Wpierw śledząc swoją wybrankę w drodze na przystanek, a następnie podchodząc do niej bezceremonialnie już na pokładzie tramwaju. Powiedział wtedy tylko, że ma piękne oczy oraz czy dałaby mu swój numer telefonu. Zmieszana Maria nie wiedziała, co odpowiedzieć. Pewnie też dlatego, że nie znała jeszcze włoskiego. Dla urodzonej w Wenezueli Marii językiem ojczystym był język hiszpański. Geo uznał to za odmowę.

Honorowo przeprosił, wysiadł z tramwaju i udał się w sobie tylko znanym kierunku. Możemy tylko domyślać się, z jakimi emocjami i pękniętym sercem. Wtedy dopiero podbiegła do niego włoska koleżanka Marii. Z kartką, na której odręcznie był napisany numer do jego wybranki. Pewnie już wtedy Geo poczuł, że będzie dobrze.

Maria nadal nie miała pewności, czy jej wybranek to ten, po którego przyjechała do Włoch. Trzeba bowiem dodać, że w trakcie jednego z objawień usłyszała sugestię św. Jana Bosko, który na jej pytanie o chęć wstąpienia do zakonu, surowo jej tego wzbronił, polecając jechać do Italii, aby tam znalazła „rycerza z mieczem”, który zostanie jej mężem. To miało być dla niej znakiem, że to właśnie ten wybraniec. Pamiętajmy, że mamy połowę XX wieku. Na miecze nikt już w Europie nie walczył. Te prędzej spotkać można już było w muzeach.

Wątpliwości rozwiały się już wkrótce, gdy przyszłego męża Esperanza spotkała w jednym z rzymskich kościołów. Okazał się być ochroniarzem biskupa. Takim, który podczas mszy świętej nosi przy sobie symboliczny miecz. Proroctwo wypełniło się.

 

Tuż przed podróżą poślubną

María była jednak tylko człowiekiem. Bojąc się całej tej sytuacji i tempa, w jakim jej życie zaczyna się zmieniać, uciekła od swego ukochanego do Caracas. Dopiero tutaj mądry spowiednik, ojciec Emerano Fahrnholz, wysłuchawszy całej historii (w tym także tych o rozmowach z św. Janem Bosko) nakazał jej pod posłuszeństwem powrót do Rzymu i odnalezienie porzuconej miłości.

Odrzucony już któryś raz z kolei Geo musiał wykazywać się w tym czasie próby nie lada cierpliwością. Ale i pokorną ufnością w to, że Bóg ma wobec niego plan. I nie pomylił się. Bóg miał dla niego przygotowany scenariusz. Geo prawdopodobnie w najśmielszych snach nie spodziewał się tego, w jakim sposób potoczą się jego przyszłe losy.

Gdy wreszcie doszło o ślubu, inteligent Geo szybko zorientował się, że przyszło mu dzielić życie z niezwykłą osobą. Kobietą, która otrzymała od Boga liczne dary. Jak choćby ten najbardziej popularny – charyzmat proroctwa nad ludźmi.

Gdy wraz z żoną pakowali się któregoś dnia w podróż poślubną, w mieszkaniu panował pośpiech. Byli już mocno spóźnieni. Pociąg przecież nie będzie czekać. Geo zaczął pośpieszać Marię, która nagle gdzieś zniknęła. Odnalazł ją w jej pokoiku. Leżała na łóżku. W ekstazie. Piękną włoszczyzną (której nadal nie miała prawa znać) przedstawiła mu historię jego życia (o której z kolei nie mogła mieć pojęcia, bo Geo nigdy wcześniej jej o tym nie mówił). Geo wiedział, że jego życie nie będzie już od tej pory takie samo.

 

Jak św. Józef

Od tej pory dozgonnie ufał swojej małżonce. Tak było, gdy ta zarządziła przeprowadzkę małżeństwa do Wenezueli. Gdy na prośbę samej Matki Bożej rozpoczęła poszukania miejsca, o którą Ta ją prosiła. Dziś możemy sobie tylko wyobrazić, jak wiele pokory musiał mieć w sercu Geo, słysząc od swojej żony, że mają znaleźć „Maryjną Arkę Ocalenia”, że miejsce to ma być przy skale, na plantacji z trzciną cukrową, przy rzece z wodospadem. Z niebieskimi motylami wylatującymi z groty. Być może niejeden popukałby się w głowę. Ale nie Geo. Ten zaufał.

Poświęcił swoje lata, swoje oszczędności, finanse, pracę i czas wolny. Wraz z żoną szukali miejsca, o które prosiła ich Matka Boża. Znaleźli je po siedmiu latach. I to w tym miejscu Matka Boża objawiła się ponad setce ludzi. A samej Marii Esperanzie znacznie więcej razy. Możemy się dziś zastanawiać, czy gdyby nie rola Geo w całej tej historii, czy do tych objawień w ogóle by doszło?

Geo jednak był wierny do końca. Także wówczas, gdy Marii już przy nim fizycznie nie było. Wytrzymał bez niej 12 lat. Wciąż uśmiechnięty, wciąż łagodny, wciąż mający czas dla wszystkich, którzy o to go prosili. Taki był mąż kandydatki na ołtarze. Św. Jan Bosko dobrze wiedział, kogo poleca Marii. Dał jednak kandydatowi wolność w działaniu. A ten nie zawiódł. Bosko wybrał dobrze.

Newsletter
Aleteia codziennie w Twojej skrzynce e-mail