Aleteia.pl - pozytywna strona Internetu w Twojej skrzynce e-mail

Nie możesz nas wesprzeć finansowo?

Możesz to zrobić na 5 innych sposobów:

  1. Módl się za nasz zespół i powodzenie naszej misji
  2. Opowiedz o Aletei w swojej parafii
  3. Udostępniaj nasze treści rodzinie i przyjaciołom
  4. Wyłącz AdBlocka, kiedy do nas zaglądasz
  5. Zapisz się do naszego newslettera i czytaj go codziennie

Dziękujemy!
Zespół Aletei

 

Aleteia

„Jestem taka piękna”, ale… pewność siebie to nie wszystko

JESTEM TAKA PIĘKNA
Udostępnij

Twórcy „Jestem taka piękna” z Amy Schumer mieli fajne cele (pokazanie kobietom, że obwód talii nie jest najważniejszy w życiu), ale… nie uniknęli klisz, banałów. Mimo to, warto obejrzeć film.

Jestem chyba ostatnią osobą, która wybrała się na film „Jestem taka piękna” z Amy Schumer. Raz, że nie kręcą mnie amerykańskie komedie (zwykle ociekające banałem i/lub tandetą), dwa, że nie podzielam zachwytu dla stand-upowej twórczości Schumer. Jednak zachęcona pozytywnymi opiniami znajomych postanowiłam sprawdzić.

 

„Jestem taka piękna” – komedia bez kompleksów?

Najpierw krótko, o czym jest ta historia. Renee Bennett pracuje w słynnej firmie kosmetycznej. Ale to nie daje jej satysfakcji, bo siedzi w ciemnej piwnicy i przerzuca raporty, a chciałaby trafić do centrali mieszczącej się przy jednej z głównych nowojorskich ulic. Jednak jej największym, życiowym marzeniem jest… bycie piękną.

Renee tonie w kompleksach. Nie akceptuje siebie, nadprogramowych kilogramów, a próby zrobienia z tym czegoś kończą się hm… kompromitacją. Ma dwie najbliższe przyjaciółki (zakompleksione w podobnym stopniu jak ona), którym towarzyszy w żałosnych próbach znalezienia partnerów przez internet.

Renee w alkoholowych emocjach wypowiada magiczne zaklęcie, ale jej marzenie się nie spełnia. Z rozpaczą patrzy w lustro, które nijak nie chce pokazać seksbomby. Następnego dnia idzie na siłownię, spada z rowerka i uderza się mocno w głowę. To będzie początek diametralnej zmiany w jej życiu.

 

Pewność siebie, która… wpędza w kompleksy

Po upadku Renee spogląda w lustro… z zachwytem. W jej wyglądzie nie zmieniło się absolutnie nic (bo niby jak miało?), ale ona widzi w lustrze… boski tyłek, sześciopak na brzuchu, świetne nogi – jednym słowem piękność, jaką pragnęła zostać.

I jak za dotknięciem różdżki zmienia się nie tylko spojrzenie Renee na siebie, ale wszystko wokół. Dziewczyna nabiera odwagi, by ubiegać się o stanowisko marzeń (i dostaje je), jest pewna siebie (do granic absurdu), bierze udział w konkursie bikini, zaczyna flirtować z mężczyznami, z jednym umawia się na randkę. Jest jednak druga strona medalu – jej pewność siebie… onieśmiela innych, a nawet – paradoksalnie – wpędza w kompleksy: jej chłopaka, a najbardziej jej przyjaciółki.

„Nowa” Renee robi się nieznośna. I choć niby osiąga wszystko, o czym marzyła, to coś zgrzyta. Wkrótce czar – tak samo, jak niespodziewanie nastąpił – tak samo szybko pryska. Na tym koniec o fabule, by nie było spoilerów, teraz nieco o przesłaniu, które… nie jest tak oczywiste, jak mogłoby się wydawać.

 

Naiwna opowieść o Kopciuszku

Twórcy „Jestem taka piękna” pewnie mieli fajne cele (pokazanie kobietom, że obwód talii nie jest najważniejszy w życiu), ale… nie uniknęli klisz, banałów i naiwności. Dobrze, że taki film jest, że przypomina o tym, co niby oczywiste, ale – czy rzeczywiście robi to przekonująco?

Po pierwsze, Renee wcale nie jest grubaską. Ok, ma specyficzną sylwetkę (zgrabne nogi, pokaźna góra), ale robienie z niej brzyduli irytuje (bo wystarczyłoby tylko odpowiednio ją ubrać). Po drugie, pokazywanie, że każda próba zrobienia „czegoś” ze sobą kończy się tragicznie (upadki i kompromitacja na siłowni) wcale nie zachęca zakompleksionych kobiet do ruszenia się z kanapy. Nawet odstrasza! Po trzecie, reakcje osób na siłowni, ulicy… – wiem, w filmie to przerysowane, ale serio, obcy ludzie na ulicy wyśmiewają babkę z paroma kilogramami ekstra?  

Komedia jest pełna naiwności – Renee uważa, że jak zostanie piękna, to rozwiążą się jej wszystkie problemy. Z wielkim zdziwieniem odkrywa, że seksbomby też bywają smutne i porzucane przez facetów. Naiwne jest też oczekiwanie na cud bez zrobienia czegoś, by ten cud miał szanse zaistnieć (ok, poszła na siłownię, ale dalej obżerała się śmieciami). A już szczytem naiwności jest to, że ogromny koncern potrzebuje rad recepcjonistki, dziewczyny z ulicy, by wprowadzić nową linię kosmetyków.

 

Samo „jestem taka piękna” nie wystarczy

Poza minusami można znaleźć garść (garstkę?) pozytywów. Przede wszystkim film pokazuje, że nasze piękno nie zależy od wskazówki na wadze czy innych wyznaczonych przez kogoś „ram”, ale w dużej mierze od tego, jak same patrzymy na swe odbicie, jak kochamy własne ciało, jak je traktujemy, czy jesteśmy dla siebie dobre…

Odkładanie bycia szczęśliwą na później (kiedy wreszcie będę piękna) jest złudne, bo zawsze znajdzie się ktoś, kto zakwestionuje osiągnięty cel. Zawsze też ta granica może się odsuwać – schudniesz „x” kg, ale wciąż będziesz niezadowolona z siebie, aż osiągniesz kolejne levele, odkreślisz następne „jeśli”.

I wreszcie najważniejsze – nie wystarczy powiedzieć sobie „jestem piękna” i… spocząć na laurach. O siebie trzeba dbać (w filmie jest to dość słabo pokazane). I nie chodzi o tworzenie sprzeczności i uzależnienie poczucia piękna od wybieganych na bieżni kilometrów. Niemniej, takie docenienie samej siebie, spojrzenie w lustro z miłością sprawia, że… jakoś łatwiej przychodzi czy dieta, czy ćwiczenia. Bo nie jest to żaden reżim, katowanie siebie, ale robienie czegoś DLA siebie, swojego dobra i zdrowia.

Newsletter
Aleteia codziennie w Twojej skrzynce e-mail