Nie możesz nas wesprzeć finansowo?

Możesz to zrobić na 5 innych sposobów:

  1. Módl się za nasz zespół i powodzenie naszej misji
  2. Opowiedz o Aletei w swojej parafii
  3. Udostępniaj nasze treści rodzinie i przyjaciołom
  4. Wyłącz AdBlocka, kiedy do nas zaglądasz
  5. Zapisz się do naszego newslettera i czytaj go codziennie

Dziękujemy!
Zespół Aletei

 

Aleteia

Patryk Świątek: Po prostu weź i wyjdź z domu! (wywiad)

Patryk Świątek
Archiwum autora
Udostępnij

Kiedy tylko pokonamy tę początkową barierę, magiczną siłę, która trzyma nas w fotelu lub przed komputerem, i wyjdziemy z domu, z każdym krokiem będziemy czuć się coraz lepiej – przekonuje Patryk Świątek, autor „Weź wyjdź”. To książka, dzięki której dowiecie się o zaskakujących (polskich!) miejscach, ludziach i zwyczajach. Co więcej – sami staniecie się jej współautorami.

O tym, dlaczego urodziliśmy się w najlepszym miejscu na Ziemi, jak samodzielnie odkrywać świat i czemu warto przyglądać się roślinom, starym budynkom i ludzkim twarzom, z Patrykiem Świątkiem, autorem książki „Weź wyjdź. Sztuka aktywnego odpoczywania przez cały rok” i współautorem bloga „Paragon z podróży” rozmawia Dominika Cicha.

 

Dominika Cicha: Ktoś mógłby zapytać: po co kolejny przewodnik po Polsce? Mało ich mamy w księgarniach i supermarketach? Ale Twoja książka to też minipodręcznik do lokalnej historii czy przyrody, a zarazem przepiśnik, słownik gwary i… zeszyt do plastyki!

Patryk Świątek: Na pewno nie zakładałem, żeby ta książka była przewodnikiem w rozumieniu potocznym. Bardzo się starałem, żeby dało się ją czytać jak powieść, w domu, nawet jak ktoś niekoniecznie w danym momencie może się ruszyć. Ale efektem ubocznym tego, o czym pisałem i jak zdobywałem informacje jest to, że da się ją potraktować jak przewodnik i trasy odtworzyć samemu. A jak dodaliśmy jeszcze uzupełnianie obrazków czy wbijanie pieczątek, książka faktycznie stała się rzeczą, którą warto zabrać w podróż.

Wklejenie listków, przerysowanie maski czy uzupełnianie haftu kaszubskiego jest tu chyba trochę po to, żebyśmy zwracali uwagę na szczegóły, które często pomijamy.

Założenie rysunków, które trzeba dokończyć, było właśnie takie, żeby zatrzymać się na dłużej niż normalnie. Sam mam tendencję do przemieszczania się szybko, do biegania. A podczas pisania tej książki odkrywałem podróżowanie głębsze, żeby dostrzegać rzeczy makro w szczegółach. Kiedy szedłem przez las, bardzo dużo przyjemności sprawiło mi dostrzeganie, jakie tam w ogóle rosną drzewa, i dlaczego tak rosną, dlaczego te dęby są obok buków – przecież to nielogiczne! Albo dlaczego wszystkie są powyginane w kształt literki „s”. Zacząłem drążyć. Okazywało się, że gdzieś tam była jakaś powódź – na takie rzeczy nie zwracamy uwagi, a to one sprawiają, że kompletnie inaczej się nam podróżuje. Nagle takie miejsca nabierają nowych znaczeń i są dużo ciekawsze.

 

Patryk Świątek o pisaniu książki „Weź wyjdź”

Jak wyglądała twoja praca nad „Weź wyjdź” od podszewki?

Ekstra! W porównaniu do poprzednich książek sam proces był super. Nie wiem, jak to wygląda u innych – może im idzie łatwo i przyjemnie, ale dla mnie to zawsze była ciężka robota. Mocna motywacja, od rana patrzenie się w ekran, konstruowanie zdań. Czasem idzie, czasem nie. Generalnie ciężki, żmudny proces. Tutaj od początku narzuciłem sobie reżim. Ustaliłem, że nie pojadę w kolejną mikropodróż, dopóki przynajmniej w większości nie opiszę poprzedniej. Udawało się, bo miałem motywację, że za 2 tygodnie jadę w kolejne miejsce. Było to w jakimś rytmie i zawsze kończyło się wyjazdem. A na dodatek przez te 2-3 tygodnie żyłem historią bohatera, która pojawiła się w danym rozdziale. A to były historie, które mnie totalnie wciągnęły!

Faktycznie, życiorysy osób, które „oprowadzają” nas po kolejnych regionach Polski, zwalają z nóg. Człowiek łapie się za głowę i zastanawia: jak mogłem nie wiedzieć o Antonim Cierplikowskim! Jak znalazłeś bohaterów, skoro o takiej Teodorze Gulgowskiej – twórczyni pierwszego w Polsce skansenu, promotorce kultury i sztuki kaszubskiej – milczała nawet Wikipedia?

Temat Teodory podrzucił mi mój redaktor Daniel Lis. Ale konkretne informacje zdobyłem dopiero na miejscu. Zacząłem w skansenie, gdzie można znaleźć pozycje związane ściśle z Kaszubami, dostałem kontakt do osoby, która się zajmuje biblioteczką. Ale bywało też tak, że historię bohatera, np. Jacka Karpińskiego, poznałem zanim pojechałem na Warmię.

Gdybym miała wybrać z Twojej książki postać, która zrobiła na mnie największe wrażenie, byłby to właśnie Karpiński, genialny matematyk, żołnierz, projektant minikomputera K-202, który miał urodzić się na szczycie Mont Blanc.

Dla mnie też! Co za człowiek! I jakich miał rodziców! Nie dość, że byłem w szoku nad samą postacią, to jeszcze nad tym, dlaczego nikt o tym nie wie. Kiedy zacząłem drążyć, to znalazłem jakieś artykuły w sieci i książkę, która przeszła ewidentnie bez echa, czego nie rozumiem. Mam nadzieję, że sporo ludzi się dowie o nim dzięki „Weź wyjdź”. To jest postać, która powinna zostać zapamiętana. Ekstra było zobaczyć jego dom. Przez sam fakt, że tam jesteś i spotykasz kogoś, kto go pamięta, czujesz, że dotykasz historii, że to nie jest zmyślona postać, ale że to było naprawdę!

 

W podróżach to ludzie są najważniejsi!

Podczas tych mikropodróży utwierdzałeś się w przekonaniu, że Polacy są dobrzy?

Nigdy nie miałem wątpliwości co do tego. Szczególnie w kwestii gościnności. I teraz też tego doświadczyłem. Zresztą, doświadczam tego na co dzień.

Ci, którzy śledzą blog „Paragon z podróży”, który prowadzisz z Bartkiem Szaro, albo znają Twoją poprzednią książkę „Dotknij Boga”, zauważyli pewnie, że podróżujesz nie tylko do miejsc, ale właśnie przede wszystkim ze względu na ludzi.

Ludzie są najważniejsi! Wszystkie ciekawe historie, które czekają na odkrycie, zawsze się wiążą z ludźmi. Ekstra jest też spotykać ich w podróży. My w domu jesteśmy schematyczni, często zamknięci, mamy utarty plan dnia, jesteśmy w miejscu, do którego się przyzwyczailiśmy. Każde wejście nowego człowieka jest niekomfortowe. Ale jak wyjdziemy z domu, to przestrzeń dla nowych ludzi się otwiera.

Otwierają się też nasze oczy. Przekonujesz: jest miejsce, którego nie masz ochoty zobaczyć? To świetnie – właśnie tam pojedź.

Pisałem to z autopsji. Miałem tak nawet w trakcie pisania tej książki. Jechałem do jakiegoś miejsca z utartym schematem w głowie. A na miejscu się okazywało, że jest kompletnie inaczej! Super przykładem jest dla mnie Wielkopolska, która kompletnie nie kojarzyła mi się z jeziorami. Studiowałem geografię, więc powinienem to wiedzieć. Ale odkrycie Wielkopolskiego Parku Narodowego z ponad tysiącem jezior, który jest tuż pod Poznaniem – dla mnie to był szok.

 

Patryk Świątek: W każdej z podróży odkrywałem coś „wow”!

Sam pochodzisz z Podkarpacia. Od dziecka wiedziałeś o kopalni w Bóbrce?

Nie! Wiedziałem o istnieniu Ignacego Łukasiewicza, bo jestem z Rzeszowa, gdzie politechnika nosi jego imię. Gdzieś tam pamiętałem, że on wynalazł pierwszą lampę naftową, ale że założył pierwszy koncern i że w Bóbrce była pierwsza na świecie kopalnia ropy naftowej już nie. Jak zacząłem to odkrywać, byłem w szoku. Ja bym tym cały region promował, a co dopiero Bóbrkę! (śmiech) Wciąż można tam zobaczyć pierwsze szyby naftowe z XIX w.! 

W każdej z tych podróży odkrywałem coś „wow”. I po raz kolejny utwierdzało mnie to w przekonaniu, że ta książka ma sens. Ja naprawdę dużo w życiu po Polsce jeździłem. A każde z tych miejsc mnie jednak zaskoczyło.  

Które najbardziej?

Łódź. Byłem w tym mieście dużo razy, ale to, co odkryłem w trakcie tego wyjazdu, w pozytywnym znaczeniu mnie zniszczyło. Co za miasto! Miasteczko, w którym mieszkało 750 osób, 100 lat później było miastem, w którym żyło ponad 600 tys. mieszkańców. Dla porównania, w tym samym czasie w Krakowie 150 tys. osób. Co za akcja! I całą tę historię rozrastania się miasta można oglądać na żywo w tkance miejskiej. Żeby całe fabryki zamieniały się w galerie handlowe albo apartamentowce – to jest chyba ewenement w Europie, coś całkowicie innego.

Twoja książka to punkt startowy dla czytelnika. Pokazujesz niesamowite miejsca, ale mówisz: kolejne odkrywaj sam. Są nawet puste strony, żeby dopisać własny rozdział. Jak zorganizować sobie taką mikropodróż na własną rękę?

Trzeba po prostu wyjść z domu. Jak ktoś ma spory problem, żeby się ruszyć, niech nie tworzy żadnych dodatkowych barier. Niech wsadzi do plecaka kurtkę, portfel, komórkę i wyjdzie z domu. Niech wsiądzie do pierwszego lepszego autobusu miejskiego albo zniknie za rogiem domu. Już wtedy zmienia się myślenie. Nie wiem, jak to działa, ale cały ciężar zostaje w domu.

Jako punkt wyjścia możesz wziąć też swoje miasto i dowiedzieć się, kto jest patronem twojej ulicy. Może wymieniasz jego nazwisko po raz milionowy w życiu, a nie wiesz, kim był? Może się okazać, że historia tej osoby wiąże się z supermiejscami i warto wybrać się jej śladami.

Można też skorzystać z wyszukiwarki internetowej, ale nie tylko z pierwszej strony, co większość z nas robi. Pomoże tu wypróbowanie różnych fraz: „osoba związana z danym regionem/genialny wynalazca/zapomniany rzeszowianin”. Może znajdziemy jakieś ciekawe nazwisko. Jeśli będzie o nim mało informacji, warto się przejść do biblioteki, bo paradoksalnie jest jeszcze sporo rzeczy w książkach, których nie ma w internecie.

 

Świątek: Przedkładam mikropodróże nad te duże!

Namawiasz do tego, żeby odpoczywać aktywnie. Kocyk i grill odpadają?

Raczej kanapa, telewizor i komputer. Wydaje mi się oczywiste, że jeżeli cały dzień jesteśmy w pozycji siedzącej, to powinniśmy na ten jeden dzień w tygodniu pozycję zmienić. Wyjście za miasto sprawia, że możemy się dotlenić, krążenie inaczej działa, zmienia się optyka, zapachy, dźwięki, przestajemy – mam nadzieję – czekać cały czas na powiadomienia z komórki. Taki odpoczynek nie musi być dużym wysiłkiem, to nie musi być maraton albo trudna wędrówka. Wystarczy zwykły spacer.

Praca nad książką zmieniła Ciebie jako podróżnika?

Naprawdę zacząłem przedkładać mikropodróże nad te duże. Może nie tylko przez to, że akurat pisałem tę książkę, ale cała moja sytuacja życiowa w tym momencie sprawia, że dużą przyjemność odkrywam, jeżdżąc częściej, na krócej i w Polskę, do mniej odkrytych miejsc.

Teraz też tak na serio czuję się obywatelem Polski. Jak jedziesz do jakiegoś nowego miejsca, zawsze jest delikatny stresik – nie wiesz co zjeść, gdzie się z tego dworca wychodzi. A jak się przyjeżdża do danego miejsca drugi, czwarty raz, to myślisz: czuję się jak u siebie, swobodnie. Im więcej się jeździ, tym człowiek się bardziej do tego kraju przywiązuje.

Czyli nie chciałbyś się z Polski wyprowadzić?

Na pewno nie! Za każdym razem, jak sobie porównam warunki geograficzne, historyczne, klimatyczne, zagęszczenie ludzi, zarobki, poziom życia, to nie mam wątpliwości, że urodziliśmy się w jednym z najlepszych miejsc do mieszkania na Ziemi. Tylko kompletnie tego nie doceniamy! A u nas jest wręcz idealnie! Mamy 4 pory roku, morze, góry, jeziora, łąki, lasy, bardzo bogatą florę i faunę, zioła. I takie szczegóły, o których nikt prawie nie myśli. Na przykład cudowną wodę! Nie chodzi mi o tę w kranach (chociaż tu też nie jest źle), ale także wody mineralne, których w sklepach znajdziemy dziesiątki rodzajów i smaków. A są miejsca, w których jedyna woda dostępna w sklepach to chemicznie destylowana, bez żadnych cennych wartości. W Polsce jest naprawdę wszystko. I można to w którymś momencie odkryć.

Newsletter
Aleteia codziennie w Twojej skrzynce e-mail