Nie możesz nas wesprzeć finansowo?

Możesz to zrobić na 5 innych sposobów:

  1. Módl się za nasz zespół i powodzenie naszej misji
  2. Opowiedz o Aletei w swojej parafii
  3. Udostępniaj nasze treści rodzinie i przyjaciołom
  4. Wyłącz AdBlocka, kiedy do nas zaglądasz
  5. Zapisz się do naszego newslettera i czytaj go codziennie

Dziękujemy!
Zespół Aletei

 

Aleteia

Dorosłe skutki żywieniowej tresury

JEDZENIE SŁODYCZY
Pexels | CC0
Udostępnij

Stłukłeś kolanko? Masz czekoladkę. Jest ci smutno? Kupimy batonik. Nudzisz się? Chodź, tu jest bombonierka, zobaczymy, co jest w środku. Jak zjesz do końca, dostaniesz cukierka. Jak szybko włożysz buty, kupimy lizaka.

Kary naszego dzieciństwa stają się dorosłymi nawykami. Zatrzymało mnie kiedyś to zdanie. Równie prawdziwe byłoby to o nagrodach. Nagrody naszego dzieciństwa zostają nimi na dorosłość. I odnosi się to także bardzo do jedzenia.

 

Za mamusię, za tatusia…

Słono płacimy w dorosłości za trening dietetyczny oparty na nagrodach i karach. „Zjedz do końca, wtedy wyjdzie słonko”. W tym schemacie zresztą wciskanie w siebie jedzenia zostaje powiązane z porządkiem całego uniwersum. Jak wielka odpowiedzialność na nas spada! I jak wiele rzekomo możemy zdziałać, zadając gwałt własnemu organizmowi.

Nie inaczej jest z jedzeniem „za mamusię, babcię i dziadka”. I nie wiadomo, czy chodzi o to, że dziecko ma zjeść ich porcje, czy też od kolejnych kęsów w magiczny sposób uzależniamy dobrostan najbliższych osób. Jak by nie było, to jakiś okropny szantaż. Nieistotne, ile realnie maluch może zjeść, zanim go zemdli. To opiekun zaspokaja swoją potrzebę bycia dobrą mamą, tatą czy babcią – nawet jeśli zasadza się na kiepskich założeniach („moje dzieci będą jadły co im każę”, „dziecko nie może być nigdy głodne” itd.).

Wraz z naszym wiekiem pozornie dorośleją także formy emocjonalnego szantażu. „Zjedz do końca, żeby się nie zmarnowało”. Odpowiedzialność za niemarnowanie jedzenia nie spada na kucharza, który znowu przygotował za dużo i tak naprawdę teraz musiałby zostać wezwany na pomoc pułk wojska, by nie było strat. To dziecko ma zapobiec katastrofie marnotrawstwa. Choć przecież może być i gorzej: „zjedz, bo dzieci w Afryce głodują”. Czy naprawdę nie jest uczciwiej powiedzieć, że mój wypełniony ponad własną miarę żołądek nie uratuje przed głodem ani jednego afrykańskiego dziecka? Że aby komuś pomóc, trzeba zaoszczędzonymi środkami fizycznie się podzielić?

 

Boli kolanko? Masz czekoladkę

I wreszcie zostaje cała sfera żywieniowych nagród. Stłukłeś kolanko? Masz czekoladkę. Jest ci smutno? Kupimy batonik. Nudzisz się? Chodź, tu jest bombonierka, zobaczymy, co jest w środku. Jak zjesz do końca, dostaniesz cukierka. Jak szybko włożysz buty, kupimy lizaka.

Oczywiście, żywienie dziecka wymaga pewnego planu. Jeśli maluch nie zjadł śniadania, wystarczy, by nie dostał chrupek i ciastek, a obiad powinien mu już smakować. Istnieje zresztą w naszych coraz bardziej świadomych czasach wiele miejsc, nawet w sieci, gdzie można dowiedzieć się, jak pomóc niejadkowi. Angażowanie dzieci w przygotowanie posiłków jest tylko jednym ze sposobów. Chodzi w tym wszystkim jednak o to, by jedzenie było tylko jedzeniem, nie zaś miejscem emocjonalnego szantażu, zasługiwania na miłość czy bezmyślnej tresury.

Co zabieramy w dorosłość? Niszczące przekonania i nawyki. Jemy duże śniadanie, bo powinno być „królewskie”. To nic, że indywidualny metabolizm włącza głód dopiero dwie godziny po przebudzeniu i z dzieciństwa nasze ciało pamięta, jak bardzo nas mdliło, gdy wciskaliśmy w siebie kolejne kęsy przed szkołą. Na imieninach u wujka nadal zjadamy niesmaczną sałatkę, bo nie można nic zostawić na talerzu. Trudno, potem jakoś się odchoruje. Potem wlejemy w siebie herbatkę miętową albo po prostu nie będziemy spać pół nocy.

 

Głusi na sygnały własnego ciała

Wyrastamy na ludzi głuchych na sygnały własnego ciała. Nie wiem, kiedy jestem głodny, a kiedy smutny lub przeforsowany pracą. Wszystko wpada do jednego worka i kieruje do lodówki. Na życiowe rozgoryczenia pozostaną słodycze (lub inne używki), nie zaś zdolność radzenia sobie z trudnymi emocjami. Jedzenie zastępuje bliskie relacje i relaks.

Ja sama wychowałam się na przełomie lat 70. i 80., gdy koncepcje żywienia dzieci były naprawdę oderwane od ich potrzeb. Dopiero na studiach, w czasie wakacyjnego pobytu w Niemczech usłyszałam od mojej gospodyni: „Nie musisz zjadać wszystkiego, co masz na talerzu i możesz nie jeść, jeśli ci nie smakuje”.

Jak bardzo potrzeba zaprzyjaźnić się z własnym ciałem. Okazujemy sobie samym należny szacunek, dając swojemu ciału to, co zdrowe, w ilości, jaka jest dla niego do przyjęcia i wówczas, gdy wysyła sygnał głodu. Warto też uczyć się siebie i orientować, kiedy potrzebujemy coś zjeść, a kiedy się przytulić, wygadać czy iść pobiegać.

Newsletter
Aleteia codziennie w Twojej skrzynce e-mail