Aleteia.pl - pozytywna strona Internetu w Twojej skrzynce e-mail

Nie możesz nas wesprzeć finansowo?

Możesz to zrobić na 5 innych sposobów:

  1. Módl się za nasz zespół i powodzenie naszej misji
  2. Opowiedz o Aletei w swojej parafii
  3. Udostępniaj nasze treści rodzinie i przyjaciołom
  4. Wyłącz AdBlocka, kiedy do nas zaglądasz
  5. Zapisz się do naszego newslettera i czytaj go codziennie

Dziękujemy!
Zespół Aletei

 

Katolicki portal bez polityki. Wesprzyj nas!

Aleteia

Św. Roch: troskliwy pielgrzym, któremu życie uratował pies [Wszyscy Świetni]

ŚWIĘTY ROCH
Udostępnij

Jak to się stało, że pies stał się stałym „atrybutem” tego popularnego świętego?

Jeśli kiedyś zastanawialiście się, kto jest tym przysłowiowym świętym ascetą, który już jako dziecko w piątki i środy nie ssał piersi matki, to już znacie odpowiedź – św. Roch. Przynajmniej taką wersję jego dzieciństwa podaje Jakub de Voragine w Złotej legendzie, zbiorze żywotów świętych, który niegdyś był równie popularny, jak współczesne produkcje Marvela.

 

Żebrak i uzdrowiciel

Mnie w historii Rocha poruszają jednak inne aspekty niż bycie niejadkiem w niemowlęctwie. Jego imię pochodzi od francuskiego słowa „roche”, czyli skała. Trzeba przyznać, że jego zaufanie do Chrystusa rzeczywiście było stabilne jak element rzeczywistości, od którego został nazwany.

Jego rodzice byli równie pobożni, co zamożni. Niestety, zmarli, kiedy kończył dwadzieścia lat. Roch, niewiele się namyślając, rozdał majątek ubogim, odmówił przyjęcia po ojcu stanowiska wójta Montpellier i wyruszył w pieszą pielgrzymkę do Rzymu.

Rzecz dzieje się w XIV w., w Europie szaleją kolejne zarazy i Roch trafia za Alpy dokładnie w tym momencie, kiedy przez tamte tereny przewala się fala czarnej śmierci. Jego podróż zostaje opóźniona, ponieważ zamiast pielgrzymować, zaczyna zajmować się chorymi. Ryzykuje zakażenie i dołączenie do zmarłych podopiecznych w dole z wapnem, jednak nic takiego się nie dzieje.

Co więcej, przez jego ręce zaczynają się dziać uzdrowienia. Ludzie garną się pod jego opiekę, proszą go o modlitwę, bo widzą, że wielu z jego podopiecznych wraca nagle do zdrowia. Szczególnie, jeśli wykona nad nimi znak krzyża i krótko się pomodli.

 

Pierwsza próba

Dociera ostatecznie do Rzymu, tam też zajmuje się chorymi. Kiedy fala zachorowań opada, wyrusza z powrotem do Montpellier, ale po drodze, w Piacenzy, znów natyka się na zarazę. Tym razem także on na nią zapada.

Mieszkańcy miasta nie mają dla niego tyle miłosierdzia, ile on miał dla innych. Wyrzucają go z miasta. Roch buduje sobie w lesie szałas, obok którego wybija cudownie małe źródełko, z którego czerpie wodę. Brakowało mu tylko żywności, ale i na to Bóg znalazł radę – codziennie przybiegał do niego pies jednego z miejscowych notabli. Nie dość, że przynosił mu zawsze bochenek chleba, to jeszcze lizał jego rany.

Roch wyszedł z choroby, zapewne też dzięki opiece swego czteronożnego przyjaciela. Jak tylko odzyskał siły, wyruszył dalej w drogę.

 

Druga próba

Podczas przekraczania granicy z Francją, został aresztowany. Nie rozpoznano w nim syna dawnego wójta Montpellier, wzięto go za to za szpiega. Został zamknięty w lochu w rodzinnym mieście i był torturowany. Jedyne, co mógł zdradzić, to było jego imię, ale nawet je zachował dla siebie, nie chcąc korzystać z opinii uzdrowiciela, która dotarła także i do Francji.

W tym więzieniu zmarł po pięciu latach uwięzienia. Kiedy przygotowywano jego ciało do pogrzebu, dostrzeżono na jego piersi czerwony krzyż – znamię, z którego był znany (a którym kilka wieków później zainspiruje się przy projektowaniu habitu dla swojego zgromadzenia św. Kamil de Lellis). Błyskawicznie z godnego pogardy rzezimieszka opinia publiczna przemianowała go na świętego.

 

Pielgrzym z psem

Jeśli kiedyś zobaczycie przedstawienie mężczyzny w pielgrzymim stroju, który odsłania nogę z paskudną raną, i towarzyszy mu pies, stoicie właśnie twarzą w twarz ze św. Rochem. Został patronem chorych na zarazę i jego wizerunek pojawiał się we wszystkich szpitalach.

Ponadto patronuje kawalerom, osobom fałszywie oskarżonym, grabarzom, aptekarzom oraz… psom. W końcu to właśnie to zwierzę okazało mu więcej miłosierdzia niż mieszkańcy odwiedzanego miasta.

Newsletter
Aleteia codziennie w Twojej skrzynce e-mail