Nie możesz nas wesprzeć finansowo?

Możesz to zrobić na 5 innych sposobów:

  1. Módl się za nasz zespół i powodzenie naszej misji
  2. Opowiedz o Aletei w swojej parafii
  3. Udostępniaj nasze treści rodzinie i przyjaciołom
  4. Wyłącz AdBlocka, kiedy do nas zaglądasz
  5. Zapisz się do naszego newslettera i czytaj go codziennie

Dziękujemy!
Zespół Aletei

 

Aleteia

Ks. Krzysztof Grzywocz: Niósł Boga innym w sposób dyskretny, delikatny i pełen szacunku

KRZYSZTOF GRZYWOCZ
Udostępnij

Miałam szczęście i przywilej znać ks. Krzysztofa Grzywocza i przyjaźnić się z nim od kilkunastu lat.

Krzysztof, czyli niosący Chrystusa

Żałuję, że nie zapytałam jego rodziców – państwa Zofii i Józefa Grzywoczów – dlaczego właśnie takie imię wybrali dla swojego syna. Imię „Krzysztof” wywodzi się od greckiego słowa Christophoros, i znaczy tyle co przynoszący Chrystusa lub też noszący w sobie Chrystusa. Znaczenie zawarte w imieniu „Krzysztof” oddaje to, co w życiu ks. Krzysztofa Grzywocza było najważniejsze.

Krzysztof był księdzem, który niósł Chrystusa w sposób czuły i delikatny – bez ostentacji i narzucania samego siebie i swojej wiary innym. Może było tak dlatego, że sam zbudował bardzo głęboką i intymną więź z Bogiem. Nigdy nie opowiadał o własnym życiu duchowym, praktykował je w swoim „namiocie spotkania”.

Są tacy święci Boży, którzy nie muszą wiele mówić o Bogu, po prostu tym, jak żyją i spotykają innych – zaświadczają, że On istnieje. Krzysztof zaświadczał. Niósł Boga innym w sposób niezwykle dyskretny, delikatny, pełen szacunku wobec inności drugiego człowieka, często napotykając na jego zwątpienie czy nawet brak wiary. Nie epatował religijnością, po prostu spotykał drugiego człowieka. Był go ciekaw. I słuchał go z niezwykłą uważnością i empatią.

 

Góry: wielka miłość ks. Grzywocza

Zaginięcie Krzysztofa 17 sierpnia zeszłego roku w szwajcarskich Alpach pogrążyło w żałobie bardzo wiele osób. Nie tylko najbliższych, przyjaciół i tych, którzy uczestniczyli w jego rekolekcjach i wykładach, ale również tych, którzy znali go jedynie z utrwalonych na CD sesji czy czytali jego teksty.

Był i wciąż jest ważny dla tysięcy osób w Polsce i poza jej granicami (przyjaciele Krzysztofa utworzyli stronę mu poświęconą: www.kskrzysztofgrzywocz.pl). Mieszkańcy szwajcarskiej wioski Bettmeralp, z której rok temu wyruszył na swój ostatni górski szlak, a w której od kilku już lat – zawsze w sierpniu – zastępował miejscowego proboszcza, mówią o nim „nasz Krzysztof”.

Po jego zaginięciu wielu z nich – mimo prowadzonych poszukiwań Krzysztofa przez alpejskich ratowników – wyruszało na górski szlak, żeby go szukać. Krzysztof zawsze bardzo cieszył się na ten sierpień w Szwajcarii. Kochał czas bycia wiejskim proboszczem, spotkań z mieszkańcami Bettmeralp i górskich wycieczek.

Góry od wczesnej młodości były jego wielką miłością. Właśnie w górach, tyle że w Tatrach, rozstrzygnęła się jego decyzja o wstąpieniu do seminarium.

 

Kapłan, duchowy przewodnik i psycholog

Nie znam chyba drugiej takiej osoby jak Krzysztof, która z równą delikatnością (ale bez cienia egzaltacji) odnosiłaby się do ludzi naznaczonych szczególną kruchością – cierpiących na depresję, przeżywających tragedie i dramaty.

Znaczące jest to, że pierwszym miejscem, które odwiedził tuż po święceniach kapłańskich, był oddział psychiatryczny w opolskim szpitalu. Jego pensjonariuszy traktował z szacunkiem, podkreślał ich wartość. To chyba jedna z tajemnic niezwykłości spotkania z nim – dawał spotykanemu człowiekowi poczucie, że jest wartościowy, że jego historia jest naprawdę ważna i niepowtarzalna.

Krzysztof dzięki swojej wrażliwości, doświadczeniom, ale też dzięki wykształceniu z dziedziny duchowości i psychologii wiedział, że życie każdego z nas to dojrzewanie w relacjach i w wierze – a to z kolei proces. Wielką inspiracją dla jego kapłaństwa i wiary był papież Franciszek. W rozmowie ze Zbigniewem Nosowskim dotyczącej Amoris laetitia mówił:

Chrześcijaństwo opiera się na rozwoju, który ma swoje etapy. Cudem jest wytrwanie w tym procesie, a nie jego unikanie. Bardzo piękne jest w tym dokumencie, że tak często pojawia się w nim słowo «proces».

I dalej: U Franciszka moralność chrześcijańska jest moralnością osoby, więzi, relacji, a nie normy. To przejście od infantylnej moralności normatywnej, gdzie norma jest w centrum i trzeba do niej dorastać, do dojrzałej moralności osoby, w której norma jest dla człowieka, a nie człowiek dla normy.

 

Patologie duchowości

W jego tak empatycznym podejściu do człowieka nie było jednak nic ze schlebiania mu czy relatywizowania ważnych prawd wiary. Mówił odważnie i wprost, że w naszym życiu duchowym pojawią się różne patologie, i dodawał: „Granica pomiędzy duchowością zdrową i patologiczną biegnie w nas, a nie między nami” (więcej: Patologia duchowości. Od niezdrowej religijności do dojrzałej wiary, Wydawnictwo MANHU, 2017).

Siłą duszpasterskiego przesłania Krzysztofa było to, że weryfikował nasze zamknięte w sztywny schemat wyobrażenia na temat ważnych wymiarów życia duchowego. Urealniał je, umiejscawiał w konkrecie codzienności. Weźmy choćby trudny temat ascezy chrześcijańskiej. Krzysztof rozumiał ją tak:

Prawdziwego ascetę poznaje się po miłości – czy potrafi kochać Boga, żonę, swoich parafian, studentów. Czy potrafi się bawić, cieszyć, ale też, czy potrafi mówić «nie», również tym, których kocha. Miłość jest ascetyczna, nie ma miłości bez ascezy, ponieważ w niej zawsze jest rezygnacja. Jeżeli nie potrafię powiedzieć «nie», moje «tak» nie ma wartości.

No i jeszcze ten jego specyficzny humor, który także na siebie i swoje sprawy pozwalał spojrzeć z dystansem („Jasne jak piwo Żywiec” – to jego powiedzonko wielu bawiło, niektórych jednak gorszyło).

 

Droga, która jest tajemnicą

W kwietniu tego roku miałam przywilej gościć w pięknej opolskiej bibliotece publicznej – znajdującej się niemal vis-à-vis domu, w którym Krzysztof przez ostanie lata mieszkał – na spotkaniu wokół książki Na początku był sens. Składają się na nią rozmowy z nim.

Jeszcze przed rozpoczęciem spotkania przybiegła mnie uściskać dziesięcioletnia Lenka. Znałam ją z czułych opowieści Krzysztofa i poznałam osobiście kilka miesięcy wcześniej. Lenka razem ze swoją mamą należy do grupy, gromadzącej kilkanaście rodzin i osoby samotne, której Krzysztof od prawie dwudziestu lat towarzyszył. Dziewczynka przyniosła mi dwa egzemplarze książki Na początku był sens z prośbą o dedykację. Po czym oznajmiła ze smutkiem: „Ładny tytuł tej książki, ale odkąd wujek Krzyś zaginął, to nieprawda”.

Zmartwiałam, stać mnie było tylko na to, żeby mocno przytulić dziecko i powiedzieć, że „Na początku był sens” to słowa jej ukochanego wujka Krzysia. Zostawił nam jeszcze te:

Ludzkie doświadczenie sensu jest w pewnym znaczeniu prowizoryczne, podobnie jak życie. Nie jest nam dane raz na zawsze, nie stanowi jakiegoś nienaruszalnego zabezpieczenia. Jest drogą, która się wyłania, i jest tajemnicą. Jest drogą, której trzeba czasem szukać w ciemnościach i być może również czasem ją gubić. Ale ona istnieje.

Newsletter
Aleteia codziennie w Twojej skrzynce e-mail