Aleteia.pl - pozytywna strona Internetu w Twojej skrzynce e-mail

Nie możesz nas wesprzeć finansowo?

Możesz to zrobić na 5 innych sposobów:

  1. Módl się za nasz zespół i powodzenie naszej misji
  2. Opowiedz o Aletei w swojej parafii
  3. Udostępniaj nasze treści rodzinie i przyjaciołom
  4. Wyłącz AdBlocka, kiedy do nas zaglądasz
  5. Zapisz się do naszego newslettera i czytaj go codziennie

Dziękujemy!
Zespół Aletei

 

Aleteia

„Dziewczyna o siedmiu imionach” i jej ucieczka z Korei Północnej

HYEONSEO LEE
Michał Wargin/EAST NEWS
Udostępnij

W wieku siedemnastu lat chciała zrobić coś szalonego – przekroczyć granicę między Chinami a Koreą Północną i wrócić do domu najpóźniej po kilku dniach. Wszystko poszło inaczej, niż się spodziewała. Z matką i bratem spotkała się dopiero kilkanaście lat i sześć zmian tożsamości później.

Hyeonseo Lee w szkole uczyła się piosenki „Światu nie mamy czego zazdrościć”, którą miała śpiewać w równym rytmie razem ze wszystkimi innymi dziećmi. Każdego dnia musiała wymieniać niezliczone powody, dla których dynastia Kimów równa się bogom, a Korea Północna jest najwspanialszym krajem na świecie.

W wieku siedmiu lat po raz pierwszy zobaczyła publiczną egzekucję. Kilka lat później patrzyła na ludzi umierających z głodu na ulicach. Doktryna o dobroci „Umiłowanego Przywódcy” i północnokoreańskim dobrobycie nie zmieniała się jednak ani odrobinę.

 

Korea Północna. System totalitarny

Można powiedzieć, że Hyeonseo Lee „miała szczęście”. Jej rodzice, jak na warunki północnokoreańskie, byli bardzo przedsiębiorczy i dobrze wykorzystali fakt mieszkania przy granicy z Chinami. Dzięki przemytowi towarów, którym się zajmowali, dziewczynka nawet w czasie wielkiego głodu w latach 90. zawsze dostawała coś do zjedzenia i mogła nawet podzielić się z przyjaciółmi. Niektórzy z nich byli jednak zbyt dumni, aby przyjąć pomoc. Matka Hyeonseo kilkakrotnie proponowała obiad jej nauczycielowi muzyki. Ten jednak odmawiał, za każdym razem przekonując, że już jadł. Krótko później zmarł z głodu i wycieńczenia.

Jedyną przyczyną złej sytuacji w Korei Północnej było zło wyrządzane jej przez Stany Zjednoczone. Nikt nie mógł nawet w zaciszu własnego domu wyrazić innych przypuszczeń. „Bowibu”, czyli tajna policja, czaiła się wszędzie, ale reżim i tak korzystał przede wszystkim z nawyku donosicielstwa, jaki wyrobili sobie zindoktrynowani ludzie. Sąsiad donosił na sąsiada, szef na pracowników, dzieci szpiegowały się między sobą.

 

Śmierć ojca i jeden akt buntu

W końcu w złowrogie sieci wpadł także ojciec Hyeonseo – został złapany, gdy odkryto jego kontakty handlowe z Chińczykami. Po ciężkim śledztwie popadł w depresję i popełnił samobójstwo. Matka musiała przekupić lekarzy, aby wpisali w dokumentacji inny rodzaj śmierci, bo samobójstwo oznaczało bunt, ucieczkę, było zakazane, a jego popełnienie groziło poniesieniem konsekwencji przez rodzinę zmarłego.

Hyeonseo nie miała wiele czasu, żeby rozpaczać po ojcu. Ósmego lipca 1994 r. zmarł Kim Il-Sung i cały kraj mógł płakać tylko po nim. Okazywała żałobę razem ze wszystkimi, ale w głowie zaczynało kiełkować jej pytanie: jeśli Kim Il-Sung umarł, to może jednak nie jest bogiem?

Niedługo miała skończyć osiemnaście lat i od tej pory byłaby już w pełni odpowiedzialna za własne czyny. Marzyła, żeby przed tą datą zdobyć się na jeden jedyny akt buntu: przekroczyć granicę z Chinami, od których oddzielała ją tylko płynąca koło domu rzeka i dowiedzieć się jak wygląda kraj rozświetlony w nocy światłami. Nie powiedziała matce, gdzie się wybiera, planowała wrócić do domu najpóźniej za kilka dni.

 

Utrata rodziny

Znajomi strażnicy nie utrudniali jej przejścia i Hyeonseo była przekonana, że wszystko układa się jak należy. W Chinach zatrzymała się u krewnych, którzy przyjęli ją z otwartymi ramionami.

Po kilku dniach zadzwonił telefon. W słuchawce usłyszała zdenerwowany głos matki: „nie wracaj i nie kontaktuj się z nami. Szukają cię, krążą już plotki, że uciekłaś do Chin”. Cała rozmowa trwała maksymalnie minutę i miała wystarczyć na kolejne lata tęsknoty za domem.

Uczyła się nowego języka, pracowała, nie chciała być obciążeniem dla wujostwa. Noce jednak spędzała na płaczu i tęsknocie za utraconą rodziną. Zastanawiała się nawet, czy nie wrócić do Korei Północnej tylko po to, aby zobaczyć się z matką i bratem. Wiedziała jednak, że ceną za realizację tego pomysłu może być wyrok śmierci lub zesłanie do obozu koncentracyjnego.

 

Pomóc bliskim

Kilkakrotnie zmieniała tożsamość i dokumenty, aby nie być złapaną przez chińską policję, która traktuje uciekinierów jak nielegalnych imigrantów i odsyła ich z powrotem. Po wielu perypetiach udało jej się dostać się do Korei Południowej, gdzie otrzymała azyl polityczny i pomoc w rozpoczęciu nowego życia.

Wreszcie postanowiła dokonać czegoś, co większość osób odradzała jej jako zbyt niebezpieczne – spróbować sprowadzić do siebie swoją rodzinę. Od dłuższego czasu miała z nimi kontakt telefoniczny, bo dzięki bliskości chińskiej granicy matce udawało się łapać chińską sieć. Po wielu dniach przekonywania w końcu dali się namówić na podjęcie ryzyka.

Mieli uciekać przez Wietnam, ale z powodu różnych komplikacji musieli zmienić swoje plany i ostatecznie utkwili w więzieniu w Laosie. Jedyną możliwością wydostania ich stamtąd było uiszczenie grzywny, czyli ładniejszej nazwy pospolitej łapówki. Hyeonseo nie dysponowała jednak tak wielką kwotą i nie miała skąd jej zdobyć. Czy cały plan miał upaść po tym, jak przeszli już tak wiele?

 

„Spotkałam anioła”

W Laosie Hyeonseo zatrzymała się w hotelu w pobliżu więzienia, w którym przetrzymywano jej matkę i brata. Nie posługiwała się jeszcze biegle językiem angielskim i zdziwiła się, kiedy przy śniadaniu zagadał do niej siedzący nieopodal biały mężczyzna. Powiedziała mu, że jest wolontariuszką, która pomaga uchodźcom z Korei Północnej, ale nie wyjawiła swojego prawdziwego pochodzenia. Podzieliła się też swoim problemem – nie miała wystarczająco dużo pieniędzy, aby wydobyć uciekinierów z więzienia. Dick – bo tak przedstawił się mężczyzna – powiedział, że musi pilnie gdzieś zadzwonić. Po krótkiej chwili wrócił z powrotem – razem ze swoim kolegą z Australii postanowili zrzucić się i wspólnie uzbierać potrzebną kwotę.

– Dlaczego pan mi pomaga? – wyrwało się zdziwionej kobiecie.

– Nie pani – uśmiechnął się zakłopotany. – Pomagam uchodźcom z Korei Północnej.

 

Rzeczniczka Północnych Koreańczyków

Rodzina po czternastu latach rozłąki mogła w końcu być razem. Przed nimi była jeszcze długa droga do normalności i zmiany tego, co wydawało się najtrudniejsze – sposobu myślenia o świecie. Hyeonseo wyszła za mąż za Amerykanina i zaprosiła do USA matkę i brata, którzy w końcu przekonali się do tego „imperialistycznego” kraju. Kobieta pojawia się na wielu konferencjach, w programach telewizyjnych, a nawet na sesji Komisji Bezpieczeństwa ONZ, wszędzie starając się występować w roli rzecznika swoich rodaków, którzy nie mieli tyle szczęścia, co ona.

*korzystałam z książki „Dziewczyna o siedmiu imionach” aut. Hyeonseo Lee, wyd. Prószyński Media, Warszawa 2015

Newsletter
Aleteia codziennie w Twojej skrzynce e-mail