Aleteia

Mieszkam w slumsie, o moim kraju mówią: „najniebezpieczniejszy na świecie”. Ja go kocham. List z Salwadoru

POSŁUGA W EL SALWADORZE
Archiwum prywatne
Udostępnij

Jestem wolontariuszką organizacji Domy Serca (Puntos Corazon/Heart’s Home/Punto Cuore). Obecnie mieszkam w Salwadorze. Nasi wolontariusze mają możliwość wejścia w świat, o którego istnieniu wielu nie wie, poznania konkretnych historii najuboższych osób z całego świata, ze slumsów, więzień, szpitali, faveli, ulic… Oto jedna z nich, z mojej obecnej misji..

Drodzy przyjaciele! Chcę Wam opowiedzieć o miejscu niezwykłym. O trzech ulicach i jednym skrzyżowaniu, o dziesiątkach oczu kobiet i mężczyzn, które patrzą na nas ze zdziwieniem, gdy się tam „zapuszczamy”…

Dzielnica nazywa się Concepción (hiszp. „poczęcie” – od Immaculada Concepción – Niepokalane Poczęcie Maryi). O ironio! To miejsce jest znane ze stolarni i z… obecności prostytutek. Jest to apostolat tylko dla wolontariuszek, z wiadomych względów. Z innych względów chodzimy tam z Charo tylko co 2-4 tygodnie. Z jednej strony jest to miejsce w pewnym sensie bardzo, bardzo nieprzyjemne. Ciężko mi wyjaśnić, dlaczego dokładnie…

Nie chodzi o kobiety, to nie one są „problemem”. Bardziej ta atmosfera sprzedaży ciała, rozdeptanej godności, zatracenia świadomości tego co dobre, co złe, co piękne, co okropne… Z drugiej strony, wolimy chuchać na nasze bezpieczeństwo (chociaż nigdy nie spotkała nas choćby najmniejsza nieprzyjemność) – nie byłoby dobrze, gdybyśmy pojawiały się często w domach publicznych i również wolimy, aby ich właściciele nie pomyśleli, że chodzi nam o wyciągnięcie stamtąd jak największej liczby „pracownic”.

Dokładnie, nie po to tam chodzimy. Można pomyśleć: „Jak to nie? Czy nie trzeba wyciągnąć tych kobiet z ich „zgnilizny? Uratować je od tych, którzy je tam trzymają?”. Tak i nie. Może kogoś oburzyć taka odpowiedź i wierzcie mi, to, czego najbardziej pragniemy idąc tam, to że któregoś dnia spotkamy drzwi zamknięte z napisem: „Zmieniły pracę”. Ale razem z tym napisem musiałoby być napisane: „Zmieniły życie”. Bo to ich życie je tam trzyma…”. Pozwólcie mi spróbować opisać realia kilku osób, które odwiedzamy.

 

Niña Roksana*

Wynajmuje swój własny, obskurny pokoik na rogu małego budynku, w którym są też inne, „niezrzeszone” prostytutki. Reprezentuje dość dobrze większość tutejszych kobiet. Ma 48 lat, jest dość gruba, mocno umalowana, ale kosmetykami słabej jakości, które są zawsze rozmazane w wyższych temperaturach i komicznie zniekształcają brwi i usta Roksany. Ona sama bardzo cieszy się, gdy ją odwiedzamy, mówi o radości, którą jej dajemy.

Jest ciekawa naszego życia tutaj i w naszych krajach. Bez oporów opowiada o sobie, o wielu kotach, synu, z którym mieszka i mszach, na które możemy razem pójść. Jest pogodna. Traktuje to, co robi, tylko i wyłącznie jako swoją pracę. Pracę jak każdą inną w Salwadorze – ciężką i szokująco mało opłacalną. Roksana ma wrażliwe serce, uśmiech na twarzy i otwartość. Żyje prosto, z dnia na dzień. Jest samotna, potrzebuje zwykłej, przyjacielskiej rozmowy. O tym, że po zmroku już się nie pracuje, bo jest niebezpiecznie. O tym, że gdy była młoda, zamordowali ojca jej dziecka i musiała zacząć pracować, wychodzić w nocy i zostawiać płaczącego synka samego w domu na całe noce…

 

Polita*

Po wizycie u Roksany przechodzimy z Charo na drugą stronę bardzo ruchliwej Alei Jana Pawła II, idziemy do jednego z domów publicznych, które są bardziej zorganizowane (i powstają nowe, o zgrozo). Wchodzimy, przy wejściu siedzi kilka kobiet, są równie mocno umalowane i skąpo ubrane, często grube, o różnych spojrzeniach – z uśmiechem, łagodne, nieobecne, obojętne. Witamy się i pytamy o Politę. Zawsze jest w głębi, więc zapraszają nas, by usiąść przy jednym ze stołów. Dookoła pokoiki, może 5, może 10. Czasem któraś z kobiet wchodzi, wychodzi, sama, z kimś. Zwykle jest raczej pusto, spokojnie, gra muzyka.

Wita nas Seka, przyjaciółka Polity, kupuje nam coś do picia, opowiada o swoim dwumiesięcznym wnuku, który jest w szpitalu. Jest nieco wstawiona, bardzo smutna, płacząc prosi o pomoc. W tym momencie przychodzi Polita, zazdrosna, że jej nie poświęcamy całej uwagi. Są jak dzieci, które do nas przychodzą – spragnione uwagi, zatroskania o ich życie, wysłuchania ich problemów. Polita ma dziwną twarz, jakby spuchniętą, wyraźny przodozgryz i krzywe zęby. Mieszka w tym domu od około 12. roku życia, sama nie pamięta dokładnie, teraz ma 36 lat. Niełatwo zdać sobie sprawę, że Polita jest (była? jak o tym napisać…?) mężczyzną. Mama Wendy, innego mężczyzny, który zmienił płeć i tu mieszka, zabrała Politę z ulicy i dała dom właśnie tutaj.

Polita jest jednym wielkim zgubieniem, miotaniem się w ciemności. Wydaje się, że całe swoje życie szuka miłości, ale nie ma pojęcia, czym ona jest, jak wygląda, kto kocha naprawdę, a kto tylko żongluje emocjami. Nie umie pisać. Czasem szokuje mnie jej sposób myślenia, ale kto nauczył ją myśleć w wolności? Oceniać, co dobre, co złe, co prawdziwe, co fałszywe? Polita ma blizny na nadgarstkach, po żyletkach. Cięła się z zawodów miłosnych. Słuchamy, co u niej, że pokłóciła się z bratem, że zostawił ją chłopak, że boi się, że jest chora. Polita nie jest specjalnie wierząca, ale wie, że się za nią modlimy.

Nie chcę pisać tych historii po to, by szokować. Myślę, że trudno je zrozumieć, nie widząc… Ale chcę podzielić się z Wami doświadczeniem, które jest dla mnie bardzo mocne, które jakby łamie moje spojrzenie na drugiego człowieka. Do Concepción nie można iść ze wzrokiem, który ocenia. Nie da się tam wrócić kolejny raz, jeśli się nie porzuci choćby najmniejszej myśli o ocenie tych kobiet. Nie chodzi mi o zamknięcie oczu na zło i grzech, jest on tam tak wyraźny, ostry, że aż boli. Chodzi mi o spojrzenie, które przyjmuje konkretną osobę taką, jaka jest, tutaj i teraz, z całą tajemnicą jej historii, zranień, które wykręciły jej godność, a czasem człowieczeństwo. Spojrzenie, które jest wrażliwe na dobro duszy, serca, które wydaje stłumiony krzyk o miłość. Spojrzenie, które szuka Boga, spojrzenie, które kocha. Tam nie da się inaczej.

I gdy, po takim „wyostrzeniu” naszego spojrzenia wracamy do naszego domu, do wspólnoty, do innych osób, już nie da się patrzeć tak samo. Już nie da się oceniać mojego brata ze wspólnoty czy sąsiadki zza ściany tak łatwo. Jesteśmy bardziej świadome tego, że człowiek to tajemnica, i kim jesteśmy, by móc go oceniać? Osoba to tajemnica, misterium, którą można poznawać tylko na kolanach. Kolanach przed Bogiem i przed tą osobą.

Sabina

 

Więcej o wolontariacie misyjnym w Domach Serca:

http://domyserca.pl/https://www.facebook.com/domyserca.wolontariat.misyjny/

 O tym, jak wyjechać na misję:

http://domyserca.pl/p/dolacz#join

Jak wesprzeć wolontariuszy i ich misje:

http://domyserca.pl/p/pomoz

*imiona bohaterek zostały zmienione