Nie możesz nas wesprzeć finansowo?

Możesz to zrobić na 5 innych sposobów:

  1. Módl się za nasz zespół i powodzenie naszej misji
  2. Opowiedz o Aletei w swojej parafii
  3. Udostępniaj nasze treści rodzinie i przyjaciołom
  4. Wyłącz AdBlocka, kiedy do nas zaglądasz
  5. Zapisz się do naszego newslettera i czytaj go codziennie

Dziękujemy!
Zespół Aletei

 

Aleteia

Czy można odmówić, gdy ktoś prosi, żebym został rodzicem chrzestnym? A może czasem trzeba?

MATKA CHRZESTNA
Shutterstock
Udostępnij

Wiele zależy od konkretnej sytuacji. Tym, co wielu z nas „odstrasza” od bycia chrzestnymi są często nie tyle zobowiązania duchowe, co „finansowe”. Jak do tego podejść?

Bywa, że ktoś prosi nas, byśmy zostali chrzestnymi jego dziecka. Nie zawsze nam się to uśmiecha. Odmawiać czy nie odmawiać? Zanim odpowiemy na to pytanie, sprawdźmy, kim tak naprawdę jest chrzestny i jaka jest jego rola.

 

Skąd wzięli się rodzice chrzestni?

Kiedy w pierwszych wiekach dorosły człowiek przychodził do Kościoła prosić o chrzest, stawał się katechumenem i rozpoczynał długie przygotowania do przyjęcia tego sakramentu.

W tych przygotowaniach towarzyszyła mu oczywiście cała wspólnota, ale spośród niej wyznaczany był jeden człowiek, który stawał się „opiekunem” katechumena. To on dbał o to, by przygotowujący się poznał należycie Ewangelię, prawdy wiary, zasady chrześcijańskiego postępowania. To on odpowiadał na jego pytania i wątpliwości, uczył modlitwy.

To on wreszcie poświadczał wobec całej wspólnoty, że katechumen jest już gotowy do przyjęcia chrztu i stania się „pełnoprawnym” chrześcijaninem. Stąd najczęściej nazywano tę osobę „świadkiem”, czy „poświadczającym”.

Chodziło jednak nie o to, że był on świadkiem samego wydarzenia chrztu, ale całego procesu dojrzewania człowieka do wiary. Był więc świadkiem, który wraz z katechumenem doświadczał trudu rodzenia się do wiary i który przez swoją posługę wobec niego sam go do tejże wiary „rodził”. Stąd mówimy o „rodzicu chrzestnym” – tym, który „rodzi duchowo”.

 

Jaka jest rola rodziców chrzestnych?

Z biegiem czasu, wraz z upowszechnieniem się zwyczaju chrzczenia małych dzieci funkcja ta ewoluowała. Ponieważ chrzcimy maleńkich, nieświadomych jeszcze niczego ludzi cały proces dojrzewania do wiary, do jej rozumienia, wyznawania i praktykowania rozkłada się na całe lata po chrzcie człowieka.

W naturalny sposób zadanie wprowadzania w wiarę przejęli rodzice. Stało się ono po prostu częścią procesu wychowania, który i tak spoczywa w pierwszym rzędzie na nich. Tak też jest to ujęte w liturgicznym dialogu towarzyszącym sakramentowi chrztu:

Ksiądz: Drodzy rodzice, prosząc o chrzest dla waszego dziecka, przyjmujecie na siebie obowiązek wychowania go w wierze, aby zachowując Boże przykazania, miłowało Boga i bliźniego, jak nas nauczył Jezus Chrystus. Czy jesteście świadomi tego obowiązku?

Rodzice: Jesteśmy tego świadomi.

Ksiądz: A wy, drodzy chrzestni, czy jesteście gotowi pomagać rodzicom tego dziecka w wypełnianiu ich obowiązku?

Chrzestni: Jesteśmy gotowi.

Zatem odpowiedzialnymi za wprowadzenie człowieka w wiarę, czyli relację z Bogiem są rodzice. Zadaniem chrzestnych jest „pomagać rodzicom” w wypełnianiu tego zadania. Na czym ta pomoc ma polegać?

 

Co właściwie mają robić chrzestni?

Skoro mają pomagać we wprowadzaniu w wiarę, w „rodzeniu do wiary”, to oczywiście sami muszą ją mieć. Pierwszym zadaniem chrzestnych jest więc dbałość o własne życie duchowe, sakramentalne, o własną relację z Bogiem. Jeśli tego nie mają, to są po prostu oszustami, bo deklarują gotowość do podjęcia zadania, którego nie są tak naprawdę w stanie podjąć.

Nie da się przekazać komuś czegoś, czego samemu się nie ma. Jeśli więc nie modlisz się, nie przystępujesz regularnie do sakramentów i nie planujesz żadnej realnej zmiany w tej kwestii, to nie zostawaj chrzestnym, bo oszukasz w ten sposób tego małego człowieka i jego rodziców.

Pewnie, że byłoby świetnie, gdybyś oprócz dbałości o własne życie duchowe regularnie widywał swojego chrześniaka i jego najbliższych. To wspaniała i nie do przecenienia okazja do wzajemnego karmienia i umacniania się świadectwem wiary (to znaczy: nie tego, że jesteś zawsze ideałem i stuprocentowym wzorem, ale tego, że mimo twoich słabości i potknięć wciąż starasz się iść za Jezusem, bo ci na nim zależy).

Nie byłoby od rzeczy interesować się rozwojem duchowym twojego chrześniaka. Szukać wraz z rodzicami sposobów i pomocy w przybliżaniu mu wiary. Świetnym i na pewno niesłychanie owocnym przedsięwzięciem byłaby wasza wspólna modlitwa za dziecko, a potem wraz z nim. W ten sposób będziecie tworzyć wokół niego klimat wiary, w którym będzie „przyswajać” ją w naturalny sposób.

Nie zawsze jednak będzie to możliwe. I dlatego twoja osobista relacja z Bogiem jest tu podstawową sprawą, bo zdarzają się sytuacje, w których samotna modlitwa za chrześniaka i jego rodziców pozostanie jedyną rzeczą, którą jako chrzestny będziesz mógł dla nich zrobić. Na przykład wtedy, gdy nie jesteście w stanie utrzymywać częstego, regularnego kontaktu albo kiedy ten kontakt z jakiegoś powodu w ogóle się urwie.

 

Odmawiać czy nie odmawiać?

Nie ma prostej odpowiedzi. Wiele zależy od konkretnej sytuacji. Tym, co wielu z nas „odstrasza” od bycia chrzestnymi są często nie tyle zobowiązania duchowe, co „finansowe” wobec dziecka. Jeśli jednak chwilę się zastanowić, to dojdziemy do wniosku, że nie powinny nam one spędzać snu z powiek. Zazwyczaj potrafimy rozpoznać, jakie motywacje kierują naszymi znajomymi, kiedy proszą nas na chrzestnych.

Prawdziwie trudna sytuacja robi się wtedy, gdy mamy poważne wątpliwości, czy będziemy mieli w ogóle w czym pomagać rodzicom dziecka, którzy praktycznie żyją jak niewierzący i nie wygląda na to, by zamierzali przekazywać swojemu dziecku żywą wiarę. W razie wątpliwości warto o tym otwarcie porozmawiać:

Jest mi bardzo miło, etc. Ja swoją odpowiedzialność jako chrzestnego widzę w ten sposób: (…). A wy? Co to dla was znaczy? Bo skoro mam być rodzicem waszego dziecka, to w jakimś stopniu biorę za nie odpowiedzialność. Ale to znaczy też, że nabywam względem niego pewnych praw – na przykład prawa upominania się o jego życie duchowe, sakramentalne, przynajmniej dopóki w sakramencie bierzmowania nie potwierdzi świadomie, że teraz już bierze swoją wiarę we własne ręce. Nie obrażę się, jeśli zmienicie zdanie i wybierzecie kogoś innego”.

Z drugiej strony – zwłaszcza jeśli będą się „upierać” – może lepiej, żeby dziecko miało chrzestnego, który „przynajmniej” będzie się za nie modlił, niż wesołego figuranta dostarczającego odpowiednio wysokie apanaże finansowe przy „szczególnych okazjach”. Modlitwa zawsze będzie zależała od ciebie. Tego ci nikt nie zabroni.

Newsletter
Aleteia codziennie w Twojej skrzynce e-mail