Nie możesz nas wesprzeć finansowo?

Możesz to zrobić na 5 innych sposobów:

  1. Módl się za nasz zespół i powodzenie naszej misji
  2. Opowiedz o Aletei w swojej parafii
  3. Udostępniaj nasze treści rodzinie i przyjaciołom
  4. Wyłącz AdBlocka, kiedy do nas zaglądasz
  5. Zapisz się do naszego newslettera i czytaj go codziennie

Dziękujemy!
Zespół Aletei

 

Aleteia

A co, jeżeli nie pasuję do Kościoła?

JOLA SZYMAŃSKA
fot. Anna Nycz
Udostępnij

Jedyną drogą, którą widzę, jest pobudka. Wybudzenie się ze snu o miłym i łagodnym miejscu. Stanięcie w błocie po kolana, albo i wyżej. Zorientowanie się, że Kościół nie zawsze jest przedsionkiem nieba, ale ciężką harówą, której nie da się przerobić bez przytomności, odpowiedzialności i działania.

Nie pasuję do Kościoła. Szczególnie tego między Zakopanem a Kołobrzegiem. Ani Krościenko, ani Licheń, ani papieskie okno w Krakowie, pod którym maszeruję kilka razy w tygodniu, nie są dla mnie ważnymi miejscami. Niekoniecznie pociąga mnie Jasna Góra, o Toruniu dawno już zapomniałam. W Łagiewnikach nie potrafię się odnaleźć.

Nie pasuję do kościelnych dyskusji i kościelnego wartościowania. Do gadania o cywilizacji śmierci przy założeniu, że jest ona wyłącznie u „innych”.

Nie pasuję do niczego, gdzie idee są ważniejsze niż drugi człowiek. Nie pasuję więc do sporej części wspólnoty wiernych. Do części, którą najbardziej widać. Do tej, którą sama widzę najwyraźniej. Zupełnie świadomie nie chcę tak żyć.

Nie pasuję do tego, co nazywa się „wiarą” w naszym kraju. Do gierek, pyskówek, ale też do wycofania, magiczności, wymagań. Do księży, którzy wkładają politykom pierścienie na palce. Nie rozumiem przewrotnej moralności, którą wciska się bliźnim jak wrapy w food trackach. Wymówek nie rozumiem.

Nie rozumiem, dlaczego „delikatna, miła i grzeczna” jest szlachetniejsze niż „konkretna, odważna i charakterna”. Czy trudno zauważyć, jak bardzo szkodliwe jest takie podejście?

Nie pasuję do paczki, która w odpowiedzi na tragedię w swoim wnętrzu powtarza: tragedie są nie tylko u nas. Tamci też są słabi. I tamci. I jeszcze tamci! Nie pasuję. Kompletnie.

Tracę ufność. Nie do Boga, do ludzi.

 

Dlaczego miłosierdzie to liberalizm?

Od kilku miesięcy obserwuję mój Kościół zza mgły rozczarowania. I coraz mniej rozumiem miejsce, w którym wyrosłam. Coraz mniej chcę je rozumieć. Spotkałam tu Boga, ale co to znaczy? Co znaczy, jeżeli kolejni ważni mężczyźni, działający w Jego imieniu, dają świadectwo cwaniactwa i cynizmu? Ile jeszcze razy za zadawanie pytań oberwę zmasowaną nienawiścią katolickich grup? Jak długo jeszcze mówienie o ochronie ofiar pedofilii i molestowania będzie co najwyżej tematem dyskusji? Dlaczego miłosierdzie to liberalizm? Dlaczego otwartość to zło?

Dlaczego w tym kraju z Bogiem można sobie zrobić wszystko, jeżeli tylko posiada się wystarczające wpływy? Dlaczego nikt na to nie reaguje?

Dlaczego mówienie o rozdziale Kościoła od państwa wymaga odwagi, mimo że Kościół sam mówi o autonomii obu podmiotów w (ważnych, ale bardzo zapomnianych dziś) dokumentach od dziesięcioleci? Dlaczego Kościół, wciąż mój Kościół, nie ma odwagi cywilnej?

Co znaczy dziś: jestem w Kościele?

Z jednej strony słyszę: „Nie zostawaj w Kościele dla ratowania administracji. Zostań, żeby walczyć o Kościół i ofiary Jego kapłanów”. Z drugiej słyszę: „Winni są homoseksualiści”. Z jednej strony słyszę: „Jeżeli chcesz, odejdź, nie mam prawa cię osądzić. Jeżeli zostaniesz – zostanę z tobą”*. Z drugiej: „Nie tylko księża są pedofilami”.

Co znaczy dziś: jestem w Kościele?

 

Tchórzymy każdego dnia

Nie muszę do niczego ani nikogo pasować. Uczciwe poszukiwania mają wartość. Wiem to wszystko. Jednocześnie nie potrafię przytakiwać i spokojnie przyjmować tych komunikatów, które oznaczają, że mój Kościół tchórzy. A tchórzymy za każdym razem, kiedy nie potrafimy stwierdzić: jest źle. Nie jesteśmy tacy świetni, jak mieliśmy być. Nici z naszych morałów. Sami nie potrafimy im sprostać.

Tchórzymy, kiedy staramy się ratować własne poglądy, zamiast zauważyć uzasadnione obawy ludzi wokół. Tchórzymy, kiedy boimy się mówić szczerze i otwarcie, jak czujemy się, słuchając wymówek kapłanów.

 

Ani fajne, ani pokrzepiające

Jaki wyciągnąć stąd pozytywny wniosek? Dać nadzieję? Przekonać, że warto, bo chodzi o wieczność? Jedyną drogą, którą widzę, jest pobudka. Wybudzenie się ze snu o miłym i łagodnym miejscu. Stanięcie w błocie po kolana, albo i wyżej. Zorientowanie się, że Kościół nie zawsze jest przedsionkiem nieba, ale ciężką harówą, której nie da się przerobić bez przytomności, odpowiedzialności i działania. Szczególnie wtedy, kiedy już nam się nie chce. Kiedy wydaje się, że już nie warto.

Ale to nie jest fajne ani pokrzepiające.

Nie chce mi się walczyć o idee, jeżeli są tylko transparentem i pysznym przekonaniem o własnej racji. Jedyny sens widzę w walce o człowieka, któremu odbiera się miłość życia, zdolność do jej odczuwania i przeżywania, szansę na nią. Nie jestem biblistką, może więc popełniam błąd. Może Jezus przyszedł do nas dla zbudowania pełnych sił struktur i skutecznego lobbingu ustawowego. Można tak myśleć, śledząc obecną sytuację w kraju i na świecie. Trudno.

Mnie interesuje to, gdzie podziała się prosta ludzka przyzwoitość, odwaga cywilna, obrona słabszych, honor. Zawsze wierzyłam, że to ważne wartości w Kościele. Dziś muszę się pogodzić z faktem, że bywa inaczej.

Mimo że od kiedy pamiętam, byłam świadoma jego (Kościoła) grzeszności, dopiero dziś dociera do mnie skala cichych krzywd. Bo nie chodzi o jednego, drugiego czy piątego księdza, który nie powinien być księdzem. Nie chodzi o dziesiątego czy piętnastego wierzącego, który gardzi ludźmi wokół. Chodzi o przyzwolenie na to, żeby rządziły nami różnie interpretowane idee, a nie uczciwa miłość do drugiego człowieka.

 

Zostawać czy nie zostawać

Dlaczego zostawać w takim Kościele? Nie wiem jeszcze. Wiem, że jestem rozczarowana i potrzebuję czasu. Próbuję odnaleźć samą siebie w całkiem nowej, duchowej rzeczywistości. W rzeczywistości Kościoła, który zbyt często gra na argumenty, zamiast uderzyć się w pierś. I chociaż raz nie szukać własnej racji.

Chociaż widzę własne błędy, niedociągnięcia i skupiam się na nich najmocniej, to żyję w społeczności. Jeżeli nie zaczniemy rozmawiać o niej otwarcie, każdy z nas wpadnie w swoje indywidualne wyobrażenia, a wspólnota zamiast się scalać, będzie coraz bardziej się antagonizować. Dlatego potrzebujemy przewodników. Osób, które będą wzorami i inspiracjami. Nie „władzą”. Osób, które nawiążą z nami choć szczątkową relację, które wezmą odpowiedzialność za wychowanie i prowadzenie społeczności Kościoła.

Nie da się tego zrobić bez zaufania. Bez rozmowy. Bez pokory. Bez przejrzystości.

 

*Parafraza wypowiedzi bp. Roberta Barrona i br. Casey’ego Cole’a OFM.

Newsletter
Aleteia codziennie w Twojej skrzynce e-mail