Aleteia.pl - pozytywna strona Internetu w Twojej skrzynce e-mail

Nie możesz nas wesprzeć finansowo?

Możesz to zrobić na 5 innych sposobów:

  1. Módl się za nasz zespół i powodzenie naszej misji
  2. Opowiedz o Aletei w swojej parafii
  3. Udostępniaj nasze treści rodzinie i przyjaciołom
  4. Wyłącz AdBlocka, kiedy do nas zaglądasz
  5. Zapisz się do naszego newslettera i czytaj go codziennie

Dziękujemy!
Zespół Aletei

 

Aleteia

Pomóż mi to zrobić samemu, czyli jak mądrze uczyć dzieci dyscypliny?

Udostępnij

Internet niedawno zawojował osiemnastolatek, który stworzył piosenkę z „klasycznych” tekstów mam. „Za kilka lat mi podziękujesz! Nie jestem twoją służącą! Nie zaraz, tylko teraz”. Można gorzko się uśmiechnąć słuchając owego „przeboju”. A na poważnie - zwłaszcza u progu nowego roku szkolnego - postawić pytanie: czy i jak dyscyplinować dziecko, żeby było to dla niego pożyteczne (i najlepiej niezbyt uciążliwe)?

Gderam, więc dbam?

Mama youtubera, który „zmajstrował” piosenkę najpierw się przeraziła, że oto cały internet będzie teraz się natrząsał z jej nieudolnych metod wychowawczych. Posypały się jednak komentarze świadczące o wielkiej uniwersalności cytowanych zdań – arsenały maminych komentarzy są jednak dość podobne. I śmieszno, i straszno.

Można mówić o swego rodzaju porażce, skoro rodzice uciekają się do utyskiwania, wywierania na dziecku presji i wbijania go w poczucie winy. Czy jednak dzieci czasem też nie biorą udziału w tym „teatrzyku”? E tam, mama. Pobuczy, pobuczy i przestanie, przecież ile można? I czasem rodzic w końcu machnie ręką, przestanie się dopominać, egzekwować, stwierdzi, że już woli zrobić to, o co prosił, sam. Kto nie zna takich schematów? Czy jednak one nam służą?

 

Być jak Indianin

Wpływ różnych sposobów wychowywania dzieci na rozwój ich poczucia wartości i umiejętności zbadali Amerykanie. Jedna antropolog pojechała do Indian w Peru, druga do Los Angeles. Podczas gdy indiańskie dzieci od najmłodszych lat pomagały dorosłym we wszystkim (od podgrzewania jedzenia przez dwulatki, przygotowania posiłków i rozpalanie ognia przez nieco starsze maluchy po chodzenie z ojcami na polowanie), w większości kalifornijskich rodzin panowało podejście „ty już nic nie rób, tylko się ucz”.

Dzieci właściwie nie miały żadnych obowiązków, a te minimalne, np. wyrzucanie śmieci czy nałożenie psu karmy i tak często wykonywał za nie któryś z rodziców, mając dość wielokrotnego ponaglania latorośli. Oczywiście, rodzice robili to w dobrej wierze: marzyli, by dziecko dostało się na renomowaną uczelnię, miało zapewnioną fantastyczną karierę i tzw. lepsze życie.

Wnioski? Dzieci indiańskie miały naturalnie wyrobione poczucie własnych umiejętności, wierzyły w siebie. Ciesząc się zaufaniem dorosłych, nie wahały się podejmować trudniejszych wyzwań. Obowiązki były dla nich czymś naturalnym – pracą na rzecz całej społeczności. Trzymani pod kloszem młodzi Amerykanie wcale nie zyskiwali wiary we własne możliwości. Więcej: nie mieli zaufania do siebie i swoich umiejętności. Czy to dziwne, skoro własna matka uważa, że dziecko nie potrafi więcej niż nasypać psich chrupek do miski?

 

Czy ja nie mówię po polsku?!

Pomiędzy pruskim drylem a bezstresowym wychowaniem jest mnóstwo miejsca. Trzeba tylko pamiętać, że dyscyplina to umiejętne stawianie granic. I tak jak z generalnym celem wychowania – stać się niepotrzebnym – tak w tej akurat kwestii ideałem zdaje się zaszczepienie samodyscypliny.

W długiej perspektywie ułatwia ona funkcjonowanie w grupie (jak Indianom), ale nie jest czymś wrodzonym. Uczymy się jej właśnie w pierwszych latach życia. Jeśli ogranicza się do wydawania poleceń i egzekwowania ich wszelkimi możliwymi środkami, kończy się na zniechęceniu, odrzuceniu, buncie, w najlepszym przypadku zapamiętaniu kilku charakterystycznych (na ogół nieskutecznych) tekstów rodziców. Ale może być też inaczej. „Chodź, poskładamy razem zabawki”. „Ja będę kroić marchewkę, a ty będziesz mi podawać, dobrze?”. O ile przyjemniej (i, mam nadzieję, skuteczniej!) powiedzieć i usłyszeć takie zdania niż te osławione „Ile razy mam powtarzać?” „Do ciebie trzeba po polsku czy po chińsku?”

Spoglądam na regał, gdzie stoi m.in. kilka pozycji guru pedagogiki Marii Montessori i na małą córeczkę, która siedzi na podłodze i śmiejąc się w głos przyciska guziki grającej zabawki. Uzbrojona w teorię, nadzieję i marzenia sobie i wszystkim rodzicom życzę, by nauka samodzielności nie kończyła się w ślepym zaułku pod hasłem wymaganie posłuszeństwa. Obserwowanie dziecka, które dzięki rodzicowi staje się coraz bardziej zaradne, odważne i mądre daje wiele więcej satysfakcji.

Newsletter
Aleteia codziennie w Twojej skrzynce e-mail