Nie możesz nas wesprzeć finansowo?

Możesz to zrobić na 5 innych sposobów:

  1. Módl się za nasz zespół i powodzenie naszej misji
  2. Opowiedz o Aletei w swojej parafii
  3. Udostępniaj nasze treści rodzinie i przyjaciołom
  4. Wyłącz AdBlocka, kiedy do nas zaglądasz
  5. Zapisz się do naszego newslettera i czytaj go codziennie

Dziękujemy!
Zespół Aletei

 

Aleteia

Jego mama umierała, a on dziękował Bogu. „Nie mógłbym się na Niego obrazić”

UŚMIECHNIĘTA KOBIETA
Shutterstock
Udostępnij

Widział wszystko. Te rozmowy w przelocie na ulicy. Ten uśmiech. To ofiarowywane cierpienie mamy. Wreszcie widział tę modlitwę. I cały jej owoc. Po takim świadectwie nie mógł tak po prostu obrazić się na Boga.

O pani Mirce wiedzieli wszyscy. W kamienicy, na osiedlowym bazarku, w parku, do którego było raptem kilkanaście minut spaceru. Pozdrawiali ją młodzi piłkarze idący na cotygodniowe treningi na pobliski Orlik Kłaniali jej się podpici panowie pod sklepem. Ci sami, którzy tylko czekali na okazję, aby odstawić komuś koszyk. Znali ją wszyscy.

I trudno się dziwić. Zawsze pogodna, zawsze oddana, zawsze z uśmiechem dla drugiego. Zawsze piękna. Miało to swoje źródło. I nie kryła się z nim sama pani Mirka. W końcu dobrem trzeba się dzielić.

Tym źródłem, odkąd sama pamięta, zawsze był kochający i dobry Bóg. Ufała Mu bezgranicznie. Ile razy odwiedzała chorych i konających, by mówić im o miłosiernym Ojcu. By pocieszyć wizją czekającego ich Raju. Krainy Odpocznienia. Krainy Miłości. Wierzyła w to tak mocno, że potrafiła przekonać nawet najbardziej zatwardziałych przeciwników Kościoła. Była autentyczna. Żyjąca pełnią. Pełnią tego, w co naprawdę wierzyła.

 

Żeby i inni wierzyli…

Pewnego dnia panią Mirkę zabolał brzuch. Zlekceważyła objaw. – A bo to mało takich bóli już w życiu było… ­– pocieszała się w myślach. Tym razem jednak nie był to zwykły ból. Pani Mirka miała raka wątroby. Lekarze nie dawali szans. Mówiono o kilku miesiącach, może roku. Po ludzku fatalna perspektywa. Po ludzku dramat.

Ale nie dla pani Mirki. Nadal piękna, nadal uśmiechnięta, nadal dla drugiego. Choroba nie zmieniła jej ani o jotę. Wciąż mówiła o kochającym Bogu. Odwiedzającym ją księżom zbierało się na płacz, gdy widzieli jej męstwo. Jej wiarę i oddanie.

– Tyle razy modliłaś się o uzdrowienie innych. Z dobrym skutkiem. Bóg Ciebie wysłuchiwał – przypomniał jej za którąś z kolejnych wizyt ks. Marek. – Dlaczego nie chcesz teraz modlić się za siebie? Przecież to również Boża optyka prosić za siebie.

– Bo widzisz, drogi księże… – odpowiadała jak zawsze pokornie, ze świecącymi się od pogody ducha oczami. – Ci, za których się modliłam, nie mieli wiary. Bali się śmierci. Bali się odejścia, bólu. Byli w tej swojej niewierze tacy biedni, tacy bezbronni, że robiło mi się ich niezwykle żal. Modliłam się więc o dar zdrowia dla nich, aby tę wiarę odzyskali. Ja jednak nie potrzebuję już czekać. Jeśli Bóg mnie wezwie, pójdę.

Gdy ksiądz Marek zamykał za sobą drzwi od jej mieszkania, w jego oczach znów pojawiły się łzy. Te same, co za poprzednią wizytą u chorej. Pani Mirka dalej świadczyła. Dalej głosiła Ewangelię. W najskuteczniejszy możliwy sposób.

 

Obrazić się na Pana Boga?

Umarła. Na pogrzebie pojawiły się dziesiątki osób. Ludzi, którym pomogła bądź chciała pomóc. Ludzi świadczących dziś o jej świętości. Wśród nich także Pawełek. Jej syn. Ten, który widział tak wiele.

– A ty… – zaczął delikatnie, przełykając powoli ślinę ksiądz Marek. – A ty, Paweł, nie jesteś zły na Boga? Nie obraziłeś się na Niego? Sam najlepiej wiesz, kim była mama. Co zrobiła dla Nieba. Nie masz pretensji do Wszechmogącego, że zabrał mamusię tak szybko?

– Nie, proszę księdza. Nie mam… – odpowiedział odważnie chłopiec. – Właściwie to nie mógłbym mieć.

Przygotowany za zupełnie inną odpowiedź ksiądz tylko przewrócił oczami. Szykował się na dłuższą rozprawę na temat ludzkiej logiki i tej Boskiej. Tego, jak ciężko nam nieraz zrozumieć Niebiańskie wyroki. Ale nie. Tym razem nie będzie musiał nic mówić. Tym razem posłucha…

– Nie mógłbym mieć pretensji do Pana Boga, proszę księdza – kontynuował pewnym głosem Paweł. – Jakże bym teraz mógł? Po tym, co widziałem w życiu mojej mamusi, wiem, że sama ona nie darowałaby mi tego.

Ksiądz Marek tylko się uśmiechnął.

 

Przewidziany sens

Świadectwo świętej kobiety. Tej, która wychowała syna w taki sposób, że dla tego drugiego nie było już odwrotu. Musiał wierzyć. Bo widział.

Widział wszystko. Te rozmowy w przelocie na ulicy. Ten uśmiech. To ofiarowywane cierpienie mamy. Wreszcie widział tę modlitwę. I cały jej owoc. Po takim świadectwie nie mógł tak po prostu obrazić się na Boga. Bo – choć po ludzku tego nie rozumiał – wiedział, że to wszystko ma jakiś sens. Tego przecież nauczyła go mama.

 

Newsletter
Aleteia codziennie w Twojej skrzynce e-mail