Nie możesz nas wesprzeć finansowo?

Możesz to zrobić na 5 innych sposobów:

  1. Módl się za nasz zespół i powodzenie naszej misji
  2. Opowiedz o Aletei w swojej parafii
  3. Udostępniaj nasze treści rodzinie i przyjaciołom
  4. Wyłącz AdBlocka, kiedy do nas zaglądasz
  5. Zapisz się do naszego newslettera i czytaj go codziennie

Dziękujemy!
Zespół Aletei

 

Aleteia

Cieszę się z mojego kryzysu wiary i z wątpliwości. Choć to trzęsienie ziemi

JOLA SZYMAŃSKA
fot. Anna Nycz
Udostępnij

W ciągu ostatniego tygodnia wiele razy usłyszałam, że robię coś źle. Najczęściej, że nie powinnam mieć wątpliwości, a jeżeli już je mam, to nie powinnam ich komunikować. Chcę o tym porozmawiać.

Zrobiłam ostatnio duże postępy w oglądaniu „Kochanych kłopotów”. To zabawny, amerykański serial o przyjaźni mamy (Lorelai) i jej córki (Rory). Lorelai pochodzi z bogatej, uprzywilejowanej, ale skostniałej rodziny. Kiedy jako szesnastolatka zaszła w ciążę, wyprowadziła się do niewielkiego miasteczka Stars Hollow. Tam wychowała Rory i na przekór swoim rodzicom pozostała totalnie zwariowaną, pozytywną osobą.

Rory okazała się nie tylko szaloną (jak mama), ale też bardzo ambitną dziewczyną. Od dzieciństwa marzyła o studiach na Harvardzie (ostatecznie wybiera Yale, bo dostała się i tu, i tu) oraz o pracy dziennikarki. Kończy więc prestiżowy high school, dostaje się na studia, pisze coraz lepsze teksty do uczelnianej gazety.

 

Przecież to nie jestem ja

Jakoś w piątym sezonie zakochuje się w synu człowieka, który trzęsie branżą medialną w USA, a kiedy jego ekskluzywna rodzina stwierdza, że Rory nie jest ich warta, ojciec ukochanego na pocieszenie proponuje jej staż w prawdziwej gazecie. Dziewczyna odnajduje się w redakcji jak ryba w wodzie, niestety, szybko traci pracę, bo „nie jest wystarczająco agresywna”, co okazuje się zresztą kompletną bzdurą. I właśnie tutaj następuje przełom.

Bardzo zdolna i ambitna studentka, która tak długo pracowała na wszystko, co osiągnęła, uwierzyła nagle w to, że nie nadaje się do niczego specjalnego. Rezygnuje ze studiów i kolejne pół roku spędza w posiadłości dziadków, realizując ich marzenie o grzecznej i spełniającej oczekiwania córce. Marzenie, którego nie spełniła jej mama.

Jest więc grzeczna i posłuszna, mieszka w willi, je przygotowane przez służbę posiłki, organizuje bankiety dla bogatych przyjaciółek babci, wypatruje wizyt swojego chłopaka. Jest jej bezpiecznie, miło i… coraz bardziej bez sensu. Dopiero po pół roku, podczas kolejnej kłótni ze skupionym na sobie Loganem, orientuje się: „przecież to nie jestem ja!”. Dociera do niej, że zawsze chciała robić ważne rzeczy. Wypowiadać się, działać, wychodzić do przodu. Żyć na własnych warunkach, a nie być niemą ślicznotką do towarzystwa. Studiować, choćby miało to na razie znaczyć życie w małym mieszkanku ze zwariowaną koleżanką i grzybem na ścianach.

 

Kim jest ta dziewczyna?

Wspominam o tym, bo nie tak dawno sama dotarłam do momentu, w którym nie potrafiłam rozpoznać ani swojego życia, ani siebie samej. Kim jest ta dziewczyna? Dlaczego boi się mówić otwarcie o tym, co myśli? Dlaczego tak mocno się kontroluje? Dlaczego daje sobie wmówić, że czegoś nie powinna? Dlaczego wciąż tak bardzo chce być „posłuszna” i mieścić się w bezpiecznych granicach?

Nacisk na zasady to coś, co wciąż muszę w sobie odkręcać. Jeżeli tego nie robię, żyję w ciągłym stresie niespełnienia oczekiwań. Zrobienia czegoś „źle”. Rozczarowania wszystkich wokół. Wciąż muszę sobie uświadamiać, że nie muszę być taka jak inni. Że mogę być łobuzem. Że zawsze nim byłam. I że kocham to uczucie.

Że szanowanie ludzi to coś bardzo innego niż usilne spełnianie ich oczekiwań. To pierwsze wynika z miłości, drugie z nienawiści – do samej siebie.

 

Galaktyka błędów, wypaczeń i poszukiwań

Myślałam o tym szczególnie w ostatnim tygodniu, ponieważ w ciągu ostatnich kilku dni wiele razy usłyszałam, że robię coś źle. Najczęściej, że nie powinnam mieć wątpliwości, a jeżeli już je mam, to nie powinnam ich komunikować. Chodziło oczywiście o mój poprzedni felieton, który szerokim echem odbił się po różnych zakamarkach internetowej galaktyki.

To ciekawa dla mnie sytuacja, bo choć już kilka razy stałam się przyczyną grubszej medialnej zawieruchy, po raz pierwszy nie było mi z tego powodu wstyd. Wcale nie dlatego, że brakuje mi dziś pokory, ale dlatego, że wreszcie zaczęłam przeżywać ją w zdrowy, konstruktywny sposób. Wcale nie dlatego, że kierowały mną nieuczciwe intencje, ale dlatego, że mówiłam coś w absolutnej zgodzie z własnym sumieniem. Nie dlatego, że skupiłam się na sobie, ale właśnie dlatego, że poszukuję wartości i sensu także poza własnym końcem nosa.

Dlatego, że zaczęłam pozwalać sobie na siebie. (Wiele osób chciałoby dodać, co wiem z komentarzy właśnie, że Bóg otworzył mnie na pozwalanie sobie na siebie. Wierzę w to, chociaż nie zawsze mówię o tym dosłownie).

Wreszcie  – dlatego, że dojrzałam. Przestaję się bać, że to, co myślę i co czuję, jest złe. Jestem wobec siebie bardzo krytyczna. Chętnie (czasem zbyt chętnie) przyznaję się do błędu. Jestem odpowiedzialna za swoje decyzje. Sporo myślę o uczuciach i potrzebach ludzi wokół. Biorę to wszystko pod grubą lupę. I wiem, że to wystarczy, aby podjąć własną, wartościową (co nie znaczy „zawsze idealną”) decyzję.

 

Decyzje bez parafki i pieczątek

Nie potrzebuję jej potwierdzenia. Wystarczy moje uczciwe przekonanie i odpowiedzialność. Ktoś doda: konsultowane z Bogiem – i chwała mu za to. Choć sama nie zawsze potrafię konsultować decyzje w ten sposób, wierzę w moc otrzymanego od Niego rozumu, wierzę w Jego opiekę. Wierzę, że to On daje mi czas na kryzys. Na przewartościowanie wielu niedojrzałości, wykrzywień, doświadczeń, których nie powinnam mieć.

Ogromnie cieszę się z mojego kryzysu wiary i z moich wątpliwości. Nie dlatego, że są wygodne, bo nie są. Nie dlatego, że cokolwiek mi ułatwiają, bo sprawiają tylko trzęsienie ziemi, na której postawiono filary mojej tożsamości. Dlatego, że dzięki nim i dzięki stawianiu trudnych nie tylko dla mnie pytań wracam do osoby, którą zawsze byłam. Z otwartością na własny temperament, intelekt, emocjonalność. Z ogromną dozą krytycyzmu, który (dzięki dyscyplinie, jaka towarzyszyła mi przez wiele lat) pewnie szybko nie osłabnie. Z wrażliwością i empatią, z błędami w ich zakresie, z częstym powtarzaniem: przepraszam.

Ale też z wyznaczaniem bardzo jasnych i konsekwentnych granic. Bo kryzys uczy mnie mówienia „nie” niesprawiedliwości wobec drugiego człowieka (szczególnie tego słabszego), ale też wobec mnie samej. Uczy mnie poszanowania mojej własnej wartości. I radości z tego, kim jestem.

Często słyszę, że kryzys jest ważny i że prowadzi on do większej dojrzałości, także w wierze. Mam nadzieję, że kiedyś stanie się tak ze mną. Ale nie będę nigdy grzeczną, spełniającą oczekiwania innych osób dziewczyną. Chcę być wrażliwą, szukającą prawdy, dobra i sprawiedliwości kobietą, która ma odwagę podzielić się swoimi pytaniami z innymi. Chcę myśleć i działać, korzystając z potencjału, którym m.in. jestem ukształtowana. Ktoś doda – przez Boga. Ja też w to wierzę.

 

Cegiełki a powinności

Przepraszam więc, że nie potrafię o Kościele mówić w kluczach różnych powinności. I dziękuję za wszystkie wiadomości i komentarze. Za uwagi. Za każde zdanie bez pogardy czy cynizmu. Za wyrozumiałość. Za mądrze rozumianą otwartość – także na pytania, na które w Was nie ma zgody. Za odwagę do szczerej i bezpośredniej polemiki, którą niezwykle cenię. Za cegiełki w dyskusji o wspólnocie, która ma znaczenie dla większości (nie tylko wierzących) ludzi na świecie.

Wreszcie, obok towarzyszenia, także za oddawanie tego dialogu Bogu. Mam ogromną nadzieję, że na te dwa sposoby pomożecie znaleźć Miłość i Prawdę w Kościele także nam – kryzysującym i wątpiącym.

Newsletter
Aleteia codziennie w Twojej skrzynce e-mail