Aleteia.pl - pozytywna strona Internetu w Twojej skrzynce e-mail

Nie możesz nas wesprzeć finansowo?

Możesz to zrobić na 5 innych sposobów:

  1. Módl się za nasz zespół i powodzenie naszej misji
  2. Opowiedz o Aletei w swojej parafii
  3. Udostępniaj nasze treści rodzinie i przyjaciołom
  4. Wyłącz AdBlocka, kiedy do nas zaglądasz
  5. Zapisz się do naszego newslettera i czytaj go codziennie

Dziękujemy!
Zespół Aletei

 

Aleteia

„Latający proboszcz”. Opowieść o księdzu, który wpadł na szalony pomysł zbierania pieniędzy

FATHER ROBERT SIMON,FLYING PRIEST
Jean Claude Mallinjod | INA | AFP
Udostępnij

Nazywany „latającym proboszczem z Saône”, ksiądz Robert Simon znalazł oryginalny sposób, by zdobyć pieniądze na renowację swojego kościoła i pomoc biednym w parafii: skoki do wody ze skał z dużej wysokości. Widowisko przyciągało tłumy.

Wielu z nas miało okazję spróbować, jak to jest skakać do wody z trampoliny. Wiemy, że to niełatwe i często niebezpieczne. Z wysokości 35 metrów wpadamy do wody z szybkością ponad 100 km/h i nawet najdrobniejszy błąd może mieć poważne konsekwencje dla naszego zdrowia. A mimo to ksiądz Robert Simon od 1947 do 1963 roku skakał do wody z dużej wysokości, popisując się prawdziwym talentem w tej dziedzinie.

Bez specjalnego przygotowania, organizacji, w czasach, gdy nie wypadało księżom pokazywać się publicznie tylko kąpielówkach. Był bardzo odważny, niezwykle skromny i pokładał zaufanie w Bogu. Pokonywał swój lęk na rzecz swojego kościoła i tych, którzy potrzebowali pomocy.

 

Pierwszy cel: odnowić kościół

Od tego się zaczęło: ksiądz zaczął skakać, bo chciał zdobyć środki na odnowienie kościoła w Saône (Doubs). Po raz pierwszy zrobił to 15 sierpnia 1947 roku w Villers-le-Lac z wysokiej drewnianej wieży zamontowanej nad skałą. Miał skakać z wysokości 35 metrów (tyle mniej więcej ma 13-pietrowy budynek), by przyciągnąć tłumy. I rzeczywiście przyciągnął, ludzie stali i patrzyli, czy ksiądz nie przestraszy się wysokości i nie zrezygnuje.

To prawda, wysokość zrobiła na księdzu wrażenie, gdy już był na górze… Ale ani przez chwilę nie miał zamiaru rezygnować. Pomodlił się do św. Teresy i rzucił się głową w dół. Nieprawdopodobny sukces, ale ciało miał po tym skoku i sile uderzenia poobijane i opuchnięte, kilka dni musiał dochodzić do siebie. Postanowił jednak zrobić to kolejny raz, nie dla sławy, ale by służyć innym.

Dzięki środkom zebranym przy każdym skoku odnowił mały kościółek, zbudował kapliczkę, w której „dzieci zimą nie będą marzły”, zorganizował domy dla biednych i wakacje dla dzieci, pomagał najbiedniejszym.

FATHER ROBERT SIMON,FLYING PRIEST
Gerard Fouet | AFP

 

„Każdy skok do wody jest aktem miłości”

Rzadko kiedy okoliczności mu sprzyjały. Jaka by nie była pogoda, montował i demontował swoją drewnianą wieżę z pomocą ochotników, „chwiała się i była niestabilna”! Woda czasem była lodowata. Za każdym razem ryzykował życie, ale lubił nurkować i był przekonany, że robi to dla Boga i dla tych, którzy tego potrzebują. I „dzięki wsparciu św. Teresy” zachował energię i odwagę. „Skoczkowie są zawsze sami ze sobą, ale ja nie jestem sam, każdy skok jest aktem miłości” – mówił.

Dzięki skokom jeździł po świecie, spotykał wspaniałych ludzi, m.in. słynnych skoczków ze skał do wody z Acapulco. W wieku 50 lat opuścił Franche-Comté, by zamieszkać w Sainte-Anne du Castelet, gdzie stworzył centrum dla skoczków.

22 sierpnia tego roku minęło 30 lat od ostatniego skoku księdza. Miał wtedy 75 lat i skoczył z wysokości 15 metrów. A 14 sierpnia była rocznica jego śmierci (2000 r.).

Od 2013 roku skoki do wody z wysokości są oficjalnie uznane przez Światową Federację Pływacką. Mężczyźni skaczą z platformy usytuowanej na wysokości 27 metrów, a kobiety – 20 metrów. I wykonują różne figury, zanim wpadną do wody nogami (podczas zawodów nie ma skoków na głowę, takie skoki wykonuje się tylko na pokazach). Warunki bezpieczeństwa są bardzo zaostrzone, musi być zapewniona asekuracja, obecność lekarzy, woda głęboka co najmniej na 6 metrów.

Ksiądz skakał, przynajmniej na początku, bez żadnego zabezpieczenia. Na szczęście, w trakcie jego „kariery” nic mu się nie stało. „Czy to nie jest dowód, że Bóg mnie wspierał?” – mówił.

Newsletter
Aleteia codziennie w Twojej skrzynce e-mail