Nie możesz nas wesprzeć finansowo?

Możesz to zrobić na 5 innych sposobów:

  1. Módl się za nasz zespół i powodzenie naszej misji
  2. Opowiedz o Aletei w swojej parafii
  3. Udostępniaj nasze treści rodzinie i przyjaciołom
  4. Wyłącz AdBlocka, kiedy do nas zaglądasz
  5. Zapisz się do naszego newslettera i czytaj go codziennie

Dziękujemy!
Zespół Aletei

 

Aleteia

Kuba Blycharz: Nie miałem wyjścia i zgłosiłem się na terapię. Moc wiary sprawia, że maski opadają

JAKUB BLYCHARZ
fot. Łukasz Kaczyński
Udostępnij

Kiedy wszyscy zachwycali się, że prawnik napisał piosenkę o miłosierdziu, którą śpiewa cały świat, ja byłem totalnie na dnie. Do tej pory o tym nie mówiłem.

Niech moc wiary będzie z Tobą” to akcja internetowa prowadzona w partnerstwie z XI Zjazdem Gnieźnieńskim, który w dniach 21-23 września odbywa się pod hasłem „Europa ludzi wolnych. Inspirująca moc chrześcijaństwa”. Wraz z organizatorami tego wydarzenia – w myśl drugiej części jego hasła – chcemy w tej akcji pokazać, jak nasze chrześcijaństwo inspiruje nas samych oraz nasze otoczenie do przemiany siebie i lokalnych społeczności. Chcesz zmieniać siebie, swe otoczenie, niepodległą Polskę i Europę? Niech moc wiary będzie z Tobą!

 

O tym, że w życiu potrzeba czasem otwarcia się na Boże propozycje wbrew logice oraz chwile trudne, by zrozumieć czym naprawdę jest wiara, rozmawiamy z Kubą Blycharzem, liderem zespołu niemaGOtu oraz współtwórcą hymnu Światowych Dni Młodzieży w Polsce „Błogosławieni miłosierni”.

Łukasz Kaczyński: Czym jest dla Ciebie wiara na co dzień?

Kuba Blycharz: Wiara jest pewnym stałym zmaganiem ku nawróceniu. Jest ciągłym przypominaniem sobie, że pomimo tego, jaki jestem sam z siebie, we krwi Chrystusa znajduję usprawiedliwienie. To nie jest łatwe, by walczyć na co dzień o siebie w taki sposób, jak zawalczył o mnie Chrystus.

On po to umarł, żebym ja do Boga mógł mówić „Tato”. Żebym mógł stać z podniesioną głową i mieć przed Nim odsłoniętą twarz, choć ja często ze wstydu chciałbym ją ukryć. Wiara to dla mnie i łaska i zmaganie, żeby się opamiętać i zrozumieć, że Bóg jest lepszy i większy niż moje grzechy.

Czy zawsze tak było?

Nie, wprost przeciwnie. Wydawało mi się, że moja niedoskonałość i grzech są większe niż Bóg. Że jedyne, co może mnie spotkać z Jego strony to odrzucenie. W ten sposób żyłem bardzo długo. Nie wiedziałem, że taka postawa całkowicie pomijała fakt Nowego Przymierza i to, że Duch Święty nieustannie umożliwia jego realizację w życiu człowieka. Wydawało mi się, że Bóg nie mówi. Że jest po to, żeby Go adorować, a sam nie angażuje się w relacje.

Jak to się objawiło, że Bóg powrócił z mocą do Twojego życia?

Kończyłem asesurę w notariacie, ale nie mogłem wytrzymać w tej pracy. Było bardzo miło, ale czułem, że to nie było „moje”. Najgorsze w tym wszystkim było to, że nie widziałem żadnej alternatywy.

I wtedy papież Franciszek zadecydował, że Światowe Dni Młodzieży będą w Krakowie. Ogłoszono konkurs na hymn, a ja dostałem obietnicę z Księgi Powtórzonego Prawa, że ten konkurs wygram. Pomyślałem, że to jest szansa, na którą czekam.

Bóg jasno przemówił, a Ty co?

Odkryłem ostatnio, że moje życie idealnie odpowiada historii niewidomego z Betsaidy. Wtedy byłem trochę jak on – do Jezusa przyprowadzili go inni i poprosili, by się go dotknął. Też miałem takie osoby, które w wątpliwościach przyprowadziły mnie do Chrystusa. Moją żonę Anię, chrzestną mojej młodszej córki, Beatę oraz członków wspólnoty „Głos na Pustyni”.

Oni cierpliwie uczyli mnie modlić się o słowo i poznawać Boga, który jest dobry. To miało ogromne znaczenie. I tak jak Jezus wziął niewidomego za rękę i wyprowadził poza wieś, tak w moim życiu przygoda z hymnem ŚDM była ujęciem mnie za rękę przez Jezusa i wprowadzeniem mnie przez Niego do świata prawdziwej i żywej wiary.

Wyjątkowym dniem było nagranie konkursowej wersji hymnu – doświadczyłem niemal mistycznego przeżycia. Przepływała przeze mnie Boża radość, pokój i pewność, że to jest moje życiowe powołanie. Kiedy nasz hymn wygrał, miałem jasność, że chcę się tym zajmować i tak przybliżać Boga ludziom. Zwolniłem się nawet z dotychczasowej pracy i – muszę przyznać – z początku wcale nie było łatwo, bo nie wyrabialiśmy finansowo.

Ale hymn odniósł sukces, więc można powiedzieć, że decyzja była słuszna i pewnie już „poszło z górki”?

W pewnym sensie tak. Powstało niemaGOtu i zaczęliśmy koncertować. Aktualnie zajmuję się tylko tym i jest stabilnie. Jednak w czasie przygotowań do ŚDM, jak i po nich w moim życiu nie było tak pięknie, jak to mogło wyglądać z zewnątrz.

Kiedy wszyscy zachwycali się, że prawnik napisał piosenkę o miłosierdziu, którą śpiewa cały świat, ja byłem totalnie na dnie. Do tej pory o tym nie mówiłem, bo to jest ta część mojego życia, która jest jakby dalszym fragmentem opowieści o ślepym z Betsaidy. Jezus w ramach uzdrowienia napluł mu w twarz. I odpowiednikiem tego jest dla mnie ten stan, w którym znalazłem się po wielkich uniesieniach związanych z pracami nad hymnem spotkania młodych chrześcijan w Polsce.

Miałem problemy z wybuchowością, słowną agresją, wszystko mnie denerwowało. Dostałem nawet ultimatum od mojej żony, że albo pójdę na terapię albo z nami koniec. W dodatku moja wspólnota rozwijała się, a ja duchowo karłowaciałem – w pewnym momencie zauważyłem, że nie jestem w stanie nawet podnosić rąk do góry na modlitwie. Nie byłem w stanie nic zrobić. Czułem się odrzucony.

Ponownie. Co zrobiłeś?

Nie miałem wyjścia i zgłosiłem się na terapię. Poszedłem na pierwsze spotkanie z psychiatrą, który zapytał, co mnie sprowadza. Odpowiedziałem, że nieumiejętność zapanowania nad agresją i niemożność przyjęcia zbawienia. On popatrzył na mnie jak na głupiego.

Powiedziałem mu wtedy, że nie wiem, czy słyszał, ale w chrześcijaństwie zbawienie jest wyłącznie za darmo, a to dla mnie nieakceptowalne. Bałem się zostać dłużnikiem i to w dodatku dłużnikiem Boga. To była niełatwa terapia grupowa – siedzieliśmy tam przez 9 miesięcy od poniedziałku do piątku przez 3 godziny.

Strasznie długo. Nie miałeś wtedy żalu do Boga, że nie zadziałał od razu? Ty napisałeś tak ważny hymn, zrobiłeś tyle dla Niego, a On pozwolił Ci się tak długo męczyć…

Wiele razy prosiłem Go wtedy o pomoc, ale nic spektakularnego i natychmiastowego się nie stało. Jednak z każdym dniem terapii coraz bardziej rozumiałem czemu tak się to potoczyło. Odkryłem, że ludzie, którzy byli tam ze mną, to był Jego lud. Obojętnie, czy ktoś wierzył, czy nie i jak przeżywał duchowość.

Choć na ścianie nie było krzyża, czułem, że w tej niezwykłej wspólnocie ludzi pochylonych do ziemi różnymi problemami – nerwicami czy zaburzeniami osobowości – Bóg działa w sposób wyjątkowy. Patrząc z perspektywy czasu, każdy z nas rodził się tam na nowo. Dodatkowo odkryłem coś jeszcze, co stanowi wyjątkowe przesłanie do tego, co trzeba robić z wiarą, kiedy przeżyje się zwycięsko kryzys czy też nawróci.

Mianowicie?

Jezus po tym, jak splunął niewidomemu w oczy, nałożył na niego ręce, a potem spytał czy coś widzi. A on odrzekł, że widzi ludzi. To jest niesamowite, bo przecież powinien dostrzec Pana stojącego przed nim. Tymczasem Bóg objawił się mu w swoim Kościele.

Ta moja terapia była potężnym nawróceniem właśnie ku wspólnocie – ku Bogu w innym człowieku. Uczyłem się tam jak rozumieć drugiego, bez oceniania, a jednocześnie z mądrym wsparciem. To jest klucz do dzielenia się wiarą. Często jak się nawracamy, to stajemy się religijni w sensie formalnym, zewnętrznym i jedyne, co widzimy to własne wyobrażenie Jezusa. A Jemu chodzi o to, byśmy dostrzegali Go przede wszystkim w drugim człowieku.

Od razu po terapii było dobrze?

Terapia pozwoliła mi dostrzec Boga, który cały czas jest przy mnie i doświadczyłem tego bardzo mocno. Po tej terapii posługiwaliśmy razem z abp. Grzegorzem Rysiem na spotkaniu młodzieży w Radomiu. Abp zapytał wówczas młodych słowami Księgi Izajasza o powołaniu proroka: „Kto nam pójdzie?”.

I wtedy zacząłem się zastanawiać, czemu nikt się nie odzywa. Przecież to nie było pytanie retoryczne. I poczułem, że pójdę ja. To była dla mnie ogromna łaska, rozpłakałem się, bo czułem, że po czasie dryfowania na peryferiach Kościoła mogę wreszcie swoje powołanie do bycia liderem niemaGOtu zacząć wypełniać całym sobą.

Czy otwarcie się na dary Boże wbrew logice, jak i przejście z Bogiem czasu trudniejszego ożywiło Twoją duchowość?

Bardzo. I myślę, że czerpię z tego cały czas, jak i ludzie wokół mnie. Nie myślę tu tylko o osobach, które słuchają piosenek naszego zespołu. Myślę też o tych, którzy są przy mnie – najbliższych i przyjaciołach.

Podejście do nich z perspektywy poczucia świadomości mocy wiary w Jezusa sprawia, że maski opadają, że stajemy w prawdzie i choć czasem się nie zgadzamy, to przybliżając się do Boga – różnymi drogami i wrażliwościami – osiągamy kompromis, a może nawet jedność.

Czynicie to niewątpliwie poprzez muzykę, która tworzycie? Co w niej wyjątkowego, czemu działa?

Dajemy ludziom pocieszenie. Nasze piosenki mają wzruszać, porywać i co najważniejsze – być oprawą słowa Bożego. Nie naszego, nie naszych przemyśleń czy też osobistych mądrości. Bóg jawi się nam jako słowo. Kiedy je wypowiadamy, a jeszcze bardziej śpiewamy, to nas angażuje i otwiera serca. Myślę, że muzyka mówiąca wprost o Bogu, szczera i często podniosła, sprawia, że ludzie stają się jak żyzna gleba, która momentalnie może przyjąć zasiew i wydać dobry plon.

Co byś powiedział osobom, które czują lęk przed gwałtowną zmianą w swoim życiu lub zaufaniem Bogu w trudnościach?

Czytajcie Pismo Święte. Nie można ufać komuś, kogo się nie zna. A Boga nie można poznać bez Jego Słowa. Nasze zbawienie bierze się z wiary i ufności, a my mamy w co wierzyć. Bycie z Chrystusem naprawdę w głębokiej relacji daje poczucie bezpieczeństwa i pewność, że każdy twój wybór, choćby nawet najbardziej nielogiczny dla świata, jest słuszny i przyniesie owoce duchowe nie tylko tobie, ale również innym.

 

Niech moc wiary będzie z Tobą! Zapraszamy na XI Zjazd Gnieźnieński.

 

XI ZJAZD GNIEŹNIEŃSKI 2018
Newsletter
Aleteia codziennie w Twojej skrzynce e-mail