Aleteia.pl - pozytywna strona Internetu w Twojej skrzynce e-mail

Nie możesz nas wesprzeć finansowo?

Możesz to zrobić na 5 innych sposobów:

  1. Módl się za nasz zespół i powodzenie naszej misji
  2. Opowiedz o Aletei w swojej parafii
  3. Udostępniaj nasze treści rodzinie i przyjaciołom
  4. Wyłącz AdBlocka, kiedy do nas zaglądasz
  5. Zapisz się do naszego newslettera i czytaj go codziennie

Dziękujemy!
Zespół Aletei

 

Aleteia

Wracając z Watykanu, spotkałam Jezusa. Leżał pod szpitalem…

BEZDOMNY JEZUS
Shutterstock
Udostępnij

Wracałam właśnie z Bazyliki św. Piotra, jak zwykle w Rzymie lekko oszołomiona ogromem otaczającego mnie piękna. Nagle zatrzymałam się jak wryta. Po prawej stronie miałam najbardziej zaskakującą rzeźbę, jaką zobaczyłam w czasie mojego pobytu tutaj. Potrzebowałam chwili, żeby rozpoznać w niej postać Jezusa.

Nie wyglądał jak wszechmocny, silny, królujący Bóg, którego widziałam wcześniej na tylu arcydziełach w Muzeach Watykańskich. Leżał na ziemi przykryty czymś przypominającym kołdrę, zasłaniał twarz ręką i wyraźnie cierpiał. Obok Niego stała tabliczka z krótkim zdaniem „Byłem chory, a odwiedziliście mnie”. Spojrzałam wyżej i zorientowałam się, że stoję pod szpitalem św. Ducha.

 

Timothy Schmalz i Jezus spod szpitala

Przekaz był prosty i przecież doskonale mi znany: Jezus Chrystus jest szczególnie obecny w ludziach cierpiących i odrzuconych. Prawdą jednak okazuje się to, co mawia mój znajomy ksiądz: nikt nie jest tak znudzony Ewangelią jak chrześcijanie. Słyszałam te słowa dziesiątki razy, ale potrzebowałam niemal otrzeć się o leżącego Jezusa, żeby uderzyły mnie bardzo mocno.

Musiałam zrobić zdjęcie i spróbować dowiedzieć się czegoś więcej  o autorze tego dzieła. Czy tworzył też inne rzeźby, czy jego Jezus miał więcej twarzy? Wpisałam w Google hasło „Timothy Schmalz” i… zachwyciłam się absolutnie! Nie chodziło mi tu tylko o kunszt artystyczny prac.

 

„Bezdomny Jezus”

Najbardziej znany jest chyba „Bezdomny Jezus”, dość podobny do „Chorego Jezusa”, którego zobaczyłam pod rzymskim szpitalem. Można Go rozpoznać właściwie tylko po wystających spod koca bosych stopach, na których widnieją ślady gwoździ. Pewnego razu zdarzyło się, że w zimowy dzień ktoś zadzwonił na policję, bo myślał, że na ławce leży prawdziwy człowiek.

Po raz pierwszy figurę umieszczono na terenie kampusu Uniwersytetu w Toronto (Schmalz jest Kanadyjczykiem) w 2013 roku i od tamtej pory doczekała się ona wielu kopii – stoją między w kilka stanach USA, Dublinie i Rzymie – tutaj na specjalną prośbę papieża Franciszka. Kiedy papież zobaczył rzeźbę po raz pierwszy, podszedł, dotknął jej i modlił się przez chwilę z zamkniętymi oczyma.

 

Tak wiele twarzy Chrystusa…

Tematów, które porusza Schmalz jest więcej. Mamy między innymi Chrystusa – żebraka z podpisem „Byłem głodny, a daliście mi jeść”, Chrystusa w więzieniu („Byłem w więzieniu, a przyszliście do mnie”), papieża Franciszka zakładającego swoje czerwone papieskie buty na nogi bezdomnego, łódź pełną migrantów, ojca Pio w konfesjonale z wolnym miejscem, które aż się prosi, żeby na nim usiąść.

Kilka prac Timothy Schmalz poświęcił też nienarodzonym dzieciom. Na jednym z nich Anioł Stróż płacze nad pustą kołyską dziecka, którym miał się opiekować, a któremu nie pozwolono się narodzić. W innym – „Monumencie dla nienarodzonych” – widzimy rodziców patrzących z żalem na swoje puste dłonie podtrzymujące płaszcz Anioła układający się w kształt łona. Dziecko w tym czasie jest już bezpieczne, niesione na rękach do Boga.

 

Święta Rodzina przytula się i bawi!

Pisząc ten tekst, przeglądam na nowo prace Timothy’ego Schmalza i już chyba wiem, dlaczego tak mnie zachwycają. Jego postaci naprawdę czują i żyją! Na jednej rzeźbie Święta Rodzina zamiast stać sztywno wpatrzona w przestrzeń po prostu tuli się do siebie, na kolejnej Józef trzyma małego Jezusa na „samolocik”, a Maryja próbuje Go rozśmieszyć. W innej scenie dzieci przytulają się do Chrystusa tak, jak przytulałyby się do taty, który wrócił z podróży. Patrząc, ma się ochotę do nich dołączyć, zostało jeszcze trochę miejsca.

Przyznam, że wiele obrazów religijnych raczej utrudnia mi modlitwę, niż w niej pomaga. Święci wydają się na nich często odlegli, zdystansowani, zbyt idealni, żeby chcieć się z nimi zaprzyjaźnić. Święty roześmiany czy święty żartujący nie mieści się w kanonie sztuki sakralnej. Jak dobrze, że chociaż u Timothy’ego Schmalza św. Józef potrafi bawić się z małym Jezusem w „samolocik”!

Newsletter
Aleteia codziennie w Twojej skrzynce e-mail