Aleteia.pl - pozytywna strona Internetu w Twojej skrzynce e-mail

Nie możesz nas wesprzeć finansowo?

Możesz to zrobić na 5 innych sposobów:

  1. Módl się za nasz zespół i powodzenie naszej misji
  2. Opowiedz o Aletei w swojej parafii
  3. Udostępniaj nasze treści rodzinie i przyjaciołom
  4. Wyłącz AdBlocka, kiedy do nas zaglądasz
  5. Zapisz się do naszego newslettera i czytaj go codziennie

Dziękujemy!
Zespół Aletei

 

Aleteia

Jak nie utonąć w szklance whisky? Kręte piłkarskie drogi

DANIEL TORRES
Shutterstock
Udostępnij

Tak, to prawda, że każdy piłkarz pracuje w swoim zawodzie zaledwie przez kilkanaście lat. O ile, rzecz jasna, kopania piłki nie uniemożliwi mu kontuzja. Jednak przez te parę lat wielu przeżyło lub przeżywa upadki i powstania. Dostają szanse - czasem niejedną - by zmienić swoje życie na lepsze lub po prostu je zmarnować. Bo futbol to świat wypełniony niezliczoną ilością pokus.

Daniel Torres – trudne początki

W raczej przeciętnym hiszpańskim klubie Deportivo Alves kopie piłkę bardzo zdolny niegdyś pomocnik, Daniel Torres. Jego życie jest znacznie bardziej niezwykłe niż klub, w którym gra. Na pewnym etapie kariery nie poradził sobie – jak zresztą wielu młodych piłkarzy – z całym tym dobrodziejstwem, jakie niesie ze sobą ów zawód: z presją, pieniędzmi, a wreszcie samotnością.

Wyrwany z rodzinnej miejscowości do kolumbijskiego klubu Santa Fe w Bogocie, kompletnie się pogubił. W młodym wieku zaczął zarabiać spore pieniądze, a pochwały pod jego adresem sypały się może nawet częściej, niż peso do kieszeni. Nie wytrzymał, sięgnął po alkohol.

Do dzisiaj nie może uwierzyć, że dał się wplątać akurat w ten nałóg. Papierosy lub niechby i trawa, ale alkohol? Za nim nigdy nie przepadał. A przynajmniej nie smakowała mu słynna w Kolumbii aguardiente – anyżówka, destylowana z cukrowej trzciny, kilkukrotnie silniejsza niż rozluźniająca chicha, wytwarzana tam nie tylko z kukurydzy, lecz także z ziemniaków, ryżu i ananasa. A skoro aguardiente Torresowi była nie w smak – sięgnął po whisky.

Wypiwszy pewnej nocy aż dwie butelki złotego napoju, pojawił się następnego dnia na treningu i ku własnemu wielkiemu zdziwieniu… nie zauważył większej różnicy w reakcji organizmu na wysiłek. Ku przestrodze wszystkich czytających warto zaznaczyć, iż inne zdanie na ten temat mieli trener drużyny oraz właściciel klubu.

 

Bóg odmienił go w jeden dzień

Dostał jednak szansę. A właściwie sam ją sobie podarował, bo naraziwszy się swoim przełożonym, poprosił o transfer do prestiżowego National de Medellin. Otrzymał zgodę i zadowolony wsiadł w samolot, by podpisać kontrakt.

Medellin okazało się jednak znacznie gorsze niż Bogota. Nocne życie po prostu tam kwitło, zapraszając Torresa rozpostartymi ramionami do wypijania kolejnych szklaneczek whisky. Powoli tracił wszystko – odeszła od niego żona z dzieckiem, jego pryncypał zaś przestał wierzyć w odbudowę zdolnego młodziana. Po zakończeniu sezonu otrzymał bolesny policzek – usłyszał w radiu swoje nazwisko, a zaraz po nim informację, iż trafił na listę transferową. Medellin zapragnął się go pozbyć. Wiadomość była, rzecz jasna, zaprawiona smaczkiem opisującym rozmaite pozaboiskowe wyczyny Torresa.

Chłopak niemal wpadł w rozpacz. Nie tylko tracił pracę w znaczącym, kolumbijskim klubie, ale w dodatku przyklejono mu łatkę alkoholika. Jakby tego było mało – nie miał nawet z kim o tym wszystkim porozmawiać, bo najbliżsi po prostu od niego uciekli. W tej chwili zdał sobie sprawę, że musi coś zmienić. Pod wpływem spotkania z jednym ze znajomych podjął radykalną decyzję.

„Spotkałem Boga. Postanowiłem oddać całe to moje życie Bogu, uczcić go i wielbić a wiadomość o tym zanieść wszędzie tam, gdzie mnie pośle” – wyznał po latach Torres w rozmowie z hiszpańskim „El Pais”. I faktycznie – wiele się u niego zmieniło. Klub z Bogoty, z którego nie tak dawno uciekał w podskokach, teraz zdecydował się go przyjąć ponownie. Wkrótce też poukładał swoje życie osobiste i wrócił do swojej żony.

Obecnie jest jednym z ważniejszych zawodników hiszpańskiego Deportivo Alaves, regularnie występuje także w reprezentacji Kolumbii. Nie jest może wybitnym piłkarzem, a zapewne gdyby nie toksyczna przyjaźń z whisky – mógłby być kimś na skalę kolumbijskiej gwiazdy, Jamesa Rodrigueza. Kto wie… Najważniejsze jednak, że jest szczęśliwy. Że trafił do świata żywych.

 

Upadki i kolejne szanse

Nie wszyscy jednak przeszli taką drogę, jak Torres. Wielu piłkarzy, którzy okazali się nie dość odporni na pokusy otoczenia, albo otrzymało swoją szansę, albo walczy o nią zaciekle. Portugalski obrońca, Ruben Semedo, to szalenie zdolny chłopak. Wyrwany z toksycznego środowiska małej miejscowości pod Lizboną, trafił do stołecznego Sportingu. Chłopak boleśnie odczuwał jednak zły wpływ otoczenia, z jakim przyszło mu się zetknąć w bardzo młodym wieku. Brak ojca, bieda, z którą w pojedynkę walczyła zatroskana matka… to wszystko sprawiło, że Semedo wszedł w świat – eufemistycznie rzecz ujmując – niezbyt poukładanych rówieśników. Od demonów przeszłości nie uwolnił się ani w Lizbonie, ani w kolejnych portugalskich klubach, do których Sporting wysyłał go na wypożyczenie.

Wreszcie trafił do hiszpańskiego Villareal. I zamiast skorzystać z nowej szansy, jaką daje zmiana otoczenia – rzucił się w wir zabawy, prowadząc niemal gangsterskie życie. Po jednej z imprez rozbił butelkę na głowie kibica Villareal, groził pistoletem barmanowi, a wreszcie uprowadził wraz dwoma kolegami przypadkowego mężczyznę.

Przetrzymywali ofiarę w domu obrońcy hiszpańskiego klubu. „Przystawiał mi pistolet do głowy, groził śmiercią” – zeznawał mężczyzna przeciwko niesfornemu Rubenowi. Tak Semedo trafił do więzienia. Spędził tam 141 dni. Wyszedł po wpłaceniu kaucji i obietnicy regularnego stawiania się na komisariacie policji.

Otrzymał też kolejną szansę – po piłkarza sięgnął beniaminek hiszpańskiej ekstraklasy. Huesca, w której obecnie gra, pragnie odbudować zawodnika, przywrócić blask nieźle zapowiadającej się karierze. Czy się uda? Nie zawsze przecież jest tak, że człowiek zmienia się w ciągu kilku godzin. Czasami potrzeba znacznie więcej czasu, by zrozumieć własne błędy.

Semedo niewątpliwie znalazł się na zakręcie. I to bardzo ostrym zakręcie. Być może przyjdzie mu pogadać z Torresem, by zrozumiał, jak wiele ma jeszcze do stracenia. I jak wiele do zyskania. I być może słońce kilkudziesięciotysięcznego miasta w Aragonii nieco uspokoi jego rozhukany temperament. Oby!

Newsletter
Aleteia codziennie w Twojej skrzynce e-mail