Aleteia.pl - pozytywna strona Internetu w Twojej skrzynce e-mail

Nie możesz nas wesprzeć finansowo?

Możesz to zrobić na 5 innych sposobów:

  1. Módl się za nasz zespół i powodzenie naszej misji
  2. Opowiedz o Aletei w swojej parafii
  3. Udostępniaj nasze treści rodzinie i przyjaciołom
  4. Wyłącz AdBlocka, kiedy do nas zaglądasz
  5. Zapisz się do naszego newslettera i czytaj go codziennie

Dziękujemy!
Zespół Aletei

 

Aleteia

Objawił mu się słynny święty! I to w tak niestandardowy sposób!

FRANCISZKANIN
Shutterstock
Udostępnij

Wiara jest łaską. To fakt. Tego, że trzeba nam o nią prosić każdego dnia dobrego Ojca, nie trzeba dziś chyba nikomu tłumaczyć. Są jednak takie historie, gdy sam Bóg pomaga nam w jej wzrastaniu w sposób zupełnie niestandardowy. Nijak nie przystający do naszej rzeczywistości. Historie, jak choćby ta, która przydarzyła się pewnemu duchownemu…

Księdzu Markowi znów nie chciało się wstawać z łóżka. Ten poranek oznaczał, że nic się nie zmieniło. Że to jednak nie był tylko zły sen. To rzeczywistość. Tak po prawdzie, to wolał teraz schować się przed całym światem. Nigdzie nie wychodzić, nigdzie nie jechać. Nie jeść, nie pić. Nie żyć… Tak, to prawda. Coraz częściej łapał się na tym, że raz po raz zastanawiał się, czy nie wolałby się już wcale nie budzić. Nigdy. Przynajmniej w ten sposób problem, z jakim zmagał się od kilku dni, już by go nie dotyczył. A tak…

 

Po ludzku nie do rozwiązania

I to wcale nie jest tak, że nic z tym problemem nie robił. Próbował go rozwiązać na wiele sposobów, a owszem. Szukał pomocy u ludzi. Wreszcie u samego Boga. Modlił się przez wstawiennictwo św. Ojca Pio. Wiele o nim słyszał. Świadectwa ludzi, historie nawróceń, wreszcie: no właśnie, opowieści, jak przez jego wstawiennictwo najtrudniejsze sprawy dawały się rozwiązać. To się naprawdę działo. Próbował więc i on. W końcu jest księdzem. Od modlitwy powinien to wszystko zacząć.

Ale problem nadal był. Nie zniknął. Ba, nawet się nie zmniejszył. Naprawdę ciężko było żyć. Z dnia na dzień coraz ciężej. „Ile jeszcze z nim wytrzymam?” – pytał sam siebie ksiądz Marek. Przy tym wszystkim nie przestawał się jednak modlić. Miał wiarę. Choć po ludzku wszystko wydawało się już nie do rozwiązania.

 

Jednak się wydarzył…

Ludzie podejrzewali ks. Marka o depresję. Co chwila ktoś podpytywał, czy dobrze się czuje. Schudł, zmarniał na ciele, mówił mniej niż zwykle. Coraz rzadziej wychodził z plebanii. Ludzie to widzieli. Ale nikt nie potrafił pomóc. Niektórzy więc po prostu się modlili. Razem z księdzem. Razem za księdza.

Każdego dnia wstawał o 4:30, aby o 5:00 odprawić mszę świętą. Taki był jego zwyczaj. Od dawien dawna. Pomimo niechęci, pierwszych objawów depresji, nie chciał go zmieniać. Zaciskał zęby, ubierał się, obmywał twarz, chwytał pęk kluczy od kościoła i ruszał w kierunku zakrystii. Nadal jednak zaprzątnięty przytłaczającymi myślami. Nie potrafił się od nich uwolnić. Choć tak bardzo chciał. I tak każdego dnia.

Aż wreszcie stał się cud. Prawdziwy cud. Ateiści lubią nazywać to „zrządzeniem losu”, czasem „przypadkiem”. Różnie. Problem sam się rozwiązał. Coś, co po ludzku patrząc, nie miało prawa się zdarzyć, jednak się wydarzyło. Wszystko dobrze się skończyło. Nikt nie ucierpiał. Nikt nie miał do nikogo pretensji. Cud. Prawdziwy cud.

Ksiądz Marek odżył. Nie rozumiał wprawdzie, jak to wszystko mogło się wydarzyć. Ale nawet nie próbował dociekać. Bo po co? Znów był szczęśliwy. Znów dzień zaczął wyglądać radośniej. Znów o poranku chciało się wstawać. Wszystko było jakieś nowe. Jaśniejsze.

 

Spotkanie

Tego dnia wstał już raźno. Powtarzając te same czynności, jak co świt, zamierzał odprawić poranną eucharystię. Włożył więc sutannę, przemył twarz i ruszył schodami w dół. Zatrzasnął drzwi od plebanii. Lekko. Jak zwykle. By nie obudzić kleryka. Gdy trzymał dłoń na klamce, zobaczył kątem oka kawałek brązowego habitu. Myślał, że to może ktoś czeka na niego pod plebanią. Odwrócił się, aby zapytać, w czym może pomóc. Ale nikogo nie było. Pusto. Dziwne…

„No pięknie. Żeby ta depresja nie odbiła się na moim zdrowiu. Jeszcze zwariuję od tego wszystkiego” – pomyślał z uśmiechem i ruszył powoli w kierunku bramy kościoła.

Mijał właśnie ogrodzenie okalające świątynię, gdy z lewej strony wyraźnie spostrzegł wyłaniający się zza jego ramienia kosmyk siwej brody. Długiej, starczej brody. Serce zabiło mocniej. „Ależ mnie pan przestraszył!” – zakrzyknął odwracając się, ale… znów nikogo nie zobaczył.

Dalej był sam. „Halucynacje, czy co?” – dziwił się, bo nigdy czegoś podobnego nie przeżywał.

 

Podziękować

W zakrystii był sam. O tej godzinie żaden ministrant nie dawał rady wstawać. Ksiądz Marek sięgnął do szafeczki po mszał i lekcjonarz.

„A podziękowałeś?” – usłyszał wtem wyraźny głos zza pleców.

Obrócił się spanikowany. Kto tu mógł wejść? Tak bezszelestnie. Bez zamknięcia drzwi. Serce łomotało coraz wyraźniej. Nikogo. Znowu nikogo.

„Kto tu jest? – zapytał głośno. – Proszę się nie wygłupiać!”.

Rozejrzał się po zakrystii. Nie była wielka. Zmieściłoby się w niej góra dziesięciu ludzi. Jeden przy drugim. Łatwo wszystko ogarnąć wzrokiem. Wystarczy jeden rzut oka. Wszystko jednak stało po staremu. Żadnego śladu bytności tu kogokolwiek. Drzwi nadal zamknięte. Nawet nie skrzypnęły.

Nieco drżącymi ze zdenerwowania dłońmi ks. Marek otworzył mszał. Pora zaczynać mszę. Nie ma co rozmyślać. Gdy otworzył mszał, zobaczył datę…

Tak, to dzisiaj. 23 września. Wspomnienie św. Ojca Pio. Ksiądz znieruchomiał. Wszystkie te obrazy. Brązowy habit. Kawałek brody. I to szorstkie, acz życzliwe zapytanie. To nie były żadne halucynacje. To nie było przywidzenie. Tak… To był on.

„Podziękować, no tak… Podziękować” – wyszeptał z uśmiechem sam do siebie. Tej mszy ks. Marek długo nie zapomni. Teraz już wie, jak się dziś modlić. I o co.

Newsletter
Aleteia codziennie w Twojej skrzynce e-mail