Aleteia.pl - pozytywna strona Internetu w Twojej skrzynce e-mail

Nie możesz nas wesprzeć finansowo?

Możesz to zrobić na 5 innych sposobów:

  1. Módl się za nasz zespół i powodzenie naszej misji
  2. Opowiedz o Aletei w swojej parafii
  3. Udostępniaj nasze treści rodzinie i przyjaciołom
  4. Wyłącz AdBlocka, kiedy do nas zaglądasz
  5. Zapisz się do naszego newslettera i czytaj go codziennie

Dziękujemy!
Zespół Aletei

 

Aleteia

Jak „przetrwać” w Kościele? Duchowa przeprowadzka

JOLA SZYMAŃSKA
fot. Anna Nycz
Udostępnij

Czy warto przetrwać? Nie wiem. Warto być kochanym. A kiedy człowiek bardzo tego potrzebuje, potrzebuje też nadziei, że kochany jest.

Na moim kanale w wakacje rozpoczęłam cykl filmów „Jak przetrwać w Kościele?”. Sporo osób pyta mnie więc w komentarzach, po co być w miejscu, w którym trzeba przetrwać. Po co się męczyć? Pytają też, czy nie lepiej uznać, że Boga nie ma. Albo zmienić wyznanie.

Przyznam, że każda z tych opcji pojawiała się w mojej głowie. Taka niewiara, na przykład. Wzdycham czasem z uśmiechem, myśląc o byciu agnostyczką. To byłoby dużo prostsze. Mogłabym założyć istnienie jakiejś energii nadrzędnej, absolutu, jednocześnie nie wiążąc się moralnie z żadną konkretną, religijną perspektywą.

 

Niewierząca protestantka czy klarnet?

Opcja kolejna – zmiana wiary. Brzmi świetnie, ale co mogłabym wybrać? Buddyzm? Islam? Nic o nich nie wiem, nigdy mnie nie interesowały. Judaizm? Ta opcja brzmi cudnie. Pachnie falafelem, brzmi klarnetem. Obawiam się tylko, że zbyt mocno sobie ją idealizuję. W zasadzie dowodem na moją nikłą wiedzę religioznawczą jest właśnie fakt, że ciężko wymienić mi jakąkolwiek inną niż te trzy, religię niechrześcijańską.

A propos, może tak stać się protestantką i zagrać na nosie wielu kochanym hejterom? Byłoby zabawnie i jakoś tak… lekko. Widzę siebie jako protestantkę. Taką z pogranicza duchowo-intelektualno-polskiego. Albo w ogóle – jako protestantkę niewierzącą. Powiesiłabym sobie na ścianie zdjęcie Jerzego Pilcha i kilka cytatów z jego dziennika. Zaczęłabym uczyć się czeskiego. Może nawet częściej odwiedzałabym rodzinny Śląsk Cieszyński. Wreszcie na własnych zasadach.

 

Niechciane, dobre słowo

Zastanawiam się często, czy chcę przetrwać. I po co mi to przetrwanie. Po co zostaję w Kościele katolickim. Czym się do niego tak przykleiłam? Czy to nie przyzwyczajenie, wychowanie, sentyment? Ludzie? Może praca, może internetowy wizerunek mnie tu trzyma? Nie jestem pewna własnych konkluzji.

W obliczu ostatnich wydarzeń w Kościele w Polsce i na świecie, w mojej głowie trwa uporczywa produkcja coraz to nowych wątpliwości. No bo czy nie mogę odejść? Mogę. Czy nie mogę sobie odpuścić? Ależ, dlaczego nie.

Jednak za każdym razem, kiedy jestem bliska trzaśnięcia drzwiami i wylotu na księżyc lub choćby na inny kontynent, zdarza się ONO. Zupełnie niechciane. Idiotyczne często, głupawe. Ni stąd, ni zowąd siada mi bezczelnie na korze mózgowej i prowokuje żmudną autorefleksję. Niechciane i ignorowane – dobre słowo.

 

Oddolna perspektywa

– Takie dobre słowo usłyszałam. Takie miłe, mądre. Od czego więc uciekam? – myślę sobie, kiedy ktoś pozytywnie mnie zaskoczy. Bo rzeczywiście, uciekam. Od nieziemsko irytujących zjawisk, spotkań i gestów. Od sytuacji, których nie potrafię wspominać obojętnie, a które kładą się szerokim cieniem na wszystkim, co zachęca do Boga „przez Kościół katolicki”.

Dochodzę więc do wniosku: nie potrafię myśleć pozytywnie. Nie widzę Kościoła pozytywnie. Nie widzę go od strony Ewangelii, pięknych słów Papieża Franciszka, idei katolickiej nauki społecznej czy nauk doktorów Kościoła. Widzę go na razie od szarych, obskurnych korytarzy, od krzywych spojrzeń i kleistych słów, pełnych pogardy i wyższości.

Okropne doświadczenie Kościoła za nic nie chce mnie opuścić. I chociaż wierzę, że czeka mnie kiedyś wolność, dziś trochę się męczę. Ludzie mówią, że taka męka ma sens. Łatwiej mi uwierzyć im, niż decydować się na pochopne rewolucje. Może więc jestem w Kościele z tchórzostwa? Z niezdecydowania? Z zagubienia?

 

Kilka stromych schodów

Z moich obliczeń wynika, że potrzebuję jeszcze jakiegoś miliona dobrych słów, żeby wyjść na prostą. Sto tysięcy „super, że dzwonisz”, sto tysięcy śmiejących się emotikonów, dwieście pięćdziesiąt „no i co z tego?”. Trzysta „nikt cię stąd nie wyrzuca”, dwieście pięćdziesiąt tysięcy „to normalne, że cię boli”. Przyda się też masa sytuacji, w których za słowami pójdzie czyn. Póki co, jestem w trakcie reorganizacji otoczenia, odcinania negatywnych bodźców (nie mylić z kościelnymi żartami ASZ Dziennika czy filmem „Kler”), wietrzenia przestrzeni, uczenia się nieprzejmowania, że nie pasuję do światopoglądowych wymogów.

To taka duchowo-intelektualna przeprowadzka z piętra „będę żyć tak, jak powinnam” na piętro „po co się tym przejmować?”. Czyli co najmniej kilka poziomów stromych schodów w górę.

 

Farbowanie nadziei

Czy warto przetrwać w Kościele? A skąd ja to mogę wiedzieć! Mogę tylko wierzyć – ludziom, książkom, Ewangelii. Rozumowi własnemu. I mieć nadzieję, że właśnie to jest wierzeniem Bogu. Że nie zostawił mnie w tym wszystkim, że jednak jest. Że ludzka dobroć opisuje Go lepiej niż moja wyobraźnia.

Czy warto przetrwać? Nie wiem. Warto być kochanym. A kiedy człowiek bardzo tego potrzebuje, potrzebuje też nadziei, że kochany jest. Trzymam się jej bardzo mocno, chociaż nieraz mam ochotę wrzucić ją do prania. Zafarbować. Przewiercić. Poskładać na nowo. Zresztą, chyba to właśnie się dzieje.

 

Post Scriptum

Nauczona doświadczeniem, podkreślę: zasadniczym Powodem trwania w Kościele jest dla mnie Bóg. Bóg – wbrew obiegowym opiniom – wybitnie cierpliwy, otwarty i rozumiejący. To trudna dla mnie, bo oparta na wolności myśli i działania relacja. Rzadko ma się z takimi do czynienia. Zaczynam się bać, co się wydarzy, kiedy wreszcie i na całego wrócę już z marnotrawnego kryzysu do Domu 🙂 Wcale się tego nie boję. I to chyba najbardziej w „przetrwaniu” pomaga.

Newsletter
Aleteia codziennie w Twojej skrzynce e-mail