Aleteia.pl - pozytywna strona Internetu w Twojej skrzynce e-mail

Nie możesz nas wesprzeć finansowo?

Możesz to zrobić na 5 innych sposobów:

  1. Módl się za nasz zespół i powodzenie naszej misji
  2. Opowiedz o Aletei w swojej parafii
  3. Udostępniaj nasze treści rodzinie i przyjaciołom
  4. Wyłącz AdBlocka, kiedy do nas zaglądasz
  5. Zapisz się do naszego newslettera i czytaj go codziennie

Dziękujemy!
Zespół Aletei

 

Aleteia

Marek Piekarczyk: Gdy zacząłem grać Jezusa, włożyłem czarną skórę i buty oficerskie

MAREK PIEKARCZYK
Adam Staśkiewicz/EAST NEWS
Udostępnij

Grzechem jest nie uczyć się, nie być ciekawym. Bóg nie po to stworzył ten świat, on nie po to jest tak bogaty, tak kolorowy, byśmy przechodzili obok tego piękna bezmyślnie – mówi Marek Piekarczyk.

Marek Piekarczyk to znany wokalista i autor tekstów, okazjonalnie aktor, osobowość telewizyjna. Przez wiele lat występował w zespole muzyki rockowej TSA następnie został członkiem formacji Balls’ Power. Prowadzi także solową działalność artystyczną. Nam opowiada o tym, jak pielęgnuje swój ogród i gotuje, o aniołach i o tym, jak wystąpił w roli… Jezusa.

 

Katarzyna Szkarpetowska: Marku, powiedziałeś mi, że Twoja doba powinna mieć pięćdziesiąt godzin, a nie dwadzieścia cztery.

Marek Piekarczyk: Mam obecnie bardzo pracowity czas. Nie wiem, co się stało – to chyba kwestia tego, że ciągle wpadają mi do głowy jakieś pomysły. Cały czas myślę o muzyce, o tekstach, piszę, komponuję. Właściwie to chciałbym też kręcić filmy…

 

Marek Piekarczyk: Wierzę, że mam swojego anioła

O czym byłyby to filmy?

O aniołach. Aniołach, które są wśród nas i które cały czas nam towarzyszą. Wierzę w to, że mam swojego anioła – on mi zawsze coś podpowie, czasami w ostatniej chwili. Na przykład pisze za mnie poezję. Ktoś powie: „Co ten Piekarczyk za bzdury opowiada?”, ale naprawdę tak jest. Piszę coś, potem czytam i to jest list od anioła do mnie.

Anioły piszą listy?

Tak, czasami i wtedy trafia taki list w samo serce.

Czujesz ich duchową obecność?

Czuję ich władzę i działanie. Ciągle są jakieś ich znaki. Ale jak ktoś jest ślepy, to nie będzie tych znaków widział. Niektórzy nie widzą nawet kolorów na drzewach. A trzeba być dzieckiem do końca życia i wciąż się światem ciekawić.

Dzieckiem, które jest ciekawe?

Tak, sam Chrystus powiedział, że grzechem jest nie uczyć się, nie być ciekawym. Bóg nie po to stworzył ten świat, on nie po to jest tak bogaty, tak kolorowy, byśmy przechodzili obok tego piękna bezmyślnie. Musimy nasze życie cały czas smakować. Nie możemy niczym pogardzać, na przykład jedzeniem.

Wiem, że tego nie lubisz.

Nie cierpię, jak ktoś zostawia taką mamałygę na talerzu. Sam sporo gotuję, przyrządzam pyszne dania – nie są one mięsne, bo jestem wegetarianinem – to są prawie arcydzieła. Robię to z miłości. Wszystko, co robimy z sercem, jest modlitwą, twórczością. Śmiem twierdzić, że większą poetką jest kucharka, która gotuje z pasją, niż niejeden poeta, który pisze poezję „z automatu”. A znam takich.

 

„Wszystko, co robię, jest dla mnie ważne”

Duży ogród w środku miasta, sadzenie pomidorów, hodowla kalifornijskich dżdżownic, koza Klementyna… Artysta, muzyk rockowy i „takie” zainteresowania?

Grzebanie w ziemi, sadzenie roślin, robienie przetworów z własnych warzyw, które wyhodowałem, karmienie zwierząt, obiady dla rodziny, sprzątanie w kuchni, pranie – to wszystko jest bardzo ważne. Wszystko to jest życiem i ja się do tego życia podłączam. Mieszkam w samym centrum miasta. Mam sto metrów do dworca, sto dwadzieścia do galerii, do nocnego idę w kapciach. Mój ogród ma dwadzieścia pięć arów i wszystko w nim posadziłem sam: jest morwa, śliwka kanadyjska, jagoda kamczacka, malina, jeżyna, poziomki, truskawki, borówka amerykańska. Mój synek, jak przebiegnie przez ogród, to jest najedzony (śmiech). Nie używam substancji chemicznych, nawozów… Mam mnóstwo różnych dziwnych drzew, które kocham. Posadziłem brzozy, klony sosny, miłorzęby, paulownie, jarzębiny, tulipanowce, ambrowiec. To moje miejsce na ziemi, nie lubię stamtąd wyjeżdżać.

To, co robisz, to jest to, co kochasz?

Powiem inaczej: wszystko, co robię, to są dla mnie rzeczy, sprawy najważniejsze. Jeżeli z tobą rozmawiam, to najważniejsza jest dla mnie ta rozmowa, a nie coś innego; jeżeli śpiewam – najważniejsze jest to śpiewanie, jeżeli spędzam czas z żoną i z synkiem – najważniejsze jest bycie z nimi. Liczy się chwila, która trwa.

Ale to wymaga dużego skupienia, zatrzymania się tu i teraz.

Chyba to potrafię. Nauczyła mnie tego moja mama, w dzieciństwie. Pamiętam na przykład, jak musiałem na kolanach skubać „paprochy” z jej ulubionego dywanu, co trwało trzy, czasami cztery godziny (uśmiech).

 

Piekarczyk: Urodziliśmy się moralni. Mamy dobro w sobie

To mama była wymagająca 🙂 Marku, jak nie zgubić wrażliwości w życiu?

Myślę, że najgorsze, co może nam się w życiu przytrafić, to obojętność.

Czasami ludzie uzbrajają się w obojętność, żeby nikt ich nie zranił.

Żeby nie zranił ich świat… Tak, to często forma obrony. Ludzie starają się zobojętnieć – na miłość, na piękno, na sztukę, którą coraz częściej traktuje się jak mydło.

Co to znaczy?

Na przykład muzyka – brzęczy wszędzie: w windach, w domach towarowych. To jest nie do wytrzymania.

Czego potrzeba, żeby pokazać ludziom dobro?

Powiem ci, czego nie potrzeba. Żeby pokazać ludziom dobro, wcale nie trzeba używać słowa „dobro”. Wystarczy nie zgadzać się na kłamstwa i głupoty. Albo śmiać się z absurdów. I ludzie sami zauważą, że coś jest nie tak. Urodziliśmy się moralni. Mamy dobro w sobie. Jak powiedział Kant: „Niebo gwieździste nade mną, a prawo moralne we mnie”.

Marku, czy mi się wydaje, czy Ty masz nieco luzackie podejście do życia?

Trochę tak. Nie wymyślam sobie kłopotów, nie martwię się na zapas. Jeśli stoję w korku i wiem, że spóźnię się na koncert, to nie rwę sobie włosów z głowy. To dzwonię i mówię: spóźnię się. Bo co to da, jeśli się zdenerwuję? Podniesie mi się poziom kortyzolu, dotrę na spotkanie cały w nerwach. A tak przyjadę pół godziny później, ale w dobrym nastroju, z pozytywną energią.

 

Marek Piekarczyk w roli… Jezusa

Miałeś przyjemność zagrać postać Jezusa. No właśnie, czy to była przyjemność?

Wiesz, Jezusa nie da się zagrać ot tak! Przygotowywałem się, czytając Biblię, zapoznałem się z ikonografią… Przygotowywałem się intelektualnie i psychicznie. Ta rola nagle mi pokazała, że mogę robić wszystko, co chcę, bo jestem wolnym człowiekiem.

Wcześniej tego nie wiedziałeś?

Wiedziałem, ale dzięki tej roli odważyłem się na rzeczy, na które wcześniej nie miałem odwagi. Zmieniło się całe moje śpiewanie. Ludzie, którzy nie mają osobowości, potrzebują się za kogoś przebrać – jakieś rogi, jakieś sceniczne gadżety… Muszą używać atrybutów. A ja nie muszę. Wiesz, jakie to jest piękne? To jest ta wolność – że byłem na scenie Jezusem – śpiewałem i szeptem, i krzykiem, i miękkim głosem… i byłem dobry, i wściekły zarazem… Jak grałem heavy metal z TSA, to chodziłem w białych spodniach, koszulce, do tego tenisówki, a jak zacząłem grać Jezusa, to włożyłem czarną skórę i buty oficerskie z cholewką.

Ciekawe, co to ludziom robiło w głowach?

Podobało im się chyba. Staram się nie być dosłownym. To okropne, jak ludzie są tacy adekwatni, zwłaszcza na scenie. Artysta nie może być dosłowny, musi dawać kontrę. Kiedy się wszystko zgadza, nie powstaje nic ciekawego, bo ścieranie się przeciwieństw tworzy nowe wartości.

Dlatego śpiewasz: „Jestem na przekór”?

Ci, co są na przekór, są najważniejsi. Bez nich świat by zgnuśniał bez ich niewygodnych pytań, na które ludzie muszą znaleźć odpowiedzi.

Chciałbyś dogonić czas?

Nic mnie nie interesuje bardziej. Mam nieustanne poczucie przemijania. Mam już 67 lat i nie chcę zostawić po sobie bałaganu, dlatego myślę ciągle o uporządkowaniu różnych moich spraw, relacji… bo w życiu wszystko może się zdarzyć – nagle, bez zapowiedzi. Życie takie jest. Nie potrafimy tego zmienić…

Newsletter
Aleteia codziennie w Twojej skrzynce e-mail