Aleteia.pl - pozytywna strona Internetu w Twojej skrzynce e-mail

Nie możesz nas wesprzeć finansowo?

Możesz to zrobić na 5 innych sposobów:

  1. Módl się za nasz zespół i powodzenie naszej misji
  2. Opowiedz o Aletei w swojej parafii
  3. Udostępniaj nasze treści rodzinie i przyjaciołom
  4. Wyłącz AdBlocka, kiedy do nas zaglądasz
  5. Zapisz się do naszego newslettera i czytaj go codziennie

Dziękujemy!
Zespół Aletei

 

Aleteia

Do wszystkich, którzy z powodu poglądów czują się „wyrzucani” z Kościoła

JOLA SZYMAŃSKA
fot. Anna Nycz
Udostępnij

Kilka podstawowych myśli o tym, dlaczego warto zostawać w Kościele. Szczególnie, kiedy myśli się inaczej niż tzw. „większość”.

Prawak, lewak, a może liberał? Niby w Kościele jest miejsce dla każdego, ale kiedy przychodzi co do czego, jest jakoś ciasno.

Ciężko rozmawiać, ciężko przyznać się do nieoczywistych poglądów. Mało kto zdaje sobie przecież sprawę, na czym polega zdrowo pojęta „lewicowość”. Ja tak to pojmuję: że lewicowiec chce pomóc słabej jednostce, że jest zwolennikiem równości ras i klas.

Rzadko kiedy mówi się o nieoczywistych odcieniach poglądów liberalnych. Bo gdyby się uprzeć, liberalny jest choćby polski konkordat w art. 5, w którym stanowi o „wolności wyznaniowej” (art. 5, choć odnosi się dosłownie do wolności wyznaniowej katolików, jednocześnie w sposób oczywisty zakłada także wolność wyznaniową dla innych Kościołów i związków wyznaniowych).

Mało kto chce pamiętać o względności tych podziałów. Bo czy można być lewakiem gospodarczym (patrz: wsparcie osób chorych i słabszych), liberałem religijnym (patrz: wolność wyznania), tradycjonalistą moralnym i katolikiem jednocześnie? No, można. I nie wymyśliłam sobie tego ja. Podkreślają to specjaliści z zakresu katolickiej nauki społecznej.

 

Proces, relacja, tempo

Mało tego, można mieć poglądy wcale nie całkowicie zbieżne z nauczaniem (np. w kwestiach społecznych) Kościoła. I to na długo po nawróceniu. Nikt w kurii nie wyznacza przecież maksymalnego terminu aktualizacji światopoglądu czy moralności.

Nasze życie to proces. Jeżeli uczciwie budujemy relację z Bogiem, zmieniamy się. Ale każdy inaczej i każdy w swoim tempie.

Wreszcie, nasza wrażliwość społeczna nie jest mierzona teoretycznymi, politologicznymi pojęciami, ale osobistym podejściem i działaniem. Tym, czy jestem otwarta na drugiego człowieka, na pomoc mu (niezależnie od tego, czy jest on niepełnosprawnym, samotną matką, czekającym na uczciwy wyrok oskarżonym, czy uchodźcą), czy mam to gdzieś. Czy w ogóle zagłębiam się w programy polityczne, czy zatrzymuję się tylko na in vitro i aborcji, którymi partie świadomie grają na naszych emocjach.

Co gorsza, nawet tu zdarzy nam się popełniać błędy. Będziemy się mylić. Nawet wtedy, gdy wydaje nam się, że mamy najbardziej stereotypowo „katolickie” poglądy.

 

Sztuczne jednostki

„Mam wrażenie, że od Kościoła oczekuje się, że wyhoduje sztucznie, jeszcze za pomocą prawa państwowego, jednostki perfekcyjne moralnie. To jest utopia, tego się nie da zrobić” – mówi w książce-wywiadzie „Wolność, wiara, Bóg. Rozmowy o chrześcijaństwie” ks. Grzegorz Strzelczyk.

Mam ochotę wyrysować sobie te słowa na ścianie. Nie po to, żeby obniżać własne standardy. Po to, żeby pamiętać o własnych błędach, zanim ocenię kogokolwiek innego. Po to, żeby nie zapominać, że mam prawo czasem się pomylić. Że to nic złego. Ale też po to, żeby nigdy nie zwątpić w to, że mam prawo do własnego światopoglądu. Że, razem z nim, cały czas się zmieniam.

Że Kościół to nie hodowla porcelanowych figurek, ale grupa przeróżnych ludzi o przeróżnej wrażliwości, doświadczeniu i wiedzy.

 

Rasa perfekcyjna nie tylko moralnie

Czasem ciężko w to uwierzyć. Szczególnie, kiedy nie pasuje się do głównego nurtu. Człowiek czuje się wykluczony, niechciany. Ma wrażenie, że robi wszystkim innym wierzącym problem. Stopniowo więc się oddala albo zaczyna żyć wbrew sobie. Daje sobie wmówić przykładowo, że Bóg chce w Kościele wyłącznie heteroseksualnych tradycjonalistów o niezłomnej moralności i jedynych właściwych poglądach społeczno-politycznych. Może jeszcze niech będą wyłącznie wysocy, biali, o niebieskich oczach… Do czego nas to prowadzi?

Chyba nie do wspólnoty ludzi, którzy opierają swoje życie na relacji z Chrystusem i bardziej lub mniej pokracznie starają się Go naśladować?

Wierzę, że Kościół nie jest klubem światopoglądowej i moralnej elity. Choć w Nim samym są takie kluby. Czasem ciężko nie czuć się „wywalonym” z Niego przez różnych „prymusów”, ale wtedy warto im samym wybaczyć „niewłaściwe poglądy” – co do pluralizmu w Kościele i Bożej otwartości na każdego z nas.

 

Lewicowiec, liberał i święty oburz

Wierzę, że w Kościele jest miejsce dla największego grzesznika, najgorszego dziwaka i najbardziej szalonego lewicowego aktywisty. Dla liberała. Nawet dla mnie. Że nie ma żadnych platynowych kart członkowskich.

I kiedy po raz kolejny słyszę o tym, jakim jestem zagrożeniem duchowym i złym wpływem, jak kogoś oburza, że ośmielam się powiedzieć, że jestem katoliczką – mimo że myślę inaczej niż on, jak nie dorastam do niczego, niczego nie wiem i jak na nic nie zasługuję, kiedy to wszystko słyszę, coraz mocniej rośnie we mnie przekonanie, że chcę w Kościele zostać.

Zbyt jest On dla mnie ważny, żebym uciekała, kiedy ktoś spłaszcza Go do wykrzywionej ludzkimi lękami ideologii.

Newsletter
Aleteia codziennie w Twojej skrzynce e-mail