Aleteia.pl - pozytywna strona Internetu w Twojej skrzynce e-mail

Nie możesz nas wesprzeć finansowo?

Możesz to zrobić na 5 innych sposobów:

  1. Módl się za nasz zespół i powodzenie naszej misji
  2. Opowiedz o Aletei w swojej parafii
  3. Udostępniaj nasze treści rodzinie i przyjaciołom
  4. Wyłącz AdBlocka, kiedy do nas zaglądasz
  5. Zapisz się do naszego newslettera i czytaj go codziennie

Dziękujemy!
Zespół Aletei

 

Aleteia

Czy chrześcijaństwo to tylko dawanie siebie? A co ze mną?

EGOIZM CHRZEŚCIJAŃSKI
Andrii Podilnyk/Unsplash | CC0
Udostępnij

Zadbane serce i zadbana dusza same chętnie się ofiarowują. Nie muszę się zmuszać, ani krytykować. Poznaję siebie, dbam o siebie, nie odmawiam sobie troski i opieki, tylko w taki sposób jestem w stanie być dla innych z radością i serdecznością.

Uczynki miłosierdzia względem ciała, a także względem duszy są piękną drogą chrześcijańskiego wzrastania, a także dobrego życia w społeczeństwie. Wzajemna troska jest przecież oczywista nie tylko dla chrześcijan. Mamie pomóc, gdy prosi o pomoc, starszej pani z zakupami, dziadka podwieźć do sklepu, odwiedzić przyjaciela w szpitalu…

O dobrych uczynkach dowiadujemy się z już w pierwszych latach życia. Spoglądać można na Matkę Teresę z Kalkuty, Jana Pawła II, Alberta Chmielowskiego i wielu innych świętych, których życie pełne było bezinteresownych uczynków. Ofiarowywali siebie innym, oddając swój czas, rzeczy, modlitwy, swoje ręce, nogi, serce… Czy jednak chrześcijanin to człowiek, który musi rozrywać się na kawałki, aby uczynić innych życie lepszym?

 

Czy chrześcijaństwo to tylko dawanie?

Odnoszę wrażenie, że dla niektórych chrześcijaństwo właśnie na tym polega. Wymagać od siebie, nawet gdy inni nie wymagają, zaprzeć się siebie, do czego zachęcał Jezus Chrystus. Wiara bez uczynków jest przecież martwa. Działanie i samoofiarowanie się leży w ramach dobrego chrześcijańskiego życia. A już na pewno w przypadku kobiet, które z natury potrafią się poświęcać innym, więc przychodzi im to niesamowicie łatwo.

Gdy wkroczy się jednak na drogę psychologii, okazuje się, że nie trzeba robić tylko dla innych, a można także dla siebie. Psychologowie często przypominają, żeby zadbać również o siebie, poświęcić czas samemu sobie. Poznać, polubić i pokochać siebie. To pierwszy krok do szczęścia.

Tutaj zaczęło mi się coś ze sobą nie zgadzać. Okazuje się, że nie tylko mi, ale wielu innym ludziom, którzy wkraczają na drogę życia chrześcijańskiego oraz korzystają z psychologii. Pojawia się sporo pytań:

Po co więc poznawać siebie, jeżeli sam Chrystus nawoływał do tego, aby zaprzeć się samego siebie i pójść za Nim? Być roztropnym zarządcą, aby później wszystko oddać ubogim? Posiadać, żeby się tego wyzbyć? Poznawanie siebie wydaje się być egoistyczne, egocentryczne, niechrześcijańskie. Troszczyć się należy o biednego, schorowanego, cierpiącego…

A co, jeżeli tym biednym, poszkodowanym i cierpiącym jestem ja sam?

 

A co ze mną?

Nauczono mnie, jak pomagać innym, a nikt nie nauczył mnie, jak pomóc samej sobie. Po ludzku tego nie potrafiłam. Pomiędzy naukami psychologicznymi a mądrością Kościoła czułam się zagubiona. Postanowiłam więc zapytać przyjaciela mnicha o radę.

„Spokojnie, wszystko w swoim czasie”- odpowiedział mi.

Zatrzymałam się nad tą odpowiedzią. Wszystko ma swój czas, pisał o tym także Kohelet. Jest czas rodzenia, czas umierania, czas płaczu i czas śmiechu… Najwyraźniej jest czas dbania o siebie i czas oddawania siebie innym. Jak bowiem można zaprzeć się samego siebie, jeżeli siebie się nie zna?

Wprowadziło to mnóstwo pokoju do mojego życia, które wypełnione było obwinianiem siebie za brak chęci do pomocy, złości, gdy znowu trzeba poświęcić się komuś innemu, a fizycznie nie miałam już sił i czasu. Chciałam od razu być matką Teresą z Kalkuty, a nie do końca umiałam być sobą. Nie znałam swoich pragnień oraz potrzeb, nie sądziłam, że to w ogóle jest istotne. Nacisk kładziony na bliźniego, skutecznie odwrócił uwagę od samej siebie.

W moje ręce dostała się również książka św. Bernarda z Clairvaux, który jako średniowieczny mnich zajmował się dokładnie tym tematem: „Nikt bowiem nie może być zbawiony bez poznania samego siebie (…) nikt powtarzam nie dostępuje zbawienia bez tej wiedzy”- czytałam u francuskiego świętego i po raz kolejny nie dowierzałam. Czyżby nawet średniowieczni mnisi dbali o siebie, tak jak ja nie umiałam?

Wiele słyszałam ze strony Kościoła nakazów i zakazów, a tak mało o relacji z Bogiem, co przecież jest podstawą chrześcijaństwa. Chociaż uczciwie się przyznając, ja sama miałam obraz chrześcijaństwa jako strażnika moralności, pilnującego co można, a czego nie można, aby być w niebie. Okazuje się jednak, że kolejność jest odwrotna.

Wszystkie dobre uczynki to jedynie efekt mojej relacji z Bogiem. Jeżeli pragnę być blisko Niego, a także każdego innego człowieka, muszę wiedzieć, kim jestem i co ja jestem. To właśnie w sobie mogę znaleźć Boga, nie tylko na niedzielnej Eucharystii, lekcji religii, przestworzach oceanu, na górskich szczytach. Boga odnajduję patrząc w swoje serce, gdyż Jemu spodobało się właśnie tam zamieszkać.

 

Psychologia a religia

Korzystając z bogactwa psychologii, mogłam zająć się emocjonalną i psychiczną częścią człowieka. Bez zadbania o te dwie sfery życia nie ma mowy o życiu duchowym. Psychologia i religia, które są stawiane przeciwko sobie, tak naprawdę wspaniale się dopełniają. Obie te dziedziny pomagają dbać o siebie i troszczyć się o samą siebie, otwierając drogi, które wcześniej były zamknięte.

Kiedyś miałam wrażenie, że jeżeli będę podążać za moim wewnętrznym głosem, to na pewno będzie źle. Jednak, dlaczego miałoby być źle, skoro w moim wnętrzu mieszka Bóg? Dlatego decydowałam się częściej mówić „nie”, częściej wsłuchiwać w siebie, w swoje potrzeby i pragnienia. Nie oddaję się całkowicie drugiemu człowiekowi, a skupiam na sobie.

Nie jest to łatwe, gdyż często dopadają mnie wyrzuty sumienia, poczucie winy, że za mało jestem dla innych. Trwanie przy sobie, bycie sobą i godzenie się na ograniczoną ilość czasu i ograniczoność moich możliwości jest ogromnie wyzwalające, jednak bywa bolesne. Miłość to nie tylko radość, a także cierpienie. Jak mówił św. Jan od Krzyża, pod koniec życia będziecie sądzeni z miłości. A jeżeli zostanę zapytana, czy kochałam samą siebie? Wybaczyłam samej sobie? Byłaś dla siebie cierpliwa i łagodna?

Zadbane serce i zadbana dusza same chętnie się ofiarowują. Nie muszę się zmuszać, ani krytykować. Poznaję siebie, dbam o siebie, nie odmawiam sobie troski i opieki, tylko w taki sposób jestem w stanie być dla innych z radością i serdecznością.

Newsletter
Aleteia codziennie w Twojej skrzynce e-mail