Aleteia.pl - pozytywna strona Internetu w Twojej skrzynce e-mail

Nie możesz nas wesprzeć finansowo?

Możesz to zrobić na 5 innych sposobów:

  1. Módl się za nasz zespół i powodzenie naszej misji
  2. Opowiedz o Aletei w swojej parafii
  3. Udostępniaj nasze treści rodzinie i przyjaciołom
  4. Wyłącz AdBlocka, kiedy do nas zaglądasz
  5. Zapisz się do naszego newslettera i czytaj go codziennie

Dziękujemy!
Zespół Aletei

 

Aleteia

„Cały czas mieliśmy nadzieję na cud. Ale jej śmierć przyjęliśmy ze spokojem”. Historia małej Justynki

ŚMIERĆ CÓRKI
Shutterstock
Udostępnij

Bardzo bałem się, że mam sam zanieść trumnę na cmentarz. A z perspektywy czasu myślę, że była to jedna z najpiękniejszych chwil mojego życia.

Gosia Michałek: Z Wojtkiem pobraliśmy się w 2001 roku. Pięć lat czekaliśmy na upragnione dzieciątko. Kiedy na teście ciążowym zobaczyłam dwie kreski, z radości przepłakałam cały dzień. Czułam się świetnie, więc na połówkowe USG jechaliśmy z zupełnym spokojem.

 

Widziałam tylko jej stópkę…

Wojtek Michałek: Kiedy lekarz przyłożył głowicę do brzucha, zrobił dziwną minę i zawołał: „z czym żeście tutaj przyszli!”. Pierwszy raz w życiu zrobiło mi się tak słabo, że nie umiałem ustać na nogach. Sto razy gorzej przeżyłem chwilę, kiedy dowiedziałem się, że Justynka jest chora, niż moment jej śmierci. Dla mnie wtedy, w tym gabinecie, to było jak śmierć…

G.: Okazało się, że córeczka cierpi na wodobrzusze – w jej brzuszku zbiera się płyn, przez który inne narządy nie mogą się rozwijać. Lekarze nie wiedzieli, co robić – żaden nie miał wcześniej do czynienia z taką sytuacją. Gdzieś między wierszami sugerowano nam aborcję, ale ja wiedziałam, że jeśli moje dziecko ma odejść, to zdecyduje o tym Bóg, a nie lekarze.

Po trzech tygodniach przewieziono mnie na echo serca do innej kliniki. I tam zdarzył się cud – pani doktor jako pierwsza powiedziała, że spotkała się już z takim przypadkiem i może spróbować nam pomóc. Przyjęła mnie do siebie na oddział, tam lekarze zdecydowali się na odbarczanie – mieli wkłuć się do brzuszka małej i strzykawką odciągnąć płyn. Zabieg zaplanowano na Wielki Czwartek 2007 roku. Już wtedy czułam mocno Bożą obecność, wiedziałam, że Pan Bóg jest z nami.

Na sali panował ogromny pokój, cały personel był bardzo życzliwy – każdemu życzę takich lekarzy. Odciągnięto pół szklanki płynu, wszystko poszło jak z płatka. W piątek miałam pójść do domu na święta, a po nich wrócić na kolejne odbarczanie. I kiedy już byłam gotowa do wyjścia, poczułam, jak odchodzą mi wody…

Nagle zniknął cały spokój, wszyscy biegali nerwowo. Wieczorem okazało się, że akcji porodowej nie udało się zatrzymać. Przewieziono mnie na blok, podano leki. Musiałam zasnąć, bo nagle poczułam, jak pielęgniarka klepie mnie po policzku i mówi, że dzieciątko jest już na świecie. Nie pokazali mi jej, od razu wzięli ją za szklane drzwi i zaczęli reanimować. Widziałam tylko jej stópkę… Potem wróciłam na salę. Nie umiałam spać, czułam, jakby ktoś wyrwał ze mnie życie. Leżałam, nie mogłam się ruszyć, a nie miałam pojęcia, co dzieje się z moim dzieckiem…

 

Czuliśmy, że całe niebo jest przy nas…

W.: Kiedy przyjechałem do szpitala, okazało się, że dziś jeszcze Gosia będzie miała robioną cesarkę. Zabrali ją na sale operacyjną, a ja czekałem pod drzwiami. Powiedziano mi, że jest źle, że mała może tego nie przeżyć, ale urodziła się i chciała walczyć o życie. Po godzinie nadbiegła pielęgniarka z pytaniem, czy zgadzamy się na chrzest. Córeczka została ochrzczona jako Justyna Edyta.

Po pewnym czasie pozwolono mi do niej wejść. W buzi miała rurkę z respiratora, wszędzie były kable i aparaty. Ale była śliczna… Lekarze powiedzieli, że jej stan się ustabilizował i kazali wyjść ze szpitala, więc noc spędziłem w samochodzie. Koło 7:00 wróciłem przywitać się z żoną i od razu poszedłem do córeczki. Ale spotkana na korytarzu pielęgniarka powiedziała mi, że za późno, że Justynka przed godziną zmarła. Wszedłem do tej samej sali, w której rozstałem się z nią w nocy. Wyglądała ślicznie, bez całej tej aparatury – jakby po prostu spała, z półuśmiechem na twarzy. Była taka piękna… Potem poszedłem na dół, powiedzieć Gosi…

G.: Nie musiał nic mówić – wystarczyło, że spojrzałam na jego twarz. Kiedy na górze walczyli o życie mojego dziecka, ja nie umiałam spać. Zdrzemnęłam się, kiedy już świtało. W pewnej chwili poczułam, jak ktoś delikatnie klepie mnie w ramię. Pewnie pielęgniarka – pomyślałam i spróbowałam usiąść, ale nikogo przy mnie nie było. Spojrzałam na telefon – była 5:50. A potem Wojtek powiedział mi, że Justynka odeszła właśnie o 5:50… Kiedy już wiedzieliśmy, że nasza córeczka nie żyje… trudno to opisać. Z jednej strony ogromna tragedia, a z drugiej mieliśmy poczucie, że całe niebo jest przy nas. Mieliśmy w sercu pokój – pewność, że ona jest już w niebie, jest szczęśliwa, bez bólu…

 

Pokazałem ją całemu światu, cieszyłem się tą chwilą…

G.: Wiedziałam, że muszę ją zobaczyć. Lekarze odradzali, straszyli traumą, ale ja wiedziałam swoje – muszę zobaczyć swoje dziecko. I udało się, widziałam ją tuż przed zamknięciem trumny. Leżała w tej bielutkiej sukieneczce, śliczna jak aniołek. A potem przywieźliśmy ją do rodzinnego Pszowa. Najtrudniejsza chwila? Kiedy musiałam ją zostawić w kaplicy pogrzebowej. Bo jak to – moja córeczka ma zostać tam sama na noc? Tak bardzo chciałam zostać z nią…

A potem był pogrzeb, piękny, uroczysty pogrzeb. Koło trumny płonął paschał i cały czas myślałam o zmartwychwstaniu. Nasza parafia to Sanktuarium Matki Boskiej Uśmiechniętej, Maryja uśmiechała się z obrazu, a ja wiedziałam, że Ona się nią zajmie najlepiej i byłam zupełnie spokojna. Potem Wojtek wziął tę białą trumienkę na ręce, jakby trzymał dziecko w beciku do chrztu. Kiedy stanął na progu kościoła, zza chmury wyszło słońce. Wyglądało, jakby ją samemu niebu oddawał…

W.: Bardzo bałem się, że mam sam zanieść trumnę na cmentarz. A z perspektywy czasu myślę, że była to jedna z najpiękniejszych chwil mojego życia. Mieliśmy wyjść bocznym wejściem, ale kościelny otworzył na oścież główne drzwi. Ze schodów naszego kościoła widać całe miasto, góry, a nawet Czechy. Więc pokazałem ją całemu światu, szedłem jak dumny ojciec, cieszyłem się tą chwilą. Przytulałem się do niej, mówiłem: czekaj tam na mnie w niebie. Mógłbym z nią iść i iść. Pokazywałem jej, gdzie mieszkamy, to była taka intymna rozmowa… I śpiewałem jej „Psalm mojej nadziei” Rubika:

„Ponad kasztany
I umieranie
Kiedy konieczność
Moja nadzieja
Że śmierć jest krokiem
W światło i wieczność”.

 

Wnuczka wskakuje dziadkowi na kolanka…

G.: Gdy Wojtek miał trzy lata, jego tata zginął na kopalni. Zdecydowaliśmy, że Justynkę pochowamy w jego grobie. Odsunięto płytę, a grabarz, który jest naszym sąsiadem, wziął trumienkę i bardzo delikatnie włożył ją do grobu, jakby kładł dziecko do łóżeczka… A ja pomyślałam, że wnuczka wskakuje dziadkowi na kolanka…

W.: Cały czas mieliśmy nadzieję na cud. Akurat wtedy było głośno o matce, która w ciąży wymodliła u Jana Pawła II uzdrowienie dziecka i mieliśmy nadzieję, że u nas będzie tak samo. Ale jej śmierć przyjęliśmy ze spokojem. Pomogła nam wiara – przeżyliśmy to dzięki Bogu, z przekonaniem, że to tylko przejście, że się jeszcze spotkamy.

Często proszę Justynkę o pomoc, o wstawiennictwo. I wiem, że nam pomaga – od chwili jej śmierci dużo dobrego wydarzyło się w naszym życiu. Dwa lata po odejściu Justynki na świat przyszła Dorotka, po kolejnych dwóch – Karolinka. Rosną na fantastyczne kobiety. Modlimy się we Wspólnocie Jezusa Miłosiernego, mamy swoje miejsce w Kościele. Wiem, że ona nam to wszystko wyprasza. Taka nasza mała święta…

Newsletter
Aleteia codziennie w Twojej skrzynce e-mail