Aleteia.pl - pozytywna strona Internetu w Twojej skrzynce e-mail

Nie możesz nas wesprzeć finansowo?

Możesz to zrobić na 5 innych sposobów:

  1. Módl się za nasz zespół i powodzenie naszej misji
  2. Opowiedz o Aletei w swojej parafii
  3. Udostępniaj nasze treści rodzinie i przyjaciołom
  4. Wyłącz AdBlocka, kiedy do nas zaglądasz
  5. Zapisz się do naszego newslettera i czytaj go codziennie

Dziękujemy!
Zespół Aletei

 

Aleteia

Otyłość – problem ciała czy cierpienie serca?

OTYŁOŚĆ
i yunmai/Unsplash | CC0
Udostępnij

Każda dieta, a było ich sporo, najczęściej katorżniczych, niskokalorycznych, z gwarantowanym efektem jojo, była moim własnym prawym sierpowym, wymierzonym w zbyt obfite uda, falujących brzuch czy zbyt pełne biodra.

„Pogoniła” już 40 kg

„Otyłość to nie jest kwestia ciała, to jest kwestia nieukochanego serca” – trafiam na te słowa zupełnie przypadkiem, robiąc codzienną rundę po Instagramie. To instastory Qczaja, znanego fit-motywatora Polek, który zaraża dziewczyny, niezależnie od rozmiaru, odwagą do walki o siebie.

Następnego dnia oglądam jego program w Dzień Dobry TVN. Niby-trening. Poskacze, pokuca, powygina śmiało ciało, mówiąc przy tym, że i ty tak możesz. Do tego odcinka zaprosił jednak dziewczynę, która waży… 100 kg, i do tego stawia ją za przykład!

Anita jeszcze niedawno ważyła 140 kg, i – jak mówi Qczaj – „pogoniła już 40!”. Scenariusz był klasyczny – dużo stresu, brak czasu na regularne i przemyślane posiłki, nadrabianie jedzenia wieczorami. I ostatecznie nadwaga.

Kto choć raz nosił na sobie za dużo, ten wie, jak trudno wykrzesać z siebie energię do zmiany. I jak ważne jest to, by się w takim stanie nie odrzucić i nie spisać na straty.

„Nie poddajesz się i dalej się nie poddasz. Jestem z ciebie dumny! Walczymy dalej!” – Anita nie powiedziała jeszcze ostatniego słowa, ćwiczy nadal i zamierza „pogonić” kolejne kilogramy. Bo zmiana zaczyna się nie od diety, która często jest dodatkowym stresem, a od dania samej sobie wsparcia i dobrej motywacji, choćby z ust internetowego trenera.

 

Ciało to nie wszystko

Choć wielkiej nadwagi nigdy nie miałam, pamiętam, kiedy moje ciało zmieniło się tak bardzo, że patrząc w lustro nie byłam pewna, czy widzę w nim siebie. W chwilę z dziewczyny noszącej rozmiar 36 stałam się dziewczyną w rozmiarze 42.

Winowajczynią okazała się niedoczynność tarczycy i wszystko to, co przyniosła w pakiecie: ospały metabolizm, napuchnięte od nadmiaru wody ciało, chroniczne zmęczenie, obniżony nastrój, i cała masa (!) innych, mało przyjemnych objawów.

W takim stanie wcale nie chciało mi się o siebie walczyć. Chciało mi się za to siebie samej nie lubić. Nie w takich kształtach, nie z chronicznym bólem głowy, nie z jakąkolwiek chorobą. Każda dieta, a było ich sporo, najczęściej katorżniczych, niskokalorycznych, z gwarantowanym efektem jojo, była moim własnym prawym sierpowym, wymierzonym w zbyt obfite uda, falujących brzuch czy zbyt pełne biodra. Była autoagresją. Chorym sercem, które nie potrafi zaakceptować i przyjąć zmian w swoim ciele.

 

Siła do zmiany

Nie napiszę o żadnej mojej wewnętrznej, równie nagłej jak pojawiające się nadmiarowe kilogramy, rewolucji, bo jej po prostu nie było. Było (i jest) za to co innego. Stopniowe, powolne, mało spektakularne, za to trwałe w efektach, zbliżanie się do siebie samej.

Usłyszenie i doświadczenie siebie potrzebującej przyjęcia, informacji o tym, że mogę być taka, jaką jestem teraz, i że to nie obniża mojej wartości, to coś, co dla mnie okazało się niezbędne. Dopiero w momencie, gdy sama dałam sobie takie wsparcie, zaczęłam chcieć zmiany, która nie była agresywna i warunkowa (dopóki nie schudniesz, nie jesteś warta niczego dobrego). Była (jest) za to troską o siebie, swoje zdrowie, dobre samopoczucie. A przede wszystkim – świadomością, że jestem czymś więcej niż tylko moje ciało, o które po prostu mogę z czułością dbać.

Po kilku latach od skoku z 36 na 42 nadal nie mam swojej idealnej figury. Schudłam, ale nie do stanu sprzed. Zaczęłam ćwiczyć w taki sposób, który jest dobry dla mnie („niedoczynne” nie powinny katować się zbyt intensywnym wysiłkiem fizycznym, bo to zwiększa tylko stan zapalny w organizmie i zamiast chudnąć, tyjemy), i zwracać uwagę na to, co i kiedy jem. Tyle mi póki co wystarczy.

Qczaj jest znany nie tylko z fit-motywacji i góralskiego „ukochoj się!”, ale także z tego, że głośno i wyraźnie sprzeciwia się przemocy wobec kobiet. A gdyby tak wreszcie skończyć też z przemocą wobec siebie samej? Z oceniającym spojrzeniem, z wyrzutami wobec siebie niedoskonałej? Gdyby tak samej sobie dać siłę i być swoim najwytrwalszym kibicem na drodze do zmiany? Czuję, że warto.

Newsletter
Aleteia codziennie w Twojej skrzynce e-mail