Aleteia.pl - pozytywna strona Internetu w Twojej skrzynce e-mail

Nie możesz nas wesprzeć finansowo?

Możesz to zrobić na 5 innych sposobów:

  1. Módl się za nasz zespół i powodzenie naszej misji
  2. Opowiedz o Aletei w swojej parafii
  3. Udostępniaj nasze treści rodzinie i przyjaciołom
  4. Wyłącz AdBlocka, kiedy do nas zaglądasz
  5. Zapisz się do naszego newslettera i czytaj go codziennie

Dziękujemy!
Zespół Aletei

 

Aleteia

Jak zareagować, kiedy spowiednik na mnie krzyczy? O przemocy w konfesjonale

KSIĄDZ W KONFESJONALE
Shutterstock
Udostępnij

„Przemoc trzeba zawsze zwalczać. Ona nie ma nic wspólnego z Ewangelią” - mówi o. Jarosław Naliwajko, pedagog i psychoterapeuta. Ale co, jeśli doświadczamy jej w Kościele?

Jola Szymańska: „Przewaga wykorzystywana w celu narzucenia komuś swojej woli, wymuszenia czegoś na kimś”. Taką definicję przemocy podaje słownik. Zgadza się z nią Ojciec?

O. Jarosław Naliwajko SJ*: Tych definicji jest bardzo dużo, zależnie od kontekstu przemocy czy rodzaju agresora.

Która pasuje najbardziej do przemocy w Kościele?

Mnie najbardziej odpowiada prezentowana przez Niebieską linię – Ogólnopolskie Pogotowie dla ofiar Przemocy w Rodzinie. Może też dlatego, że Kościół chce być i jest jakąś formą rodziny. Albo lubi tak o sobie myśleć i mówić. Zgodnie z nią przemoc to „intencjonalne działanie lub zaniechanie jednej osoby wobec drugiej, które wykorzystując przewagę sił narusza prawa i dobra osobiste jednostki, powodując cierpienia i szkody”.

Pewna kobieta opowiedziała mi ostatnio, że usłyszała w konfesjonale wyzwiska i wulgaryzmy, bo całowała się z chłopakiem. Miała wtedy 13 lat.

W dzisiejszym nastawieniu oraz wrażliwości można by powiedzieć tu o pewnym ataku na sferę seksualną. Ksiądz przekroczył zasady kultury, z pewnością, ale też pozwolił sobie na coś w rodzaju nadużycia, bo połączył agresję werbalną z delikatną, emocjonalną stroną pocałunku. Do tego w stosunku do dziecka.

Mógł zapytać, czy chodzi o pocałunek „niewinny”, czy kryły się za nim dalsze, grzeszne działania. Ale powinien wiedzieć, jaki to dla dziecka może być stres, opowiadać o całowaniu się z chłopakiem. Ksiądz  musi być zawsze baczny, delikatny i raczej mniej się interesować niż więcej. Dlatego faktycznie, jeżeli było tak, jak Pani mówi, to była to przemoc. To się w głowie nie mieści w sumie i absolutnie nie powinno mieć miejsca. Ale jest możliwe.

A bywa przecież jeszcze gorzej.

Zdarzają się nadużycia seksualne związane z sakramentem pojednania, wykorzystywanie związanej z tym władzy, rozwijające się w ten sposób związki… To okrutne. Nikt nie badał, jak często się to zdarza, ale czasami jest możliwe. Zresztą, wskazuje na to pewna obligacja kanoniczna. Otóż ksiądz nie ma prawa rozgrzeszać wspólnika grzechu przeciwko szóstemu przykazaniu. Jeśli by próbował to czynić, wtedy sam zaciąga karę, z której może go zwolnić tylko papież.

Nadużywanie sakramentu pokuty do tego, aby uwieść penitentkę lub penitenta nie jest oczywiście masowym przestępstwem. Jest bardzo, bardzo rzadkie, ale skoro wspomniany kanon powstał, to seksualne nadużycia widać miały miejsce. I mogą mieć miejsce. Albowiem gdzie jest człowiek, tam wszystkiego możemy się spodziewać – to taka stara prawda, która dotyczy zarówno księży, jak i wszystkich innych, którzy towarzyszą ludziom w ich życiu.

Sytuacja częstsza: spowiadam się. Ksiądz podnosi na mnie głos. Wychodzić czy nie wychodzić z konfesjonału?

To zależy. Można wysłuchać, skomentować sytuację – o ile potrafimy w stresie podjąć rozmowę z kimś, kto na nas krzyczy i ma w jakimś sensie przewagę. Bo spowiedź polega na poddaniu się ocenie drugiego człowieka, a jeśli nie ocenie, bo to może razić współczesnego czytelnika, to na poddaniu się możliwości obserwowania przez spowiednika wycinka naszego życia, którego zasadniczo się wstydzimy, z którego nie jesteśmy dumni.

Jeżeli pozwolimy sobie na komentarz, sytuacja może się skończyć jeszcze gorzej. Chociaż nie przekreślałbym automatycznie spowiedników.

Można też – i sam taki wybór polecam – odejść i iść do innego księdza. I tam na spokojnie wytłumaczyć sprawę. Wtedy zazwyczaj nastąpi rodzaj wyleczenia całej sytuacji. Sam papież Franciszek powiedział, że „spowiedź nie powinna być salą tortur”.

A może to prawda, a nie tortura?

Nawet trudne słowa można przekazać w sposób kulturalny. Choć może być i taka sytuacja, że każdy rodzaj komentarza może być odbierany jak inwazyjny ze strony penitenta. On może być w takim stanie, po prostu.

Zdarza się, że takie doświadczenia, o których mówiłem wyżej, prowadzą do rezygnacji ze spowiedzi przez wiele lat. Choć czasem, o dziwo, dzieje się wręcz przeciwnie. Ostatnio czytałem wywiad z muzykiem rockowym, który poszedł do spowiedzi po wielu latach i dostał jakąś okrutną burę od księdza – chyba takich słów użył w tym wywiadzie, po czym stwierdził: „bardzo dobrze. Uświadomiłem sobie, kim jestem”.

Ale nie jest to żadne usprawiedliwienie dla agresji. Oby nigdy się nie zdarzyło nikomu być wulgarnym, nawet w najmniejszym stopniu. Wulgarnym w sensie prostackim. Nie za bardzo wyobrażam sobie, że jakiś spowiednik może przeklinać w konfesjonale. Ja o takim przypadku nie słyszałem.

Wie Pani, początki są zawsze dobre. Myślę tu o tym, jak „produkuje się” księdza. W seminarium na zajęciach ze spowiednictwa mieliśmy pozorowaną spowiedź. Ksiądz profesor był penitentem, my wcielaliśmy się w rolę spowiednika. Uczył nas, żeby niczemu się nie dziwić, bo człowiek może przyjść ze wszystkim –  tak, jak mówiłem wyżej. Że miłosierdzie Boże pomieści wszystko i dla każdego ma łaskę pojednania, jeżeli tylko są spełnione warunki, o których mówi teologia.

Mamy badać życie i okoliczności grzechu w sposób kulturalny, delikatny, pamiętając o szacunku i o tym, że nie znamy życia penitenta, dopóki on sam nie przedstawi nam swojego punktu widzenia. 

Skąd więc tyle poranionych osób?

To temat – ocean. Najprościej: wszyscy potrzebują nawrócenia. Niestety, nie każdy ksiądz powinien spowiadać. Szczególnie jeżeli nie ma podstawowych kompetencji osobowych, ma trudności emocjonalne, jest przemęczony, zapracowany, akurat przeżywa coś tragicznego – choć wtedy może mieć lepszy poziom empatii. Z drugiej strony, ktoś, kto w ogóle nie posiada tych tajemniczych kompetencji osobowych, pewnie nie jest wyznaczany do spowiadania. 

Musimy też pamiętać, że spowiedź to praktyka, która wydaje się dziś być „ze skansenu”. Czasem wręcz nazywana jest przemocową, ale w kategoriach tej szajby ogólnowyzwoleńczej, która jest obecna we współczesności. Natomiast spowiedź jest trudna albo nawet bardzo trudna, bo kłóci się z naszym obrazem nas samych. Zawsze pewnie chcemy myśleć o sobie lepiej niż gorzej. Tak chyba mamy skonstruowaną psychikę. Albo inaczej o dojrzałych ludziach mówi się, że potrafią stawać w prawdzie. Podziwiamy takie osoby i sami dążymy do takiego stanu.

 

Krzywda a tajemnica spowiedzi

Niestety, reklamacji jako penitenci nie mamy.

Reklamacja polega na tym, że ktoś przestaje chodzić do spowiedzi. Po prostu reklamuje u Boga. To pierwsze rozwiązanie, którego Kościół nie poleca. O drugim mówiłem wyżej. Znaleźć mądrego księdza. Zresztą, z księdzem jak z lekarzem – trzeba wiedzieć, do którego iść. 

Sakrament spowiedzi jest objęty całkowitą tajemnicą. Nawet jeżeli ktoś zgłosi brak kultury księdza w konfesjonale do kompetentnej władzy kościelnej, nikt nie będzie mógł zareagować, bo to tajemnica spowiedzi. Jedynie przy różnych okazjach – na spotkaniach formacyjnych, publikacjach, świadectwach, w życiorysach świętych spowiedników przypomina się o zasadach dobrej spowiedzi. 

Tylko sam spowiednik może dojść do wniosku, że nie powinien spowiadać? To kwestia jego dobrej woli?

Ksiądz może poprosić władze kościelne o zwolnienie ze spowiadania, bo się denerwuje. O ile jest tego świadomy. Powinien też przewidywać swoje zmęczenie, znać swoją odporność, wyspać się, a jeżeli trzeba – poprosić o zastępstwo. Można mu to oczywiście zasugerować. W Kościele zawsze jest jakiś przełożony nad kimś. On powinien o to zadbać.

W oskarżeniach o przemoc fizyczną, nadużycie seksualne czy inne przekroczenia podczas samej spowiedzi problem polega jednak na tym, że ksiądz nie może nawet przyznać, czy dana osoba się u niego spowiadała czy nie. Kodeks Prawa Kanonicznego mówi, że „nie wolno spowiednikowi słowami lub w jakikolwiek inny sposób i dla jakiejkolwiek przyczyny w czymkolwiek zdradzić penitenta” (zob. kan. 983 § 1).

 

Przyjmowanie krzyża a zgoda na bycie ofiarą

Nasze subiektywne poczucie krzywdy, przykrości, poniżenia jest dobrym kryterium w ocenie sytuacji jako „przemocowej”?

Tak. Bo jeżeli ktoś bierze się za głoszenie Ewangelii, nie może niszczyć słuchacza, napadać na niego, wyśmiewać się z jego życia.

Wszystko można powiedzieć, jak mówił ks. Tischner jeśli dobrze pamiętam z wykładów, hermeneutyką od dołu albo od góry. Czyli można starać się mówić o trudnych rzeczach tak, żeby jednocześnie próbować zrozumieć drugą osobę. Albo tak, żeby ją pognębić – łudząc się, że za pomocą wzbudzonego strachu kogokolwiek do czegokolwiek przekonamy.

A czy nie jest tak, że źle interpretowane wychowanie katolickie, niewłaściwe rozumienie pokory i przyjmowania krzyża wychowuje pewien rodzaj osobowości do zgody na bycie ofiarą?

Może tak być. Gdyby jednak tak było, to Kościołowi taka „produkcja ofiary” się nie udaje. Przecież Kościół istnieje i nie upada, a gdyby produkował ofiary, to kto chciałby nimi non stop być? W Ewangelii Chrystus mówi, że trzeba nadstawiać drugi policzek, na krzyżu nie robi żadnych cudów, które mogłyby go uwolnić, ale z drugiej strony nazywa faryzeuszy „grobami pobielanymi”. Wszystko zależy więc od tego, jak rozumiemy krzyż, walkę z krzyżem, pokorę czy nadstawienie drugiego policzka.

Szczerze mówiąc, patrząc dziś na młodych ludzi nie mogę wyjść z podziwu. Oni są szalenie asertywni. Broniący swoich granic, domagający się swojego, potrafiący bronić swojego miejsca, myślenia.

To dobrze?

Bardzo dobrze. Sam chciałbym taki być.

Ale, a propos tej pierwszej postawy, człowiek ma prawo żyć tak, jak chce. Chyba, że przekroczy granice prawa – wtedy czeka go sprawa sądowa. Może więc ludzie, którzy opacznie rozumieją Ewangelię, chcą właśnie tak ją rozumieć? Może żyje im się tak łatwiej? Powinniśmy im pokazać, że to bez sensu. Ale to wszystko, co możemy zrobić.

 

Ksiądz mnie skrzywdził – co dalej?

Doświadczyliśmy krzywdy psychicznej, spotkaliśmy się bezpośrednio z agresją osoby duchownej. W spowiedzi lub nie. Co dalej?

Pierwszym sygnałem są nasze odczucia. Niestety, możemy być w tak fatalnej kondycji, że sami sobie ich nie uświadamiamy.

Bo usprawiedliwiamy księdza?

Możemy wmawiać sobie różne rzeczy: że tak na pewno działa Pan Bóg, że nakłada na nas krzyż… Dlatego, z psychologicznego punktu widzenia, już samo uświadomienie sobie jest zwycięstwem. Dzięki niemu zakreślamy swoje granice i możemy zacząć się bronić.

Jak?

Choćby odejść od konfesjonału i wyspowiadać się u innego księdza. Każdy z nas ma prawo do komfortu spowiedzi. Ten komfort obejmuje również zabezpieczenie emocjonalne, dzięki któremu nie zostanie naruszona nasza godność.

Grzech musi być precyzyjnie nazwany i napiętnowany, ale musi też być oddzielony od człowieka. Spowiednik powinien troskliwie pomóc penitentowi w określeniu czy wyrządzone zło było wolną, świadomą decyzją, czyli czy to faktycznie grzech i jaka jest jego natura.

Tymczasem „ojciec Pio wyrzucał z konfesjonału”…

Wyrzucał, nawet w twarz ponoć uderzał. Ponoć, bo tego nie wiem na pewno. Ale ojciec Pio był jeden.

Czy można mówić, że to było „dobre”?

Ja bym tak nie robił, ale nie jestem ojcem Pio. Cała nasza rozmowa wzięła się stąd, że żyjemy w czasach, w których zwalcza się przemoc. W jego czasach było inaczej.

Niedawno dowiedziałem się, że pokutował za to, żałował tego, jak się zachowywał. Potrafił całą noc leżeć krzyżem w kaplicy. To go nie usprawiedliwia, ale jego postawę trzeba odczytywać w kontekście tamtych czasów. Dodatkowo zachowały się jednak relacje osób, którym to nie przeszkadzało. Ci, których to oburzało, pewnie już się u niego nie zjawiali. I o nich się nie mówi.

Może to też błąd interpretacji każdego zachowania osób świętych jako zachowania dobrego?

Mam nadzieję, że nie. Od XIX wieku biografie świętych są badane metodami krytyki historycznej, stąd mówi się o uwzględnianiu realności ich życia. Święty nie jest nieskazitelnym aniołem.

 

Przemoc w kościelnej ławce. Jak reagować?

Przemocy – poza konfesjonałem – można też doświadczyć w kościelnej ławce. Często kończy się na oburzeniu w stosunku do płaczącego dziecka, na zwracaniu uwagi. Ale słyszałam też historię, w której starsza pani kopnęła młodą dziewczynę w nogę, bo ta siedziała „noga na nogę”.

To znaczy jest rodzaj określonych gestów podczas mszy świętej, ponieważ nie tylko dusza, ale ciało też w niej uczestniczy – klęczy, siedzi, stoi…

Kopie?

O tym za chwilę. Ciało przyjmuje kształt, określony przez przebieg liturgii. Wiele zależy od kultury danego miejsca. W Afryce czy Ameryce Południowej kod kulturowy jest inny. U nas kiedyś było inaczej i inaczej jest dzisiaj. Pytanie, czy młodsi potrafią zrozumieć starszych, a starsi młodszych? To zależy od możliwości dialogu tych konkretnych osób. Z jednej strony od wrażliwości młodych na starszych, a z drugiej od wyrozumiałości starszych w stosunku do młodszych. Nie ma tutaj sztywnego wzorca zachowań.

Ale generalnie nie jest kulturalnie kopać, niezależnie czy jesteśmy w teatrze, w autobusie, w kościele czy na boisku do piłki nożnej.

Jak zareagować w takiej sytuacji?

To zależy. Generalnie, najważniejsze jest umieć powiedzieć co myślę, co czuję. Ale trudno dyskutować z kimś w czasie mszy. Można poczekać, wyjaśnić. Pytanie, czy warto. Czy ma to sens?

Może dlatego łatwiej, albo „pokorniej”, jest milczeć?

Przemoc trzeba zawsze zwalczać. Ona nie ma nic wspólnego z Ewangelią. Trzeba też o tym rozmawiać. Podkreślali to poprzedni papieże, podkreśla papież Franciszek.

Tylko ktoś, kto nie doświadczył przemocy i nie zdaje sobie sprawy jak jest ona zła, nierozwojowa, antyludzka i antyewangeliczna, może ignorować konieczność jej zwalczania. Posiadanie granic jest nie tylko dobrodziejstwem ale koniecznością do szczęśliwego życia, a ich stawianie daje siłę, do tego obu stronom. To znaczy temu, kto broni, ale też temu, kto je przekracza. Bo przekraczają napadający z tego powodu, że są słabi i szukają siły u drugiego. Dlatego wielki sens ma obrona siebie oraz innych. Ktoś, kto neguje ten fakt, nie będzie wiedział na czym polega dar Boga, którym jest życie i jego wartość. To Bóg dał nam życie, więc także nasze granice i konieczność ich obrony.

* Jarosław Naliwajko SJ – pedagog, duszpasterz, psychoterapeuta. Prefekt Bazyliki Najświętszego Serca Pana Jezusa w Krakowie. Przez 12 lat prowadził grupę terapeutyczno-religijną z rozpoznaniem przewlekłej schizofrenii, duszpasterz par rozwiedzionych. Konsultant Archidiecezji Krakowskiej problematyki opętania i egzorcyzmowania.

Newsletter
Aleteia codziennie w Twojej skrzynce e-mail