Aleteia.pl - pozytywna strona Internetu w Twojej skrzynce e-mail

Nie możesz nas wesprzeć finansowo?

Możesz to zrobić na 5 innych sposobów:

  1. Módl się za nasz zespół i powodzenie naszej misji
  2. Opowiedz o Aletei w swojej parafii
  3. Udostępniaj nasze treści rodzinie i przyjaciołom
  4. Wyłącz AdBlocka, kiedy do nas zaglądasz
  5. Zapisz się do naszego newslettera i czytaj go codziennie

Dziękujemy!
Zespół Aletei

 

Aleteia

Włoch nie wytrzymał i pokazał, co tak naprawdę myśli o kapucynach

FRANCISZKANIN NA ULICY
Shutterstock
Udostępnij

To był jeden z kolejnych dni pielgrzymki. Dzień jakich na tego typu wyjazdach pełno. Standardowe działanie. Rano pobudka, śniadanie, potem pakowania do autobusu i przejazd dalej. Dziś tam. Do serca górzystej Umbrii. Od początku tego dnia po naszych duchowych opiekunach dawało się dostrzec pewnego rodzaju podekscytowanie. Jakieś wewnętrzne poruszenie.

„To już dziś. Zaraz tam będę” – szeptał cicho brat Szymon. Zza jego niewielkich okularków zdawała się wychylać nieśmiało dziecięca ekscytacja. Chłopięca niemożność doczekania się. Pozytywne zniecierpliwienie. Tak jak okazują to najmłodsi, którzy nie wiedzą jeszcze, że nie wypada raczej tego okazywać. W oczach brata Szymona było w tej chwili właśnie coś podobnego. Z tą jednak różnicą, że u niego dokonywało się to w wersji nieco bardziej zakamuflowanej. Nie tak oczywistej. Jednak i tak każdy w autobusie widział, że jest dziś jakby inny. Jakby nie mogący spokojnie usiedzieć.

„Zaraz uklęknę przy grobie mojego ukochanego Franciszka” – szeptał dalej, a uśmiech nie schodził mu z twarzy.

Brat Szymon nie był jedynym, który wizytę w Asyżu przeżywał w taki, a nie inny sposób. Podekscytowanie było widocznie u wszystkich czterech kapucynów siedzących z przodu autokaru. Dla części z nich to była kolejna już wizyta w miejscu urodzin, posługi i śmierci ich świętego patrona. Dla części, jak w przypadku brata Szymona, był to ten pierwszy raz. Tak długo wyczekiwany.

Aż przyjemnie było patrzeć. Jak powołanie i wezwanie wypełnia się. Niczym długo oczekiwany sen, który zobaczyliśmy kiedyś tam hen-hen w przeszłości. A teraz stawał się namacalny. Stawał się rzeczywistością. Tą wyśnioną.

 

Dzień w Asyżu

Wizyta w Asyżu odbywała się według planu. Była wizyta w bazylice, było nawiedzenie grobu św. Franciszka. Była msza święta w podziemnej kaplicy. Było wzruszenie, była cisza. I była przy tym wszystkim – co raczej w Asyżu dość zwyczajne – przepiękna pogoda. Błękitne niebo, słońce w pełni, śpiew ptaków. Perspektywa czasu wolnego jawiła się zatem wszystkim wprost przepysznie.

Oswojona już z miasteczkiem po przewodnikowym zwiedzaniu grupa dość szybko ruszyła na łowy. Część w poszukiwaniu wymarzonego krzyża św. Franciszka. Część po różaniec z Asyżu. Część chciała wykorzystać ten czas, aby raz jeszcze pokłonić się wielkiemu świętemu. Część zapragnęła skosztować słynnych włoskich lodów. Część wybrała się na zwyczajny spacer. Bracia kapucyni wybrali się natomiast na obiad.

 

Wreszcie ktoś im podziękował

Całą resztę historii znam już jedynie z opisu jednego z ojców. Opowiedział mi ją pod autokarem. Na zbiórce. Widać było jego zdumienie i – tę samą co rano – ekscytację w oczach.

– Nie uwierzysz, co się stało – zaczął, stopniując napięcie.
– Co takiego, proszę ojca? – zapytałem.
– Wybraliśmy się z braćmi na obiad. Tam w okolice Via S.Paolo.
– Tak, widziałem was, jak czekaliście na zamówienie – odpowiedziałem zgodnie z prawdą.
– Dania pyszne. Wszystko tip-top. Rozmawialiśmy cały czas po polsku. I po jakichś trzech kwadransach przyszło do zapłacenia rachunku. Wstaję więc od stolika, podchodzę do kasy, wyjmuję spod habitu portfel i…
– Ktoś go księdzu wyrwał? – konstatuję z przerażeniem. Bo to by oznaczało spory problem w dalszej pielgrzymce. A przypadki kradzieży już się na włoskich szlakach pątniczych przecież zdarzały.
– Nie, nie… – śmieje się ojciec. – Wprost przeciwnie. Nagle jakiś jegomość podrywa się z siedzenia, doskakuje do mnie i mówi po włosku, że nie ma mowy, abym płacił. Wyjmuje swój portfel i… uiszcza rachunek.
– Że jak? – nie dowierzam.
– Stwierdził, że w tym mieście nie wypada, aby brat z franciszkańskiej rodziny płacił za jedzenie. Nie było szans go przekonać. Zapłacił za nas wszystkich. Za całą czwórkę.

 

Tam, gdzie trzeba

Już sama reakcja kapucyna pokazywała, jak bardzo było mu trudno przyjąć ten podarunek. To tylko świadczyło, że trafił tam, gdzie trzeba. Ojciec w życiu nie spodziewał się, że coś podobnego może go spotkać tutaj, w Asyżu.

Gdy skończył mówić, uśmiechnąłem się w duchu. Uświadomiłem sobie bowiem, że jakby nie patrzeć, trafiło na kogo trzeba. Ten płacący Włoch dobrze wiedział, jak wiele franciszkańskim zakonom zawdzięczają biedni, głodni i bezdomni. Jak wiele potu, łez i wysiłku wylewają oni każdego dnia na wszystkich kontynentach świata. I wreszcie ktoś to docenił. Wreszcie ktoś dał jedzenie im.

Szkoda, że nie poznałem tego Włocha. Pewnie uściskałbym go ze wzruszeniem.

Newsletter
Aleteia codziennie w Twojej skrzynce e-mail