Aleteia.pl - pozytywna strona Internetu w Twojej skrzynce e-mail

Nie możesz nas wesprzeć finansowo?

Możesz to zrobić na 5 innych sposobów:

  1. Módl się za nasz zespół i powodzenie naszej misji
  2. Opowiedz o Aletei w swojej parafii
  3. Udostępniaj nasze treści rodzinie i przyjaciołom
  4. Wyłącz AdBlocka, kiedy do nas zaglądasz
  5. Zapisz się do naszego newslettera i czytaj go codziennie

Dziękujemy!
Zespół Aletei

 

Aleteia

Piękna modlitwa przez męskie, góralskie łzy

KAPLICA MATKI BOŻEJ JAWORZYŃSKIEJ NA WIKTORÓWKACH
Kamil Szumotalski/ALETEIA
Udostępnij

Ta niedziela od początku była niezwykła. Inna niż wszystkie do tej pory przeżyte. Spędzając urlop w Zakopanem, zapragnąłem wziąć udział w niedzielnej Eucharystii – ale tym razem nie w mieście, lecz tam wyżej. Wśród tatrzańskich świerków i limb. Pod kosodrzewiną. Wybrałem się na mszę świętą na Wiktorówki.

Kliknij tutaj, by przejrzeć galerię

Cudowny blask

Miejsce piękne i niezwykłe. Związane z objawieniami samej Matki Bożej, która to pokazała się młodej pasterce, Marysi Murzańskiej. Był jeden z letnich dni, gdy dziewczynie zdarzyło się przysnąć. Gdy się obudziła, zachodzące nad Rusinową Polaną wieczorne mgły zasłaniały jej już widok na łąkę. Marysia zaczęła pospiesznie szukać pilnowanych przez siebie owiec. Nie było ich.

Z każdą minutą jej młodzieńcze serduszko biło coraz szybciej. W pewnym momencie zaczęła zbiegać w dół do lasu, trzymając w rączkach różaniec i wołając w duchu „Matko Boża, gdzie moje owieczki?”. Właśnie wtedy na jednym z pospiesznie mijanych drzew zobaczyła tajemniczą jasność.

W tym cudnym blasku dostrzegła postać „Jaśniejącej Pani”. Matka Boża obiecała pomoc w szukaniu owiec. Obiecała Marysi, że zaraz znajdzie wszystkie. Tak też się zresztą stało. Poza tym Matka Boża poleciła jej opuścić Polanę Rusinowa, gdyż „grożą jej duchowe niebezpieczeństwa”. Miała ponadto upominać ludzi, by nie grzeszyli i by pokutowali za dawne winy. Padło też ostrzeżenie na temat utraty pastwisk i lasów przez górali.

Dziś o objawieniach Marysi Murzańskiej na Wiktorówkach nie mówi się już nazbyt wiele. Ludzie przychodzą tutaj nie ze względu na nią, ale przede wszystkim ze względu na samą Matkę Bożą. Nie rozważają, czy przekazane przez jedynego, który usłyszał całą historię objawień z ust dziewczynki, Wojciecha Łukaszczyka „Kulawego”, pasterza, który również strzegł owiec, są prawdziwe, czy były tyko złudzeniem młodziutkiej dziewczyny. Wierzą, że w zbudowanej tutaj kaplicy mogą rzeczywiście spotkać się z Matką Bożą. Już bez pośrednictwa pasterki. Że w tutejszym Tabernakulum rzeczywiście mieszka Bóg. Przychodzą więc.

 

Inne Tatry

Tego dnia przybyłem więc również i ja. Chcąc rozpocząć ten dzień od modlitwy właśnie w Tatrach. Idąc w górę Doliną Filipka mijałem całe rodziny. Część już schodziła w dół po porannej mszy. Większość jednak szła w górę. Jak zgaduję, część z nich wybierając się na mszę na godzinę 11.00.

W kaplicy nie było już miejsc siedzących. Ludzi stojących pod były zaś dziesiątki. Sam byłem w szoku, jak wiele osób wpadło na podobny do mojego pomysł. Nie, nie. Wcale nie denerwował mnie ten tłum. Wręcz przeciwnie. Czułem się w tym miejscu świetnie. Serce rosło, widząc umorusanych zmęczeniem podejścia turystów, ojców niosących w nosidełkach maleństwa, starsze panie i górali. Wszyscy przyszli, aby modlić się na porannej Eucharystii. A przecież mogli pójść do położonego nieopodal ich hotelu czy kwatery kościoła w Zakopanem.

Komunia Święta trwa tego dnia wyjątkowo długo. W pewnej chwili księża wyszli aż przed kaplicę, aby tam, w drzwiach prowadzących do wnętrza, rozdawać ludziom Ciało Pańskie. Trwało to i trwało. Jakże inaczej postrzega się dziś Tatry. Jakże inaczej patrzy na ludzi, których zwykle mijam beznamiętnie na szlaku, mówiąc proste „cześć”, a którzy dziś przyszli tutaj modlić się razem ze mną.

To jednak nie był koniec.

 

Modlitwa przez męskie łzy

Po ogłoszeniach parafialnych celebrujący mszę świętą ojciec poprosił do siebie młodego, wysokiego mężczyznę. „To teraz poprosimy do nas tutejszego autochtona, żeby nam coś przeczytał…” – zachęcił żartobliwie kapłan.

Stojący w bocznej nawie kaplicy szczupły, przystojny chłopak w softshellowej kurtce powoli zaczął przesuwać się w stronę pulpitu. Nie wchodził jednak na schodek. Odwrócił tylko mikrofon, aby nadal stać twarzą do ołtarza, a plecami do ludzi. Wyjął z kieszeni kartkę i zaczął czytać…

„On płacze czy mi się wydaje? – zagadnąłem do stojącej obok mnie żony. – Bo już nie wiem, czy on tak charakterystycznie nabiera powietrza w usta, czy może raczej…”.

„Nie, nie… – odpowiedziała pewnym głosem małżonka. – Chyba jest bardzo wzruszony”.

Po chwili wzruszyłem się i ja. Kolejne łzy napływały mi do oczu. Były już kompletnie mokre. Ten chłopak modlił się całym sercem. Nie potrzebował kartki. Mówił z pamięci. A właściwie mówił z duszy. To było coś niezwykłego. Między kolejnymi wersami deklamowanej modlitwy przerywał, aby zaczerpnąć kolejnego głębokiego oddechu. Jakby chcąc powstrzymać wzruszenie. Ale nie przestawał. Czytał dalej.

Po dziś dzień żałuję, że tego nie nagrałem. Jego męski, głośny, przesiąknięty niepodrabialną góralszczyzną głos był do cna szczery. I najpiękniej oddający cześć Tej, która w pełni na to zasługiwała.

Dopiero później dotarłem do tekstu tej modlitwy. Wiem, że to trudne, ale, jeśli masz chwilę, spróbuj teraz, czytając te słowa, lekko przymknąć oczy i stanąć tam. W kaplicy na tatrzańskich Wiktorówkach. Przed Panią Jaworzyńską. I podobnie, jak ten niezwykle męski w postawie chłopak, powiedzieć Jej tę modlitwę. On się wzruszył. On się nie wstydził. On to zrobił. Pora i na nas. Maryja na pewno się ucieszy.

Cudowno Jaworzyńsko Pani.
Tyś po Bogu najwięksom pociechom.
Lecem ku Tobie, stajym przed Tobom i błagom o pomoc Maryjo.
Telo cudów zrobiyałaś w tym górskim zakontku, tylo niescenśliwyk
Ulycyłaś z chorob dusy i ciała
I niejednemu otarłaś świyrcki z ocu.
Matko leśnej cisy.
Honorno Gaździno Tater, hol, baców, potocków dudnioncyk śrybelnom wodom.
Opiekunko zwierzont i górskiej przyrody.
Matuchno Nomilso spośród syćkik Matek.
Ty z Rozancym w ronckak wiys dobrze i znos zole kazdego, fto ku Tobiy siy garniy.
Dzienkujemy Ci Panno Świynto za ślak ku Tobiy,
Choć to casym zaduty śniezycom, wyścielony błotym… ale idziymy.
Jakosi lzyjse to powietrze cym blizyj ku Tobiy.
Matuchno ftoro ozywios nie ino nos goroli, ba i turystom dajes swoje duchowe zmocniynie,
Pytomy Ciy, prowodz nos tom dozkom, ftoro zawse pewno.
A kiedy Matuś zapadniy mrok i ciymność zycio naskiego
Łozezyn mgłe i dujawice i zaprowodz do sałasa wiecystego scynscio. Amen.

Newsletter
Aleteia codziennie w Twojej skrzynce e-mail