Aleteia.pl - pozytywna strona Internetu w Twojej skrzynce e-mail

Nie możesz nas wesprzeć finansowo?

Możesz to zrobić na 5 innych sposobów:

  1. Módl się za nasz zespół i powodzenie naszej misji
  2. Opowiedz o Aletei w swojej parafii
  3. Udostępniaj nasze treści rodzinie i przyjaciołom
  4. Wyłącz AdBlocka, kiedy do nas zaglądasz
  5. Zapisz się do naszego newslettera i czytaj go codziennie

Dziękujemy!
Zespół Aletei

 

Aleteia

Muzykowanie bez spiny i wirtuozerii – przepis na bliskość w rodzinie

MAMA LAMA, ANNA WEBER
YouTube
Udostępnij

„Dzieci naturalnie rodzą się z talentem i sztuką nie jest go rozwinąć, sztuką jest go zabić. My, dorośli, opanowaliśmy tę sztukę do perfekcji” - mówi Ania Weber z kanału „Mama Lama”. Razem z ekipą „Pomelody” wydają płytę z muzyką, angażującą dzieci i rodziców do wspólnego muzykowania. Dlaczego jest ono dużo ważniejsze niż wszystkie szkoły muzyczne razem wzięte?

Jola Szymańska: Kanał „Mama Lama” idzie jak burza. Skąd wiedziałyście, jak się robi jutuby?

Ania Weber (kanał „Mama Lama”)*: Szczerze mówiąc ja i Ola siedzimy tylko na kanapie i gadamy. „Mama Lama” powstała jako produkt uboczny „Pomelody”. A tam, żeby stworzyć dobrej jakości aplikację, muzykę, materiały i grafikę, zatrudniamy specjalistów, którzy je z nami tworzą.

Wiesz, tak naprawdę dopiero teraz, kiedy ludzie zaczęli nam pisać miłe rzeczy, zaczęło nam bardziej zależeć na kanale. Ja nie wierzyłam w YouTube’a. Bardzo nie lubię zjawiska „influencer”. Długo jako twórcy aplikacji nie mogliśmy znaleźć nikogo, kto poleca faktycznie świetne rzeczy, a nie wszystkie, za które ktoś mu zapłaci.

Postanowiłyście same objąć tę funkcję?

Tak, w pewnym momencie stwierdziliśmy, że to zrobimy. Zostaniemy influencerami, którzy polecają wartościowe rzeczy. Ola planowała wtedy własny kanał na YouTube, więc połączyłyśmy siły. Sama bym się nie odważyła.

Nie miałyśmy żadnego planu, nie wiedziałyśmy na co jest popyt, czy jest jakaś luka… Wiedziałyśmy za to, że kiedy zostałyśmy mamami, każda z nas czuła się samotna. Nie miałyśmy z kim wychodzić i chciałyśmy mieć kogoś, z kim o tej samotności można pogadać. Dlatego to takie miłe, że ludzie często nam piszą: „Lubię was oglądać, bo czuję się, jakbym siedziała z koleżankami na kawce. Jakbym wyszła gdzieś z mamami, a nigdzie nie wychodzę”. Właśnie po to założyłyśmy ten kanał.

A muzyka to scrossowanie tego wszystkiego. Z tym, że uważam, że nie umiem śpiewać (śmiech). Bo wiesz, że jak już jesteś muzykiem, to twoja poprzeczka jest wywindowana tak wysoko, że wydaje ci się, że tylko śpiewacy operowi potrafią śpiewać.

Ewentualnie Whitney Huston.

Ewentualnie! I jeszcze paru jazzowych wokalistów. Więc to moje śpiewanie wyszło zupełnie przypadkiem. Nagrywaliśmy poprzednią płytę, nie miał kto śpiewać i rzuciłam: „dobra, to ja zaśpiewam, bo nie ma czasu”. I zaśpiewałam pierwszy raz, wrzuciliśmy to na „Mamę Lamę”, a nasze babeczki w komentarzach pisały: „O jacie, musisz wydać płytę!”.

Potem dla beki, czekając na nagranie z gościem, nagraliśmy piosenkę Dawida Podsiadło…

Zaraz, zaraz, TO był spontan?

Totalny! Zapytałam Oli z jakim mężczyzną chciałaby zaśpiewać, a ona: „wiadomo, Podsiadło!”. Zaczęłyśmy się wygłupiać i nucić, a ponieważ w tym samym budynku organizujemy zajęcia muzyczne, miałyśmy po ręką instrumenty. Najpierw wzięłam coś ja, potem Ola, potem zawołałyśmy Filipa i… stało się. W komentarzach dziewczyny pisały: „Musicie koniecznie śpiewać!”. A my na to: hmmm… a może rzeczywiście? Może nie o to chodzi w śpiewaniu, żeby być w tym specjalistą, ale o to, żeby się przy tym cieszyć i bawić?

O to w ogóle chodzi w całym „Pomelody”. Dzieci naturalnie rodzą się z talentem i sztuką nie jest go rozwinąć, sztuką jest go zabić. My, dorośli, opanowaliśmy tę sztukę do perfekcji.

 

Każdy ma potencjał muzyczny. Ale można go zniszczyć

Nagrałyście nawet film „Jak zniszczyć talent muzyczny dziecka”. Jakie są najpopularniejsze sposoby?

Takie, że nic nie robimy. Że traktujemy to jako „talent”.

I albo dziecko samo zacznie grać jak Chopin, albo nie ma talentu?

Tak, bo „to zależy od genów”. Bo jeżeli gen taty się uaktywni to nic z tego, a jeżeli gen mamy, to zapiszę go do szkoły muzycznej. To taki najczęstszy stereotyp.

 

 

A inne?

Kolejny jest taki, że talent muzyczny uwidoczni się w wirtuozowskim graniu na instrumencie, a nie w tym, że zaczniemy na kanapie wygłupiać się, tańczyć i śpiewać. A przecież każde dziecko rodzi się z potencjałem do czystego śpiewania i do rytmicznego poruszania się. Do wykorzystywania swojego ciała, czyli swojego pierwszego instrumentu po to, żeby cieszyć się muzyką.

Badania potwierdzają, że każde dziecko rodzi się z większym lub mniejszym potencjałem muzycznym. Tak samo, jak rodzi się z potencjałem do chodzenia czy mówienia.

I tak już zupełnie prywatnie, jako Ania Weber, myślę sobie, że musieliśmy się tacy urodzić, bo tak stworzył nas Pan Bóg. On lubi, kiedy Go wielbimy. Wiesz, o co chodzi? On musiał nas stworzyć z muzycznym talentem, bo sam wkłada w nasze usta pieśni.

I z naukowej i z duchowej strony jestem przekonana, że wszyscy jesteśmy stworzeni, żeby wykorzystywać nasz talent muzyczny. Tylko niestety zabijamy go, zatrzymując się tylko na biernej percepcji muzyki. Słuchamy bardzo dużo muzyki, ale zostaliśmy stworzeni nie tylko do słuchania, ale też do tworzenia! Co w sumie nie jest dziwne, bo radio wynaleziono dopiero w XX wieku. Wszystkie wcześniejsze pokolenia musiały stworzyć muzykę, żeby jej słuchać.

 

Szkoła muzyczna to nie rozwiązanie

I na pianinie prawie każdy grał. Ale czy kolejnym sposobem niszczenia muzycznego potencjału dziecka nie jest paradoksalnie wtłoczenie go w szkołę muzyczną? Bo tam, jak obie wiemy, dowie się, że albo prezentujesz coś wybitnego, albo nie prezentuj nic.

Tak, oczywiście. W wieku 0-6, kiedy dziecko jest najbardziej wrażliwe na muzykę, rodzic nie podejmuje tematu, bo czuje się niekompetentny. Bo „od tego są specjaliści”. Potem dziecko idzie do specjalistów, ale okazuje się, że oni w 90% traumatyzują dzieci, zamiast je rozwijać.

„Prosto siedź przy pianinie!”

I jeszcze po łapach. Ja dostawałam na lekcjach pianina po łapach jako dziecko.

Wiesz, troszkę się jaram edukacją domową i podczas jednego z odcinków „Mamy Lamy” rozmawiałam z Angeliką, która mówi, że te wszystkie pytania, które mamy o edukację domową, zadajemy tylko dlatego, że w takim systemie już myślimy. Więc każdy rodzic, który wchodzi w edukację domową, musi przejść proces „odszkolnienia”. Zerwania więzów i schematów, w których dorastaliśmy.

Przy tej okazji przechodzę też proces „odszkalniania muzycznego”. Wciąż. Skończyłam studia muzyczne parę lat temu i dopiero teraz uczę się mówić.

To znaczy?

Profesor od improwizacji tłumaczył kiedyś mojej koleżance, że jeżeli używamy języka, a muzyka też jest językiem, to kiedy rodzimy się, zaczynamy rozmawiać z mamą. Mówimy, komunikujemy, przekazujemy swoje myśli. I dopiero, kiedy idziemy do szkoły, uczymy się recytować już w przeszłości powstałe utwory Mickiewicza czy Słowackiego. A w szkole muzycznej jest odwrotnie. Najpierw uczymy się recytować poprawnie 150 historycznych utworów, a potem kończysz edukację i dopiero „uczysz się mówić”.

 

Czy twoje dziecko będzie mówić?

Na tym polega fenomen uczniów i absolwentów szkół muzycznych, którzy boją się grać?

Tak, to bardzo śmieszne, bo kiedy wchodziłam do grupy uwielbieniowej w Kościele, to sama też byłam najbardziej zestresowana ze wszystkich, chociaż byli tam sami amatorzy. Ja, jedyna profesjonalistka, bałam się najbardziej. Bo nie mam nut, bo nie wiem. Dopiero teraz uczę się czerpać przyjemność z tworzenia muzyki, a nie z odgrywania jej. Z tego, że jestem w grupie i robimy coś razem. Nie mówiąc już o tym, że robimy to dla Boga.

Dlaczego ludzie tak bardzo boimy się języka muzyki?

Myślę, że problemem są dwie rzeczy. Po pierwsze zbitka słów „talent muzyczny”, która robi paradoksalnie bardzo złą robotę. Bo jeżeli talent, to znaczy, że to wybitna jednostka. Więc zdarza się rzadko. Dlatego jestem propagatorką mówienia „potencjał muzyczny”.

Często podczas zajęć pytam mamy małych dzieci: „Czy twoje dziecko będzie mowić?” – „No, będzie będzie”. – „A dlaczego tak myślisz? Może nie ma talentu do mówienia?”. Dzięki takim analogiom ludzie zaczynają to czaić. Tylko dlatego, że nagle zaczynają przyporządkowywać muzykę do kategorii „umiejętności”, a nie „wiedzy”.

Muzyka jest dla ludzi jednym z przedmiotów w szkole. Masz fizykę, masz matematykę i masz muzykę, która nie jest taka ważna, bo nie będzie sprawdzianów. Gama C-dur, klucz wiolinowy i cześć. Ale jeżeli muzykę przeniesiesz jako umiejętność: chodzenie, jedzenie, wiązanie butów, komunikowanie się ludzi – to widzisz, że „aaaa, czyli to jest umiejętność, a nie tylko przyswajanie jakichś zasad”.

I z dziedziny naukowej robi się nam sposób na zabawę.

I komunikację!

 

Rodzinne muzykowanie – dlaczego to taki skarb

Czy problemem nie jest też to, że muzykowania się wstydzimy, bo pokazuje nasze emocje i swobodne gesty, odruchy?

Zdecydowanie. Zobacz, dlaczego tak wielu ludzi śpiewa dopiero po pijaku? Kiedy już nie mają żadnych oporów? To grubszy problem, który pokazuje de facto, jak ogromną, terapeutyczną siłę ma muzyka. Czujemy, że jest w niej coś, co łączy cię z drugim człowiekiem, co cię na niego otwiera, co sprawia, że działasz nie tylko na poziomie mózgu, ale też na poziomie duszy, serca, harmonii własnego ciała. A my się tego boimy. Albo dlatego, że nikt nie nauczył nas radzenia sobie z własnymi emocjami i komunikacją, albo dlatego, że powiedziano nam, że muzyka to profesjonalna dziedzina, którą trzeba posiąść w stopniu najwyższym, żeby się nią posługiwać.

Kiedy zrozumiałaś, że tak nie jest?

Miałam szczęście i błogosławieństwo. U nas w domu śpiewało się kolędy, ale nie dlatego, że chodziłam do szkoły muzycznej, ale dlatego, że mój dziadek co roku brał akordeon i… fatalnie na nim grał. Myślałam sobie: dziadku, ja tu jestem w szkole muzycznej, co ty się znasz… ale on nie miał żadnych oporów.

Z kolei mojemu drugiemu dziadkowi wydawało się chyba, że śpiewa operowo. Miał piękny głos i śpiewał, starając się stylizować na operę. To było bardzo śmieszne. I wiesz, miałam przez jakiś czas poczucie żenady, że jestem jedyną profesjonalistką w tym domu i że otacza mnie jakaś banda okropnych amatorów. Ale teraz jestem im wdzięczna za to, że nie mieli żadnej żenady.

Byli najlepszym przykładem tego, co znaczy radość z muzykowania. Grali i śpiewali, bo sprawiało im to przyjemność. I mieli wylane na to, co ja na ten temat myślę.

Pewnego razu dziadek, ten któremu wydawało się że śpiewa operowo, myślał, że jest w domu sam i nie wiedział, że zostałam chora w łóżku i nie poszłam z wszystkimi do kościoła. Przez bite 1,5 godziny siedział wtedy w salonie i śpiewał! Nie chciałam mu przerywać, bo widziałam jaką miał z tego radość! Właśnie te rzeczy uświadomiły mi, czym jest muzyka. Nie pani w szkole, nie historia muzyki, ale właśnie oni.

 

Od czego zacząć zabawę muzyką?

Jak nie mając muzykalnej rodziny, można korzystać z tego, co robicie?

W tym momencie prowadzimy zajęcia (zajęcia „Pomelody”) w różnych miastach. Teraz jadę do Warszawy szkolić 30 trenerów i oni mogą, ale nie muszą, prowadzić własne zajęcia. Mogą też korzystać ze szkolenia we własnym domu, z dziećmi. Bardzo często z takiego szkolenia wychodzą bardzo uświadomione mamy.

Nie trzeba być pedagogiem?

Nic nie trzeba. Nie trzeba być nawet muzykiem. Szkolimy wszystkie mamy, nawet te, które fałszują! (śmiech) Często mówią: „Ok, ale ja będę śpiewać, bo będę pokazywać dziecku, że kocham muzykę!”.

A kiedy nie możemy się wyrwać z domu, mamy aplikację „Pomelody”?

Tak, pomaga ona rodzicowi bardzo kompleksowo wspierać rozwój muzyczny u dziecka w wieku 0-4 lat, w oparciu o dwa filary. Pierwszy to słuchanie dobrej, wartościowej muzyki. Drugi to wspólne muzykowanie. Nie wszyscy wiedzą, jak to robić – że wystarczy usiąść i wyklaskiwać razem rytm, więc są tam krótkie lekcje wideo z pomysłami na muzykowanie do danej piosenki, np. ze sztućcami. Można wybrać coś w zależności od tego, czy muzykujemy z noworodkiem, dwulatkiem czy czterolatkiem.

A ponieważ ludzie zaczęli nas prosić o piosenki poza aplikacją, wydałyśmy serię płyt ze śpiewnikami, w które dzieciaki mogą patrzeć, w których są ilustracje. Ale dotychczasowe płyty są po angielsku. Dlatego, kiedy zaczęliśmy nagrywać Mamę Lamę, widzowie zaczęli pytać o płytę z polskimi piosenkami. I stąd zbiórka na wspieram.to.

Na płytę już zebraliśmy fundusze. Ukaże się w połowie grudnia. Zbieramy jeszcze na cel dodatkowy – wsparcie przedszkoli. Tak, żeby każdy, kto nas wsparł, mógł podać link do placówki, która dostanie komplet 3 angielskich i 1 polskiej płyty „Pomelody”. Tak, żeby dzieci na co dzień mogły sobie muzykować.

Narzędzia są pod ręką. Pozostaje nam zawalczyć o muzykę w naszych domach.

Otóż to! (śmiech) Dzięki muzyce możemy skomunikować się z naszym dzieckiem, zanim zacznie gadać. Nie zabierajmy mu tego. Muzyka to skill, z którego warto korzystać całą rodziną.

 

*Anna Weber – mama Antoniego i Stefana oraz żona Adama – muzyka orkiestrowego. Kompozytorka i nauczycielka wielu programów umuzykalniających dla dzieci. Założycielka aplikacji Pomelody, współautorka kanału Mama Lama i blogerka (powerofmelody.com). Współtworzy także projekt Steve Nash & Turntable Orchestra, komponując muzykę dla orkiestry.

Newsletter
Aleteia codziennie w Twojej skrzynce e-mail