Aleteia.pl - pozytywna strona Internetu w Twojej skrzynce e-mail

Nie możesz nas wesprzeć finansowo?

Możesz to zrobić na 5 innych sposobów:

  1. Módl się za nasz zespół i powodzenie naszej misji
  2. Opowiedz o Aletei w swojej parafii
  3. Udostępniaj nasze treści rodzinie i przyjaciołom
  4. Wyłącz AdBlocka, kiedy do nas zaglądasz
  5. Zapisz się do naszego newslettera i czytaj go codziennie

Dziękujemy!
Zespół Aletei

 

Aleteia

Po ciążach nie musimy wyglądać jak… ciotki-klotki

ZADBANA MATKA
Shutterstock
Udostępnij

…z całym szacunkiem dla cioć Halin, Grażyn i wszystkich innych. Ale nie o odtworzenie drzewa genealogicznego chodzi, a o dbanie o siebie. A raczej – niedbanie i zrzucanie winy na… dziecko.

Ciało kobiety po ciąży i porodzie (zwłaszcza w liczbie mnogiej) zmienia się. Rzadko wraca w 100 proc. do stanu z epoki BC (before child). No chyba, że któraś z nas była modelką, całe życie trzymała ścisłą dietę, z żelazną konsekwencją ćwiczyła, a w ciąży nie ulegała zachciankom typu wiadro lodów (na śniadanie, obiad i kolację).

 

PRAWDZIWE matki pokazują PRAWDZIWE ciało

Niby wszyscy to wiemy, ale… Wciąż pół świata emocjonuje się, kiedy jakaś celebrytka pokaże się tydzień po porodzie z płaskim brzuchem. Wtedy drugie pół świata zaczyna ją hejtować, że wpędza w kompleksy „zwykłe matki”. A pośrodku pojawiają się projekty (najczęściej inicjowane przez same mamy), których celem jest odkłamanie medialnego wizerunku matki wybiegającej z sali porodowej niczym modelka.

W ramach tych projektów PRAWDZIWE matki pokazują PRAWDZIWE ciało po ciąży i porodzie. Czyli z rozstępami, obwisłym mocno brzuchem, który jeszcze nie zdążył się wchłonąć i zniekształconymi nieustannym napełnianiem się i opróżnianiem mlekiem piersiami. I choć bliskie mojemu sercu są takie projekty, absolutnie je popieram, zgadzam się, że robią dużo dobrego, to…

…mam pewne małe, maluteńkie, tyci-tyci ALE (choć zdaję sobie sprawę, że wbiję tym samym kij w mrowisko i zaraz oberwę po głowie).

 

Dziecko to nie wymówka dla zaniedbywania samej siebie

Nikt nigdzie nie powiedział, że kobieta po ciąży i porodzie MUSI wyglądać jak ciotka Halina z dowcipów. Nikt też nigdy nie twierdził, że miarą macierzyństwa (tego, wiecie, jedynego prawdziwego, z poświęceniem i oddaniem na sztandarach) jest liczba rozstępów, siwych włosów i nadprogramowych kilogramów. Chyba że o czymś nie wiem, o jakimś tajnym pakcie, porozumieniu matek-Polek czy coś w tym rodzaju. 😉

Dlaczego tak? Pojawienie się dziecka/dzieci na świecie nie zwalnia nas, kobiet, z dbania o siebie. Tu otwiera się pełen rękaw z argumentami, dlaczego dzieci to nie jest wymówka, że w wieku 30 lat wyglądamy, jakbyśmy dobijały do pięćdziesiątki.

Chyba przede wszystkim dlatego, by… nie wpędzać w poczucie winy naszych dzieci. Bo tak się im poświęciłyśmy, tak po nocach nie spałyśmy, chodziłyśmy przez kilka lat w powyciąganych majtach i swetrach, że już brakło chwili, by pójść do fryzjera czy na basen. Od takiego postawienia sprawy jest już blisko do uznania, że dziecko jest nam coś dłużne za te wyrzeczenia. Czujcie, jaki absurd?

Wydaje się to niby oczywiste, ale znam dziewczynę, której mama pół życia powtarzała, że wygląda tak, jak wygląda (czyli z jakimiś 3 dyszkami nadwagi), bo urodziła „x” dzieci. Dziwi was, że ta dziewczyna przez ładnych kilka lat małżeństwa panicznie bała się zajść w ciążę, bo dla niej było to równoznaczne z przepoczwarzeniem się w nieatrakcyjną, zaniedbaną ciotkę-klotkę?

  

Dbanie o siebie to nie kwestia mody, ale zdrowia

Dbanie o zdrową dietę, regularny wysiłek fizyczny dla mnie absolutnie nie jest tożsame z usilnym podążaniem za modą, wyznaczonymi przez nie wiadomo kogo standardami i kanonami czy udowadnianiem komukolwiek czegokolwiek. Dla mnie powód jest prosty – dbam o to, co mam na talerzu i ile razy w tygodniu biegam, bo chcę zdrowo żyć, bo zależy mi na tym, żeby samej siebie nie wpędzać w rozmaite choroby, by w jako takiej sprawności dożyć starości i zobaczyć dzieci moich dzieci, i tak dalej 😉

Co więcej, dbanie o siebie, wygląd, atrakcyjność to niekiedy jedyna taka odskocznia od codziennego kieratu spraw i obowiązków. Kto jak kto, ale my, matki, jesteśmy mistrzyniami w stawianiu samych siebie i swoich potrzeb na szarym końcu. Nie potępiam takiej postawy, każdy ma własną wizję macierzyństwa, chcę jedynie powiedzieć, że zrobienie czegoś dla samej siebie to często jedyna odskocznia ratująca przed… macierzyńskim wypaleniem.

 

Matko, kiedy zrobiłaś coś tylko dla siebie?

Dla mnie ta godzina, kiedy idę pobiegać, to bardzo często jedyne 60 minut w ciągu CAŁEEEEEEEGO długiego dnia, kiedy robię coś wyłącznie dla siebie – kiedy nie myślę o tym, czego jeszcze nie zdążyłam zrobić do pracy, co ugotować synkowi na obiad, nie planuję tego, gdzie zabiorę go na spacer, w co się pobawimy, jakie kupię mu książeczki, nie wymyślam tematów na teksty, nie układam listy zakupów w głowie i tego, co trzeba ogarnąć w domu. To 60 minut wyłącznie dla mnie, na nie-myślenie o niczym. Zwykłe bieganie, a niekiedy bufor, bezpiecznik ratujący przed wybuchem.

Last, but not least – dbanie o siebie, swoje ciało to także… dbanie o swoje małżeństwo, relację z mężem. Oczywiście, gość, który nie rozumie, że ciało jego żony po ciąży i porodzie jest inne, chyba przegapił w życiowej szkole cenne lekcje i winien się cofnąć do podstawówki. Prawdą jest jednak także, że po pojawieniu się dziecka (zwłaszcza pierwszego) życie (i pożycie) małżeńskie ulega zmianie (niekiedy diametralnej). Facet schodzi na dalszy plan, na gorący seks nie ma co liczyć, bo żona zasypia na siedząco o 21:30, więc bywa, że do sypialni wdziera się chłód.

Zadbanie o siebie, zwykłe (a jakże niezwykłe!) pójście do fryzjera, na masaż albo kupienie nowej bielizny (w miejsce wyciągniętych staników do karmienia) może być iskierką wnoszącą powiew świeżości do sypialni (ale nie tylko). Przekonałam cię?

Newsletter
Aleteia codziennie w Twojej skrzynce e-mail