Aleteia.pl - pozytywna strona Internetu w Twojej skrzynce e-mail

Nie możesz nas wesprzeć finansowo?

Możesz to zrobić na 5 innych sposobów:

  1. Módl się za nasz zespół i powodzenie naszej misji
  2. Opowiedz o Aletei w swojej parafii
  3. Udostępniaj nasze treści rodzinie i przyjaciołom
  4. Wyłącz AdBlocka, kiedy do nas zaglądasz
  5. Zapisz się do naszego newslettera i czytaj go codziennie

Dziękujemy!
Zespół Aletei

 

Aleteia

Zawód: gorseciarka. „Jestem jak lekarz, który pomaga na wiele problemów”

GORSECIARKA, GRAŻYNA OWCZAREK
fot. Dominika Cicha/ALETEIA
Udostępnij

Mówią o niej, że potrafi zaczarować figurę. Że jest mistrzem w swoim – wymierającym już – fachu. Zajrzyjcie do łódzkiej pracowni Grażyny Owczarek.

Kliknij tutaj, by przejrzeć galerię

„Zapraszam do kabinki – mówię klientkom. – Proszę się czuć jak u lekarza. Ja jestem takim lekarzem, który pomaga na wiele, wiele różnych problemów” – wyjaśnia od progu.

Kabinka jest ta sama od 40 lat, za chabrową zasłonką. Tuż obok, zza przeszklonych drzwi komody wyglądają biustonosze – koronkowe, zupełnie gładkie, klasyczne czarne, czerwone albo w panterkę. Takie, które pomieszczą naprawdę obfity biust, ale i te, które nadadzą się na pierwszy, wyczekany egzemplarz. O tym, że pani Grażyna zna się na rzeczy, przypominają wiszące na ścianie wycinki z gazet i dyplomy. O tej pracowni było kiedyś głośno.

 

Gorseciarka Grażyna Owczarek

„Zawodu mama nauczyła się od Niemki, w czasie okupacji. Początkowo miała pracownię w domu, potem przeniosła się na Zachodnią 67, gdzie dziś zakład ma moja siostra. Obie nas mama wyuczyła. Zawód znamy od kołyski” – wspomina 72-letnia pani Grażyna.

„Kiedy chodziłam do szkoły, pomagałam jej jak mogłam. Później zrobiłam maturę, studium nauczycielskie i jednocześnie kształciłam się w tym zawodzie, nie wiedząc, co mnie w przyszłości czeka. Zrobiłam papierki czeladnicze, potem mistrzowskie. Byłam dalej pracownikiem u mamy, urodziła mi się córeczka, potem syneczek i w końcu dostałam propozycję lokalu przy Jaracza 23, w którym jestem od 1978 roku. Z tym samym wystrojem, w tym samym wnętrzu. Miałam jedną, dwie, trzy pracownice. Dziś pracuję już tylko z córką, Katarzyną Górnik, którą wykształciłam”.

Pani Grażyna wykształciła jeszcze 8 uczennic. Ale żadna nie poszła dalej w tym kierunku i dziś w Łodzi są już tylko dwa zakłady gorseciarskie. „To jest zawód bardzo trudny, wymagający wiele taktu, zrozumienia, życzliwości, podejścia do klienta, precyzji. Trzeba się go uczyć 2-3 lata” – tłumaczy.

 

Facebook pomaga rzemieślnikom odbić się od dna

Problem z utrzymaniem zakładu pogłębił się pół roku temu. „Ulica rozgrzebana, nie było dojścia. Co ja mogłam zrobić? Rozwiązywałam krzyżówki, czekając, aż ktoś przyjdzie. Na dodatek rynek wschodni – towary z Chin i Rosji. Ludzie wolą kupować to, co tanie, byle jakie, do wyprania raz i do wyrzucenia. Rzemiosło padło kompletnie. Starałam się jakoś wygrzebać. Jak zaczynałam, tutaj obok najpierw był szewc, warzywniak, mięsny, fryzjer – wszyscy szybko uciekli – zasmuca się. – Czy myślałam, żeby to wszystko zamknąć? Wahałam się, ale czułam, że jestem potrzebna. Więc wzięłam kredyt z banku i go spłacam. Może teraz odbiję się od dna”.

Z pomocą pani Grażynie przyszedł… Facebook. Krótki opis zakładu gorseciarskiego i proponowanych w nim usług zamieściła na portalu Agnieszka Bohdanowicz, zaangażowana w łódzki projekt „Młodzi szukają mistrzów”. W ciągu kilku dni pod postem rosła liczba „lubików”. „Jak mi pani Agnieszka powiedziała, że było 60 tys. zerknięć na tym całym Facebooku, na którym się nie znam, to dla mnie to jest abstrakcja, szok!” – przyznaje p. Grażyna. Internauci pisali:

Szyła mi wymarzony gorset na studniówkę. Mam go do tej pory.

Dyplom mistrzowski to właściwe określenie. Pani Grażyna uszyła mi nawet raz kostium kąpielowy dwuczęściowy, leżał jak ulał.

Dzięki p. Grażynie wygrałam konkurs mody l. 40 na Helu.

Pani Grażynko, uwielbiam panią. Bez pani pomocy mój biust nie miałby ochrony codziennej. Jestem pani klientką od ponad 15 lat. Życzę pani przede wszystkim zdrowia, i żeby pani obsłużyła jeszcze wiele kobiet.

Pamiętam, mieszkałam w pobliżu. Zawsze przystawałam przy wystawie. Boskie gorsety, powinna pracować dla największych projektantów.

Telefon przy Jaracza 23 w końcu zaczął dzwonić.

Ktoś zaproponował, że zrobi za darmo stronę internetową. Szyld. Sesję zdjęciową z modelkami. Że te modelki ładnie pomaluje i uczesze. Ale przede wszystkim posypały się wyczekane zamówienia. No właśnie: co w ogóle można zamówić dziś u gorseciarki?

 

Figle-migle, czyli… co zamówić u gorseciarki?

„Szyję staniki przede wszystkim na duże biusty, z tkanin bawełnianych. Szerokie ramiączka, boczki szerokie – staniczek jest na miejscu, poniżej łopatek, nie czuje się jarzma, ciężaru. Klientki są zadowolone i wracają, nawet po 5 czy 10 latach – mówi pani Grażyna. – Ale jeżeli biusty są malutkie i panie chcą sobie je troszkę wyeksponować, to też mam pewne triki. Szyję też dla amazonek – sama nią jestem od 15 lat i dzięki wcześnie wykrytej sytuacji sobie poradziłam. Kostiumy plażowe dwuczęściowe, rzadziej jednoczęściowe. Pasy ponad talię, sznurowane – żeby wciągnąć brzuszek, wysmuklić talię. Można coś zatuszować, podnieść, zwiększyć, optycznie zmniejszyć. Różne takie figle-migle robimy”. Specjalną bieliznę mogą zamawiać tu również alergiczki.

„Czasami zgłaszają się panowie, żeby troszeczkę brzuszek zatuszować. Albo potrzebne są paski do noszenia pończoch przeciwżylakowych. Szyłam też gorset dla pana, który bardzo dużo przesiaduje za kierownicą i potrzebował wzmocnić kręgosłup. Czasami zdarzają się wyroby frywolne, ale to margines. No i szyłam dla teatrów: Nowego, Jaracza, Powszechnego, Wielkiego, ale w tej chwili ucichły, bo prawdopodobnie kreacje są już szyte z gorsetami”.

Czytaj także:
Słownik kobiet: Ciało

 

100-letnia maszyna, 80-letnie fasony i pan Czesław

Pani Grażyna trzyma się fasonów i krojów, które zostały jeszcze po mamie. Jak mówi – nie ma sensu ulegać tutaj modzie. „Posługuję się maszyną babciną, Pfaff, która ma już ponad 100 lat. Rewelacyjnie się sprawdza” – podkreśla. W kwestii tkanin też nie ulega nowościom – dobrze wie, w której hurtowni znajdzie materiały najlepszej jakości. Albo w zasadzie: wie o tym jej mąż, Czesław, o którym p. Grażyna mówi: mój główny zaopatrzeniowiec! Sam zamawia z Niemiec i tnie druty do staników, pasów i gorsetów.

„Czasami są problemy z wykupieniem bawełnianych koroneczek, tasiemek. No, ale wykopujemy je spod ziemi. Głównie wykorzystujemy tkaniny bawełniane z niewielką domieszką poliestru, żeby to było trwałe i jednocześnie przewiewne. Innego typu staniczki, typu bardotki, na druciku, są szyte z tkanin poliestrowych, ale ramiączka też są stabilne, nie gumowe, nic się nie zsuwa. Staniczek może mieć 3-4 lata i się z nim nic nie dzieje” – podkreśla gorseciarka.

Zakład Grażyny Owczarek jest otwarty od poniedziałku do piątku od 11.00 do 17.00. Nie ma możliwości zamówić pierwszego biustonosza czy gorsetu na odległość. Trzeba przyjechać i… dać się zmierzyć. Koszt biustonosza to 50-150 zł.

„Mam przygotowane rzeczy tzw. półmiarowe. Jeżeli pasuje fason, rozmiar, kolor, klientka czeka pół godziny i zamówienie jest do zabrania od razu. A jeżeli nie, musi odczekać około tygodnia. Ile trwa szycie samej sztuki – trudno powiedzieć. Wszystko zależy, czy potrzebny staniczek, pas czy gorset, jaka jest figura. Czasami trwa to 2 godziny, czasami 2 dni” – tłumaczy Grażyna Owczarek.

I podkreśla: „Będę pracować, dopóki mi starczy sił. A potem przekażę interes córce”.

Newsletter
Aleteia codziennie w Twojej skrzynce e-mail